HBO wyraźnie zachęcone ciepłym przyjęciem wieści o "House of the Dragon", ogłosiło plany ponownego sięgnięcia po Kita Harringtona, który aktualnie wciąż intensywnie współpracuje z Marvelem, gdyż miałby powstać spinoff, a jego centralną postacią będzie Jon Snow.

Ten wielki pechowiec serialowej sagi budził wielką sympatię, ale trudno powiedzieć, czy po obśmiewanym do dzisiaj zakończeniu ma on na tyle charyzmy, żeby ludzie ponownie zaufali tej postaci i tłumnie zbiegali się przed telewizory.

HBO bardzo mocno zaszkodziło „Grze o tron", produkując fatalny ostatni sezon i szykując jego okropne zakończenie. Zniweczono w ten sposób wszystko, co serial zdobył przez wiele lat, kiedy fani z niecierpliwością wyczekiwali premiery kolejnych części.

House of the Dragon" ma już mocno „pod górkę" i jego realizatorzy dwoją się i troją, żeby zachęcić fanów do powrotu i sprzedać go jako coś wartego uwagi. Można chyba uznać, że ich ciężka praca powoli przynosi rezultaty i widzowie wykazują nim zainteresowanie. Jednak jeśli okaże się klapą, to kolejny spin-off skazany jest na zagładę. Nawet jeśli jego głównym bohaterem będzie uroczy i przystojny Snow.

Dlatego można wątpić, czy ogłoszenie go już teraz jest dobrym pomysłem. Dobrze też byłoby się dowiedzieć, co na to wszystko ma do powiedzenia George R.R. Martin, który związał się z From Software i w zasadzie zajął się grami wideo, do których pisze oryginalne scenariusze, odseparowane od jego wcześniejszej prozy.

Celowo lub nie, ale wieść o spin-offie z Jonem Snowem zbiega się z zakończeniem serialu o innym sławnym wojowniku, działającym w odległej galaktyce. Miniserial Disney+ z akcją osadzoną w uniwersum „Gwiezdnych Wojen", skupiający się na Obi-Wanie Kenobim, w którego wciela się Ewan McGregor, jest już kompletny i wszystko stało się jasne.

"Gra o tron" powraca - Jon Snow też

HBO prawdopodobnie widzi jakąś przepowiednię, w tym, co zdarzyło się z najnowszym serialem Disneya. Kiedy „Rise of Skywalker" zadebiutował pod koniec 2019 roku, spotkał się z delikatnie mówiąc, chłodnym przyjęciem fanów. Natomiast serial „Mandalorian" rozkochał w sobie widzów i zatarł złe wspomnienia. I teraz najnowszy serial z McGregorem przypieczętował powrót wielkiej serii, bardzo dobrymi ocenami zarówno krytyków, jak i widzów. Może się wydawać, że wystarczy tylko skopiować pomysł i sukces murowany.

The Mandalorian" stał się ogromnym hitem, pomagając Gwiezdnym Wojnom wejść do świata telewizji i seriali. Doczekał się dwóch znakomitych spin-offów w postaci „Ahsoka" i „Book of Boba Fett". W sumie tak rozgrzał serca wielbicieli Star Wars, że obecnie nie ma większego znaczenia, czy Disney i Lucasfilm zdecydują się wydać kolejny film. Marka wróciła na dobre do świadomości widzów, a dzięki telewizyjnemu sukcesowi jej życie wydłużyło się o wiele, wiele lat.

I teraz należy wrócić do HBO, które uznało, że Disney+ odniósł sukces w prosty sposób. Jednak czy łatwy do powtórzenia? W każdym razie wyraźnie widać, że HBO próbuje wykroić jakieś smakowite kąski z nieco spalonego kotleta i eksponować ważne postaci, żeby tylko ludzie wrócili do ich serialu i zapomnieli o nieszczęsnym finale poprzednika. Trzeba przyznać, że pole do eksperymentów jest równie szerokie, jak w przypadku „Gwiezdnych Wojen", a wątków i postaci do ponownej eksploatacji albo debiutu nie brakuje.

„Gwiezdne Wojny" mają przewagę nad „Grą o tron", choćby dlatego, że fani już dawno okrzepli w obliczu wzlotów i upadków głównej kinowej serii. Dla wielbicieli „Gry o tron" był to pierwszy, ale za to poważny cios, który niemalże doprowadził do nokautu.

Teraz przekonamy się, czy trzyletnia pauza jest wystarczająco długim czasem. Bardziej niż lodowe zombie czy wielkie smoki, największym zagrożeniem dla „Gry o tron" jest to, czy może znów mieć znaczenie dla widzów i uda się odzyskać ich zaufanie.

Przekonamy się już niedługo, bo premiera „House of the Dragon", jest zaplanowana na 21 sierpnia w HBO Max, a od tego serialu zależy bardzo dużo.