W 2011 roku mała polska firma wydała grę o nazwie Dead Island. Miała nieco błędów i brakowało jej polskiej lokalizacji, ale odniosła sukces. I to taki, który sprawił, że zaskoczony nim był sam Techland. W rezultacie niespodziewany hit stał się koniem napędowym niewielkiego, ale ambitnego studia deweloperskiego, które przekuło pierwsze powodzenia na swój dalszy sukces.

Po premierze sequela Dead Island, Techland wydał w 2015 roku grę o nazwie Dying Light. Podobnie jak poprzedniczki, nowy tytuł był pierwszoosobowym survival horrorem, ale oferował graczom o wiele bardziej otwarty świat i rozbudowaną fabułę. Wprowadził również bardzo istotny element rozgrywki: parkour. Główny bohater - Kyle Crane, stał się zwinny i bardzo mobilny, potrafił wspinać się po przeszkodach i skakać po dachach.

Dying Light 2: Stay HumanDying Light 2: Stay Human Fot. Screen z gry

I znowu, Dying Light okazało się wielkim hitem mającym do dzisiaj aktywną bazę graczy. Nie dziwi więc, że Techland poszedł za ciosem, wypuszczając Dying Light 2, w którym dopracował formułę znaną z pierwszej odsłony.

Akcja gry toczy się w tym samym świecie, ale 22 lata później, w 2036 roku. Społeczeństwo rozpadło się z powodu szerzącego się wirusa zombie, a „pielgrzymi" podróżują między rozproszonymi osadami, niosąc wiadomości, paczki lub inne wartościowe przedmioty. Nie gramy już jako Kyle Crane — weterani pierwszej gry wiedzą, dlaczego — ale zamiast tego jako młody pielgrzym o imieniu Aiden, który szuka swojej zagubionej siostry.

Mimo zmiany głównej postaci, rozgrywka pozostaje w większości taka sama: pierwszoosobowa akcja, parkour, duży nacisk na dynamiczną walkę w zwarciu. Tym razem nie ma żadnej broni palnej i chociaż łuki mogą oferować możliwość atakowania z dystansu, Aiden musi głównie polegać na swojej umiejętności uderzania, tłuczenia i miażdżenia zombie w walce wręcz i stosując różnorodne prowizoryczne bronie. Podobnie jak w poprzednich grach Techlandu, istnieje tu system pozwalający modyfikować broń lub zapasy, aby utrzymać się przy życiu. No właśnie, zwróćcie uwagę, że tym razem broni nie można stworzyć.

Dying Light 2: Stay HumanDying Light 2: Stay Human Fot. Screen z gry

Sedno rozgrywki Dying Light 2 sprowadza się głównie do eksploracji miasta, zbierania ulepszeń i przechwytywania interesujących punktów dla wybranej frakcji oraz walki. Jeśli wyczuliście podobieństwa do gier tworzonych przez Ubisoft, to jest to bardzo dobry trop. Produkcja Techlandu mocno czerpie z takich tytułów jak Far Cry i Assassin's Creed. Do tego stopnia, że pojawiły się tu nawet odpowiedniki stogów siana, w które można wpaść po skoku z dużej wysokości – tylko, że w Dying Light 2 są to materace z oznaczonym na niebiesko celem.

Najbardziej imponującą rzeczą w Dying Light 2 jest niesamowity, zrobiony wręcz perfekcyjnie otwarty świat. Przejście przez okno lub drzwi prosto z ulicy prowadzi do dawno opuszczonych domów i sklepów pełnych żywych trupów. Liczba takich, które mają pełnowartościowe wnętrza, mimo że nie mają znaczenia dla rozgrywki, jest po prostu zdumiewająca. Świat jest pięknie szczegółowy, ale z czasem dość łatwo się połapać, że często użyto opcji „kopiuj-wklej", dlatego znajdujemy sporo ponownie wykorzystanych zasobów i zduplikowanych dekoracji, przez co czasami lokacje wydają się zbyt podobne. Jednak, skoro nie ma to wpływu na samą rozgrywkę, to też nie zwracamy na ten fakt zbyt mocno uwagi.

Moim największym zarzutem wobec Dying Light 2 jest kiepska i frustrująca praca kamery. Łatwo jest stracić orientację podczas eksploracji otoczenia – tym bardziej, jeśli nie zwiększymy domyślnego, wąskiego pola widzenia. Dodatkowo bardzo trudno jest prawidłowe oszacować odległości od przeciwnika, dlatego walka przyprawia o nerwicę.

Poza widokiem z kamery, sama walka jest zaprojektowana znośnie. Broń tnąca zadaje spore obrażenia, a z kolei obuchowa może odrzucać wrogów. Ogólnie rzecz biorąc, doświadczenia z walki są realistyczne i dzięki temu znakomicie uzupełniają elementy parkouru, eksploracji i rozmów z napotkanymi postaciami.

Dying Light 2: Stay HumanDying Light 2: Stay Human Fot. Screen z gry

Oczywiście nie udało się uniknąć sytuacji absurdalnych. Aiden otwiera szafy swoim umysłem, opatruje rozległe rany miodem i rumiankiem, nosi tuzin lub więcej broni na raz (nie licząc wszystkich swoich zasobów) i nigdy nie musi jeść ani spać. To znaczy może spać, ale to tylko kosmetyka.

Jest też kilka spraw, które perfekcyjnie niweczą trud autorów tworzących ciekawą opowieść. Są to elementy wyrywające nas z objęć gry, tego momentu, kiedy gracz zatraca się w rozgrywce i staje się bohaterem, którego losami steruje. Wszystko jest cudownie, a tu jakieś bezsensowne powiadomienie na HUD albo konieczność niezwykle częstego używania „zmysłu przetrwania" odkrywającego położenie istotnych przedmiotów i przeciwników oraz przerywniki filmowe.

Przerywniki filmowe, szczególnie we wczesnych częściach historii Dying Light 2, działają trochę jak reklamy. Kiedy gracz ma nerwy napięte do granic możliwości i wie, że stanie się coś ważnego, pojawia się przerywnik filmowy i czar pryska. Jak rozumiem, w zamyśle autorów miały pewnie podkreślać dramaturgię wydarzeń i wzbogacić tzw. storytelling, ale cóż, daleko tym filmom do pięknych i ujmujących scen z The Last of Us.

Zdecydowanie zabrakło tu też opcji przełączania pomiędzy widokami z pierwszej i trzeciej osoby. Ten mechanizm zastosowano w wielu grach, jak choćby Elder Scrolls i Fallout, a także Grand Theft Auto. Skakanie po dachach byłoby zdecydowanie bardziej efektowne, ekscytujące i co ważniejsze skuteczne, gdyby można było obserwować postać zza jej pleców.

Dying Light 2: Stay HumanDying Light 2: Stay Human Fot. Screen z gry

Fabuła rozkręca się dość wolno. Myślę, że po pierwszych 10 godzinach wielu z was może być lekko zaskoczonych, kiedy licząc na podróże pomiędzy osadami, nagle zostaniecie zamknięci w murach miasta. Zupełnie jak w pierwszej grze. Tym razem nazywa się Villedor i ma wyraźnie europejski klimat, który kontrastuje z klimatem Bliskiego Wschodu Harran. Jednak nie zniechęcajcie się!

Sama fabuła gry to zagmatwany, pozornie wewnętrznie sprzeczny bałagan. W trakcie zawiłej narracji poruszamy się między dwiema frakcjami pełnymi wrogich, nielubianych postaci. Jesteśmy zmuszeni do podejmowania wielu decyzji, które często mają nieprzewidziane konsekwencje. Wygląda to trochę tak, jakby twórca gry z zadowoleniem przyglądał się naszej rozgrywce, śmiejąc się do rozpuku z wysiłków jakie czynimy. Historia opowiedziana w grze jest całkiem przyzwoita, ale ma kilka słabszych momentów.

Gra nosi podtytuł Stay Human i jest ku temu powód. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli powiem, że w ciągu pierwszych 30 minut gry postać głównego bohatera zostaje zainfekowana przez zombie, a resztę gry spędzamy na radzeniu sobie z konsekwencjami. Ponieważ światło UV powstrzymuje infekcję, można spędzić tylko kilka minut poza jego zasięgiem, a więc w nocy trzeba uwijać się pomiędzy specjalnymi latarniami. W dzień oczywiście jesteśmy bezpieczni, bo zombie nie lubią słońca, ale za to gromadzą się wtedy chętnie we wnętrzach domów co czasami utrudnia eksplorację.

Dying Light 2: Stay HumanDying Light 2: Stay Human Fot. Screen z gry

„Odporność" jest głównym elementem ograniczającym swobodę rozgrywki. Na drugim miejscu wymieniłbym strasznie delikatne i czasami jednorazowe bronie.

Nie rozumiem też zupełnie, dlaczego twórcy gry położyli tak wielki nacisk na parowanie ciosów i wzmocnione ataki po nim, a zrezygnowali z bardzo fajnej opcji, która polegała na rzucaniu bronią w przeciwnika. O braku broni palnej nawet nie będę dyskutował.

Niepojęte jest także dlaczego walcząc z ludzkimi przeciwnikami, jesteśmy też atakowani przez zombie, które całkowicie skupiają się na nas, ale nie atakują już czarnych charakterów, mimo że nie są zainfekowani.

Wyraźnie widać, że nie wszystkie zamysły autorów gry zostały zrealizowane, a z pewnością wiele z nich wyszło słabiej niż planowano. Gra po niefortunnym starcie została bardzo mocno poprawiona i widać, że Techland wciąż dokłada starań, żeby była jeszcze lepsza.

 

Mimo niedociągnięć i kilku całkiem absurdalnych sytuacji, przyznaję, że ukończenie Dying Light 2 daje sporo satysfakcji. Bez wątpienia jest to, jeśli nie najlepsza, to jedna z najciekawszych gier z zombie, a przy tym ma niebanalną historię do opowiedzenia. Dlatego zamiast polecenia powiem tylko, żebyście dali szansę tej grze, a z pewnością będziecie się dobrze bawili. Nawet jeśli nie dacie rady jej skończyć, to warto na chwilę zanurzyć się w tym zainfekowanym świecie.