Ludzie wyprzedzający swoje czasy, wizjonerzy głoszący nowatorskie teorie czy osoby publiczne zwracające uwagę na poważne problemy, które inni zamiatali pod dywan… no cóż, jak pokazuje historia, najczęściej nie obchodzimy się z nimi najlepiej. Oni mają siłę, aby głośno mówić o swoich odkryciach, gdy nam brakuje odwagi, by zachować otwarty umysł. Oto kilka najsłynniejszych przykładów takich „szaleńców" z najnowszej historii, którzy zamiast w zakładzie psychiatrycznym powinni znaleźć miejsce na mównicy.

Ignaz Philipp Semmelweis

Ten urodzony 1 lipca 1818 roku węgierski lekarz położył podwaliny pod nową gałąź medycyny, a mianowicie antyseptykę, która zajmuje się kwestią niszczenia drobnoustrojów poprzez odkażanie. Przez lata wskazywał, że lekarze i położne powinni przed badaniem kobiet po porodzie dezynfekować ręce, bo radykalnie zmniejsza to śmiertelność wywołaną gorączką połogową, która w jego czasach była zmorą szpitali położniczych. Odkrycia udało mu się dokonać w bardzo smutnych okolicznościach, tzn. po śmierci przyjaciela, który został podczas sekcji zwłok skaleczony skalpelem - przed zgonem wystąpiły u niego takie same objawy jak u kobiet z gorączką połogową, więc Semmelweis uznał, że najpewniej chodzi o bakterie przenoszone przez lekarzy i położne na rękach. W związku z tym zalecił lekarzom, studentom i personelowi medycznemu stosowanie roztworu podchlorynu wapnia do mycia rąk i narzędzi chirurgicznych przed wykonywaniem badań i zabiegów. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo odsetek zgonów z powodu gorączki połogowej spadł drastycznie i wydawało się, że trudno o lepsze dowody na poparcie teorii Semmelweisa. Nic z tego, nie wszyscy lekarze się z nim zgadzali i zanim jego teorie zaczęły być uznawane przez środowisko lekarskie i powszechnie stosowane, wiele osób zmarło niepotrzebnie, a jego samego nazywano szaleńcem. Ba, w końcu zrobiono z niego prawdziwego „szaleńca", bo z powodu nieustających ataków zapadł na chorobę psychiczną i został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym, gdzie 1865 roku zmarł z powodu… zakażonej rany.

Dezynfekcja rąk wcale nie była kiedyś medycznym standardemDezynfekcja rąk wcale nie była kiedyś medycznym standardem pixabay.com

Clair Patterson

Clair Patterson zapisał się w historii jako geochemik, który oszacował wiek naszej planety na 4,5 mld lat i walczył z benzyną ołowiową, ale zanim przyznaliśmy mu rację, musiał znieść wiele upokorzeń. Kiedy Clair Patterson rozpoczynał w 1948 roku badania laboratoryjne z zakresu ołowiu, nie przypuszczał jeszcze, że stanie się wrogiem numer 1 największych koncernów naftowych świata. Naukowiec obrał sobie za cel oszacowanie wieku Ziemi na podstawie ilości uranu i ołowiu zawartego w skałach, co okazało się jednak niemożliwe ze względu na zanieczyszczenie wynikłe z powszechnego stosowania benzyny ołowiowej. To właśnie wtedy zwrócił uwagę na problem, że z jej powodu ogromna ilość ołowiu odkłada się w atmosferze, wodzie oraz… naszych ciałach i apelował do koncernów naftowych, które postanowiły jednak zrobić z niego szaleńca. Jak na ironię, to jednak ich pracownicy masowo popadali w szaleństwo, bo ołów już w niewielkich ilościach uszkadza skórę, mięśnie, narządy wewnętrzne i układ nerwowy, prowadząc do problemów z kontrolą agresji, nadpobudliwością, obniżeniem inteligencji czy halucynacjami. Niestety, jak to często bywa, pieniądze wzięły górę i dopiero po kilkudziesięciu latach udało mu się wywalczyć usunięcie ołowiu z benzyny. 

To dzięki niemu mamy benzynę bezołowiową i nie grozi nam szaleństwoTo dzięki niemu mamy benzynę bezołowiową i nie grozi nam szaleństwo pixabay.com

Sinead O’ Connor

Co Sinead O’ Connor robi na tej liście? Tak, irlandzka piosenkarka znana przede wszystkim z kawałka "Nothing Compares 2 U" od lat budzi wiele kontrowersji i choć nie we wszystkim trzeba się z nią zgadzać, to w jednym miała dużo racji, ale opinia publiczna zrozumiała to dopiero po latach. A chodzi o wydarzenie, które praktycznie zakończyło jej karierę, bo część osób chciała ją zamknąć w szpitalu psychiatrycznym, a inne postawić przed sądem. O czym mowa? O występie w ramach Saturday Night Live z października 1992 roku, podczas którego wykonała piosenkę Boba Marleya zatytułowaną "War", protestując przeciwko kryciu pedofilii w Kościele katolickim. Na koniec nadawanego na żywo programu podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II, krzycząc przy tym: „walczcie z prawdziwym wrogiem". Jak łatwo się domyślić, występ spotkał się z falą krytyki i oburzenia… tyle że oskarżenia Sinead O’ Connor okazały się prawdziwe, ponieważ, jak wiemy z kolejnych ujawnianych dokumentów, Watykan tuszował liczne przypadki molestowania dzieci przez księży w Irlandii. Co więcej, kiedy kolejne szokujące akta zaczęły wychodzić na światło dzienne, premier Irlandii w 1999 roku przeprosił ofiary i obiecał pociągnięcia sprawców do odpowiedzialności. I jak powiedział, tak zrobił - księża stawali przed sądem, a Kościół zapłacił ogromne odszkodowania, w efekcie czego stracił pozycję i zaufanie, a obywatele odsunęli się od zepsutej instytucji. 

Miała rację, kościół ukrywał pedofilięMiała rację, kościół ukrywał pedofilię pexels.com

Courtney Love 

A skoro już przy kontrowersyjnych piosenkarkach jesteśmy, to warto też wspomnieć o Courtney Love, czyli żonie lidera Nirvany Kurta Cobaina. Ta już w 2005 roku pół żartem, pół serio próbowała ostrzegać młode gwiazdy przed postacią niesławnego Harveya Weinsteina, który dopiero w 2017 roku został publicznie potępiony i oskarżony o nadużycia seksualne wobec kobiet, sięgające nawet… lat 70. ubiegłego wieku. Ten wpływowy amerykański producent filmowy mógł nawet przez pół wieku wykorzystywać swoją pozycję w Hollywood, by dopuszczać się przestępstw seksualnych na kobietach, a wszystko za cichym przyzwoleniem środowiska filmowego. Tyle że Courtney Love nigdy nie cieszyła się najlepszą sławą, więc kiedy podczas jednej z branżowych imprez radziła młodym kobietom wchodzącym do Hollywood, żeby odmówiły, jeśli Harvey Weinstein zaprosi je na prywatną imprezę do pokoju hotelowego w Four Seasons, wszyscy wzięli to za kolejne „szaleństwo". A szkoda…

Miejsce przestępców jest za kratkamiMiejsce przestępców jest za kratkami pexels.com

John Snow

Ten John Snow wiedział zdecydowanie więcej niż bohater książki Martina i popularnego serialu, bo mowa o brytyjskim lekarzu, którego uznajemy za pioniera stosowania znieczulenia i jednego z twórców epidemiologii. Tyle że podobnie jak Ignaz Philipp Semmelweis musiał mierzyć się z pogardliwymi opiniami kolegów po fachu, kiedy zaczął podważać obowiązującą aż do końca XIX wieku teorię miazmy. Jego zdaniem to skażona woda, a nie tzw. złe powietrze powodowała takie choroby jak cholera i chociaż udało mu się nawet prześledzić i ustalić zanieczyszczone źródło będące przyczyną londyńskiej epidemii z 1854 roku, to przez dłuższy czas jego metody uznawane były, delikatnie mówiąc, za „wątpliwe".

To woda, a nie powietrze powodowało epidemie choleryTo woda, a nie powietrze powodowało epidemie cholery pexels.com

Ernest Hemingway

Bliska rodzina i przyjaciele Ernesta Hemingwaya byli przekonani, że wybitny pisarz pod koniec życia mierzył się z chorobą psychiczną, która objawiała się paranoją, szczególnie na punkcie… FBI. Hemingway miał wielokrotnie przekonywać swoje otoczenie, że jest szpiegowany, a jego poczta, telefon, samochód i dom znajdują się na stałym podsłuchu - samobójstwo pisarza w 1961 roku miało być zaś ostatecznym potwierdzeniem jego „szaleństwa". Tyle że dwadzieścia lat po jego śmierci, kiedy FBI zostało zmuszone przez Freedom of Information Act do ujawnienia tajnych wcześniej informacji, okazało się, że Hemingway wcale nie był szalony, a 122-stronicowa teczka była dowodem żywego zainteresowania, czyli szpiegowania pisarza. Co więcej, jego sprawa zwróciła uwagę na liczne nadużycia FBI za czasów władzy J. Edgara Hoovera, które mniej więcej w tym samym czasie blisko przyglądało się też innym ważnym osobistościom, jak Muhammad Ali, Martin Luther King Jr. czy Truman Capote.

Biurko Ernesta Hemingwaya w domu pisarza w Key West (obecnie muzeum)Biurko Ernesta Hemingwaya w domu pisarza w Key West (obecnie muzeum) unsplash.com

John Yudkin

Na koniec jeszcze jeden wybitny umysł, który próbował zwrócić naszą uwagę na poważny problem zdrowotny, ale został szybko zdyskredytowany. A chodzi o Johna Yudkina, czyli brytyjskiego fizjologa i specjalistę żywienia, obecnie uznawanego za jednego z pionierów badań nad szkodliwością nadmiernego słodzenia. Już w 1972 roku opublikował książkę poświęconą związkowi cukru z otyłością i chorobami układu krążenia zatytułowaną "Czysty, Biały i Śmiertelny" (Pure, White and Deadly). Tyle że z miejsca spotkała się ona z krytyką środowiska medycznego i koncernów spożywczych (a mówiąc precyzyjniej nawet środowiska medycznego dobrze opłacanego przez koncerny spożywcze), bo przecież „wszyscy wiedzą, że wszystkiemu winny jest tłuszcz" i każdy, kto twierdzi inaczej, musi być szaleńcem. Ba, część lekarzy twierdziła nawet, że cukier jest świetnym źródłem energii, a coca-cola zdrowa, więc warto popijać ją między posiłkami… no cóż, dziś już dobrze wiemy, że jest inaczej.

Twierdził, że to cukier, a nie tłuszcz, odpowiada za otyłośćTwierdził, że to cukier, a nie tłuszcz, odpowiada za otyłość pixabay.com