Technologia wspierająca autonomiczne rolnictwo rozwija się w ostatnich latach bardzo szybko, ale John Deere twierdzi, że jego pomysł jest zdecydowanie największym krokiem wprzód. Rolnicy nie tylko będą mogli zdjąć ręce z kierownicy ciągnika lub opuścić kabinę, ale nawet zejść z pola, pozwalając sprzętowi na pracę bez nich, jednocześnie monitorując sprawy zdalnie za pomocą smartfona lub tabletu.

- To nie jest demo. To nie jest maszyna koncepcyjna. To coś, co mamy w polu z rolnikami od lat i rozpoczniemy produkcję jesienią – powiedziała Deanna Kovar, wiceprezes ds. produkcji i systemów precyzyjnej produkcji rolnej w John Deere.

Może się to wydawać nieoczekiwanym przełomem, ale świat rolnictwa prawdopodobnie poczynił zdecydowanie większe postępy w autonomicznej jeździe niż producenci samochodów lub start-upy technologiczne. Głównie ze względu na uproszczony model działania. Oczywiście nie mam tu na myśli orki lub obsiewania pola czy też nawożenia, bo to są niezwykle skomplikowane sprawy wymagające doświadczenia i umiejętności oraz obsługi skomplikowanego sprzętu. Mówię o dość łatwym do ogarnięcia terenie, po jakim porusza się autonomiczny sprzęt i modelu do opracowania na tej podstawie. Element jazdy jest więc stosunkowo prosty: pojazdy podążają wyznaczonymi liniami, nie martwiąc się o pieszych lub innych użytkowników dróg.

Czytaj także: Koty lubią anteny Starlink

Z tego powodu firmy takie jak John Deere były w stanie zautomatyzować wiele aspektów prowadzenia gospodarstwa w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Przeważnie oferują systemy automatycznego kierowania, które wykorzystują GPS do lokalizacji i prowadzenia ciągników. Rolnicy najpierw mapują granice swoich pól, często używając beaconów lub jeżdżąc po obwodzie, a następnie oprogramowanie wyznacza trasę. Kierowca siedzący w kabinie swojego ciągnika może wtedy nadzorować tę ścieżkę i w razie potrzeby korygować.

Skok technologiczny polega w tym wypadku na fakcie, że kierujący może teraz ustawić zadania dla autonomicznego ciągnika i opuścić kabinę albo nawet pole i zająć się innymi sprawami, doglądając tylko zdalnie pracy maszyny. Zestaw autonomiczny składa się z sześciu par kamer stereoskopowych, które rejestrują 360-stopniowy widok wokół ciągnika. Dane wejściowe są następnie analizowane przez algorytmy wykrywające nieoczekiwane przeszkody i korygujące trasę.

Czytaj także: Drony zaczęły zastępować pokazy fajerwerków, ale są oczywiste plusy i minusy

W systemie wciąż ważni są ludzie. I to nie tylko rolnicy, ale także operatorzy wspierający ich w codziennym użytkowaniu sprzętu. Gdy algorytmy wykryją coś nieoczekiwanego, obrazy z kamer wysyłane są do operatorów, czyli zewnętrznego zespołu, który sprawdza, czy przeszkoda jest fałszywym alarmem lub, czy problem sam się rozwiązał. Jeśli to prawdziwy problem, powiadamiają rolnika za pomocą alertu w aplikacji mobilnej. Rolnik może wtedy samodzielnie obejrzeć obrazy i zdecydować, czy chce wyznaczyć nowy kurs, czy osobiście sprawdzić sytuację.

Czytaj także: Wyścig o podbój Księżyca wkracza w decydującą fazę

System potrafi rozróżniać setki sytuacji. Dla przykładu ptaki nie powodują zatrzymania pracy i wszczynania alarmu, ale już na przykład pies albo zwierzęta gospodarskie znajdujące się na trasie, jak najbardziej.

System powstał po to, żeby zautomatyzować prace związane z uprawą roli, a więc te najbardziej powtarzalne i czasochłonne. Dzięki temu rolnicy mogą zająć się ważniejszymi sprawami.