Kiedy moja koleżanka z redakcji postanowiła przygotować materiał zatytułowany 5 filmów, które każdy mężczyzna powinien znać – wybrane kobiecym okiem, od razu wiedziałem, że szybko odpowiem „męską" wersją. Głównie po to, żeby pokazać, że jeśli mamy do czynienia z dobrym kinem, to trafi ono do każdego i nawet jeśli wszystko w filmach dla facetów kręci się wokół "krwi, flaków, mordobicia, gangsterki czy szybkich samochodów", to w rzeczywistości może mieć drugie dno. I chociaż nie będzie to z pewnością pierwszy wybór pań przeglądających ofertę serwisów streamingowych czy program TV, to warto dać mu szansę, bo efekty mogą być zaskakujące:

"Gorączka"

Zestawienie zaczynamy od kultowej produkcji, która trafiła na ekrany już w 1995 roku, ale pomimo tylu lat wcale się nie zestarzała – ba, oglądałem ją ostatnio kilka miesięcy temu i podobała mi się chyba jeszcze bardziej niż zwykle! I choć na pierwszy rzut oka "Gorączka" to typowo męskie kino, bo mamy przecież do czynienia z pojedynkiem profesjonalnego złodzieja i tropiącego go agenta specjalnego, to w rzeczywistości opowiedziana w filmie historia porusza wiele ważnych wątków. Pomimo życia między ludźmi bohaterowie dwóch stron barykady są tak naprawdę przerażająco samotni, a wynikające z ich profesji problemy z zaufaniem i obsesyjna wręcz chęć odniesienia zwycięstwa niszczą nie tylko ich samych, ale i najbliższe im osoby. Nie da się też mówić o "Gorączce" bez zwrócenia uwagi na obsadę, bo główne role w filmie grają Robert De Niro oraz Al Pacino, a na liście znaleźli się też Val Kilmer, Natalie Portman czy Danny Trejo. I choć tego typu gwiazdorskie obsady często przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego, to tutaj skutkują popisem aktorskiego rzemiosła. Do tego prawdziwe wątki sprawy kryminalnej z 1980 roku, dbałość o autentyczność prowadzonych akcji i… można tak jeszcze długo, to po prostu trzeba zobaczyć!

 

"Droga"

Część widzów już na samo hasło postapokalipsa omija film szerokim łukiem, nie dając mu najmniejszej szansy, tymczasem jest to bardzo wdzięczny motyw. Chociaż wdzięczny to może złe słowo, bo dzieła postapokaliptyczne podejmują najczęściej trudne tematy, pokazując z jednej strony niezłomną walkę o przetrwanie każdego kolejnego dnia, a z drugiej najmroczniejsze strony ludzkiej osobowości. I nie inaczej jest w przypadku "Drogi", której cały ciężar spoczywa na barkach dosłownie dwóch aktorów, tj. Viggo Mortensena i Kodiego Smit-McPhee. Wszystko dlatego, że mamy do czynienia z opowieścią o ojcu i synu, którzy próbują przetrwać w postapokaliptycznej rzeczywistości, gdzie największym zagrożeniem jest inny człowiek oraz ryzyko… utraty własnego człowieczeństwa. Nie ukrywam, że "Drogę" oglądałem już po lekturze oryginału, czyli nagrodzonej Pulitzerem powieści Cormaca McCarthy’ego, ale film wydaje się dobrze oddawać przesłanie tej książki – mrocznej, wywołującej skrajne emocje i często trudnej do zniesienia, ale jednocześnie w wyjątkowy sposób pokazującej siłę rodzicielskiej miłości skłonnej do największego poświęcenia.

 

"Mad Max"

Problem "Mad Maxa" znam bardzo dobrze z własnego doświadczenia, bo moja druga połówka na pomysł oglądania najnowszej części reagowała mniej więcej tak: "Jezuuu, tylko nie to!". Kiedy jednak w końcu dała się namówić, szybko zmieniła zdanie, bo… to po prostu kawał dobrego kina w genialnej oprawie audiowizualnej! I chociaż na pierwszy rzut oka nic nie łączy pustynnych klimatów "Mad Maxa" z opisywaną wyżej skutą śniegiem i lodem "Drogą", to w rzeczywistości w obu przypadkach mamy do czynienia z postapokalipsą, więc i problemy bohaterów będą podobne. Tyle że w "Na drodze gniewu" oglądamy świat, który po katastrofie nuklearnej stał się pustynią, gdzie jak łatwo się domyślić najcenniejszym zasobem, środkiem płatniczym i narzędziem sprawowania kontroli jest woda. Z jednej strony mamy więc zepsucie i deptanie resztek człowieczeństwa, a z drugiej próby stworzenia międzyludzkich relacji, które są czymś więcej niż tylko umową handlową między bohaterami bardzo mocno doświadczonymi życiem. A wszystko to jest przy okazji ucztą dla oka i ucha – popisy kaskaderskie, szaleńcze pościgi samochodowe, fenomenalne kostiumy i charakteryzacje, wyjątkowe ujęcia, ciężkie gitarowe riffy… po prostu obejrzyjcie, jeśli jeszcze nie mieliście okazji!

 

"1917"

Skoro „męskie" kino, to obowiązkowo wojna – tyle że o wojnie też można na wiele sposobów, czego świetny przykład dał nam w 2019 roku Sam Mendes, tworząc film bazujący na opowieściach swojego dziadka, weterana I wojny światowej Alfreda Mendesa. Mamy więc do czynienia z wojną ze wspomnień prawdziwych żołnierzy, a nie współczesnym hollywoodzkim pomysłem na jej pokazanie. Oczywiście, Hollywood tu nie brakuje, ale w zdecydowanie innym wydaniu, czyli mistrzowskiego operowania dźwiękiem i obrazem, pozwalającego widzowi poczuć się jak na prawdziwym froncie wojennym. Zresztą taki właśnie był zamysł reżysera, który nie kombinował za bardzo z historią i ograniczył się do wysłania dwóch szeregowych żołnierzy z misją przedarcia się za linię wroga i dostarczenia wiadomości mogącej uratować batalion przed zasadzką. Dla niedoświadczonych żołnierzy to podwójny ciężar, z jednej strony sytuacja wojenna jest dla nich nowa i nie wiedzą jeszcze, jak sobie z nią radzić, a z drugiej strony mają świadomość tego, co się stanie z ich kolegami, jeśli zawiodą. To trochę tak, jakby każdego z nas wysłać teraz na front i kazać działać – bylibyśmy przerażeni, zdezorientowani i dalecy od romantycznej wizji bohaterstwa.

 

"Joker"/"Batman"

Tak, kobiety też mogą oglądać filmy o „facetach w rajtkach" i świetnie się przy tym bawić, nawet jeśli nie mają ochoty zagłębiać się w zagmatwane komiksowe uniwersum. Wystarczy tylko sięgnąć po odpowiednie produkcje, jak "Joker" z Joaquinem Phoenixem z 2019 roku czy świeżutki tegoroczny "Batman" z Robertem Pattinsonem. W obu przypadkach "superbohaterstwo" jest tylko tłem dla opowiadanej historii, szczególnie że żaden z bohaterów tak naprawdę nie dysponuje nadprzyrodzonymi mocami czy zdolnościami – no chyba, że za takie uznamy "bycie bogatym", jak żartobliwie podsumowuje tę sprawę Batman grany przez Bena Afflecka w "Lidze sprawiedliwości" (ale dzisiaj nie o tym Batmanie).

 

"Joker" w reżyserii Todda Phillipsa to dramat obyczajowy przedstawiający losy zmagającego się z chorobą psychiczną nieudolnego komika, który na skutek odrzucenia przez społeczeństwo i niewłaściwie leczonych problemów psychicznych powoli zmienia się w legendarnego złoczyńcę siejącego chaos na ulicach Gotham City. To film tak przerażająco smutny, bolesny i prawdziwy, że momentami łatwo zapomnieć, że jego bazą jest kultowy złoczyńca uniwersum DC. Podobnie jest zresztą z nowym "Batmanem", w którym Matt Reeves postanowił skupić się na detektywistycznych talentach bohatera boleśnie odczuwającego skutki swojego człowieczeństwa w walce ze złem. Zarówno fizycznie, zmagając się ze swoimi ograniczeniami i bólem, jak i psychicznie, przez lata nie mogąc poradzić sobie z traumą przeżytą w dzieciństwie. Oba filmy można podsumować krótko – superbohaterskie kino może być naprawdę dobrym kinem, które jeszcze na długo po premierze zostaje w pamięci.