Niedawno wróciłeś i znowu w drogę?

Czuję, że odnalazłem swoją pasję. Teraz planuję wejść na Aconcaguę. To najwyższy szczyt Andów i Ameryki Południowej. Znajduje się w Argentynie w pobliżu chilijskiej granicy. Ma prawie 7 tys. m n. p. m. i należy do Korony Ziemi czyli najwyższych szczytów na poszczególnych kontynentach. Poza Azją nie ma wyższej góry i dlatego to jest teraz mój cel. Zamierzam go zrealizować w 2023 r., więc mam trochę czasu i w tej chwili zbieram środki na wyprawę. Poza tym mogę w końcu bez przeszkód popracować na etacie.

Ale obecnie pracujesz w firmie technologicznej. Od zawsze to był Twój kierunek zainteresowań zawodowych?

Vasco Electronics to krakowska spółka, która zajmuje się opracowywaniem i produkcją innowacyjnych translatorów elektronicznych, co akurat dobrze współgra z moimi zainteresowaniami. To właśnie dzięki Vasco ten wyjazd był możliwy i gdyby nie tłumacz elektroniczny to szczerze mówiąc nie wiem jak dogadałbym się w Gruzji. Wcześniej zostałem współtwórcą firmy Glaze Prosthetics, produkującej innowacyjne protezy kończyn. Wydrukowane przez nas futurystyczne ramię jest wykonane z poliamidu w technologii 3D. Dzięki temu jest bardzo lekkie, jak również... można je wyposażyć w głośnik, schowek na telefon czy latarkę. Zamówienia płyną z całego świata, od Stanów Zjednoczonych, przez Europę, aż po Australię. W międzyczasie działałem w fundacjach Poland Business Run oraz Poza Horyzonty Jaśka Meli. Szybko przekonałem się, że swoją tragedię najlepiej przekuć na działania, które pomogą innym. Nie warto użalać się nad sobą i powinniśmy nasze doświadczenia, nawet te negatywne, próbować zamienić w coś pozytywnego.

Widoki w trakcie górskiej wyprawyWidoki w trakcie górskiej wyprawy Fot. Piotr Sajdak

Wszystko zaczęło się od napaści przed krakowskim klubem?

Tak, wewnątrz klubu obcy człowiek zaczepiał moją koleżankę. Stanąłem w jej obronie i trakcie szamotaniny wpadłem na mężczyznę, który po wyjściu z klubu zadał mi kilka ciosów nożem. Lekarze, choć wykonali tytaniczną pracę, nie zdołali uratować mojej ręki. Początkowo to wszystko było dla mnie szokiem. Trudno młodemu człowiekowi pogodzić się z myślą, że już nie będzie w pełni sprawny. Potem jednak naszła mnie druga refleksja. Kto powiedział, że mam się ograniczać? Poprzysiągłem sobie, że będę stawiał sobie nowe wyzwania i je realizował.

W międzyczasie nieco utyłem, więc zacząłem dbać o swoją sylwetkę. Inspiracją okazał się dla mnie Noah Galloway. Weteran, który w trakcie wojny w Iraku stracił rękę i nogę, swoją postawą przekonał mnie, że nawet niepełnosprawni mogą być, paradoksalnie, sprawniejsi od większości innych osób. Obiecałem sobie, że tak jak kiedyś on i ja stanę na okładce popularnego miesięcznika dla aktywnych mężczyzn. Dalej było już jak w innych historiach pasjonatów fitnessu. Po pierwszym treningu przyszedł czas na drugi, potem następny i następny, aż wreszcie stało się to nawykiem, a nawet częścią życia.

Biegi uzupełniłem siłownią, a w trakcie dotychczasowych treningów zmuszałem się do przełamywania kolejnych barier. Narzucałem sobie szybsze tempo i wydłużałem dystans biegu. Zacząłem kończyć półmaratony, a z nich już stopniowo przeszedłem do maratonów.

Szczyt zdobytySzczyt zdobyty Fot. Piotr Sajdak

Z maratonów do wspinaczki?

Pochodzę z południa Polski, więc naturalnie moje myśli podążały w kierunku gór. Przyznam, że dość szybko złapałem bakcyla. Pomogły w tym Tatry, które są niezwykle pięknie. Choć nasze Karpaty wysokością nie dorównują Kaukazowi, to stanowią wyzwanie nawet dla profesjonalistów, zwłaszcza zimą. Niejeden Himalaista ulegał wypadkom w Tatrach, dlatego podchodzę do nich z olbrzymim szacunkiem, wybierając je jako idealne miejsce do moich przygotowań.

Do wyprawy na Kazbek przygotowywałeś się jakoś szczególnie? Pięciotysięcznik to już nie zabawa. To ponad dwa razy tyle metrów wysokości, co Rysy.

Przyznam szczerze, że nie obawiałem się o swoją kondycję. Przez lata sumiennie ćwiczę w Tatrach. Jedyną niewiadomą pozostała reakcja mojego organizmu na wysokość i zimno, dlatego hartowałem się spędzając tam największe mrozy. W Tatrach nauczyłem się również sprawnie operować czekanem i rakami, co pomogło we wspinaczce w Gruzji. Na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek, choć przyznam, że zaskoczyło mnie jak osiągnięta wysokość nad poziomem morza potrafi zmienić wydolność organizmu. Na co dzień biegam, wspinam się i żyję intensywnie, a jednak góry pokazały mi, gdzie moje miejsce (śmiech).

Zabawne jest to, że jedną z większych trudności w wyprawie, obok wejścia na szczyt sprawiło mi dostać się pod Kazbek. Gruzja to kraj kontrastów. Znajduje się na pograniczu Azji oraz Europy. Młodzi ludzie czują się tam częścią zachodniego świata, jednak starsi ludzie wciąż pamiętają czasy ZSRR. Niestety niełatwo tam porozumieć się po angielsku. Często rosyjski jest jedynym obcym językiem, który znają mieszkańcy. Na szczęście mając przy sobie nasz poręczny translator mogłem porozumieć się z przewodnikami czy dogadać się w taksówce.

Na szlakuNa szlaku Fot. Piotr Sajdak

Skoro już przy technologii jesteśmy, to co jeszcze przydało się w wyprawie?

Nieco przewrotnie zacznę od tego, co mi się w wyprawie nie przydało. W trakcie zdobywania szczytu nie wykorzystałem zapasowych baterii do mojej latarki-czołówki. Nie dlatego, że nie były potrzebne, tylko po prostu zapomniałem ich ze sobą zabrać z obozu (śmiech). Niestety w ujemnej temperaturze baterie szybko się wyczerpują, więc w trakcie nocnego wejścia na lodowiec latarka zaczęła migać, co sygnalizowało, że pozostało w niej niewiele energii. To był newralgiczny moment wyprawy, więc przyznam, że nieco zmroziło mi to krew w żyłach. Brak światła w czołówce mógł wyeliminować mnie z samego ataku szczytowego, więc musiałem zacząć racjonować sobie światło aż do świtu.

Natomiast wracając do technologii, która faktycznie przydała mi się w wyprawie, to poza translatorem niezwykle pomocne okazały się specjalistyczne ubrania odpowiednie do wysokogórskiej wspinaczki. Tutaj na pierwszym miejscu wymienię kurtkę z potrójną laminacją z Gore-Texu oraz specjalistyczne buty. Oczywiście niezbędny był również profesjonalny namiot i śpiwór zachowujący ciepło nawet w warunkach -20°C. Bez nich zimno uniemożliwiłoby mi wspinaczkę.

Baza w górachBaza w górach Fot. Piotr Sajdak

Co ciekawe do gotowania wody w trudnych warunkach bardzo dobrze sprawdził się najzwyklejszy palnik gazowy. Niestety mieścił w sobie tylko pół litra wody, a poprawna aklimatyzacja wymaga wypijania aż 4 litrów dziennie, dlatego nie zliczę, ile czasu poświęciłem w trakcie wyprawy na gotowanie wody. To czynność, której nie wolno pomijać, bo przegotowanie wody jest najprostszym sposobem na jej oczyszczenie. Robiliśmy to na zakończenie dnia. Dwa litry do wzięcia na następny dzień i dwa litry na noc. Podobnie też było, gdy mieliśmy atakować szczyt. Informację o tym przekazano nam o 18:30 poprzedniego dnia. Wyjście z obozu zaplanowane zostało na drugą w nocy, więc mieliśmy tylko kilka godzin na przygotowanie się, zrobienie posiłku na następny dzień, przepakowanie się do małego plecaka i wypoczęcie.

Wiemy, że zdobywając Kazbek nie powiedziałeś ostatniego słowa. Jakie masz plany na przyszłość?

Tak, jak mówiłem, najbliższe co mnie czeka to Aconcagua, ale nie wiem co jeszcze przyniesie przyszłość. Lubię stawiać sobie duże cele, a potem je realizować. Niestety rzeczywistość niekiedy weryfikuje nasze plany w nieprzewidziany sposób. Jedno jest pewne, nie spocznę na laurach, tylko dalej będę się rozwijał. Po prostu sprawia mi to dużo radości.