Było przyjemne lato roku 2005. Zafascynowany popularnym wówczas hitem Akona - "Lonely" - ruszyłem na wczasy do Świnoujścia. Oczywiście nie sam - z rodziną i znajomymi: byłem wszak zaledwie świeżo upieczonym gimnazjalistą.

To wtedy, w tym średnio atrakcyjnym mieście, wszystko się zaczęło. Teleexpress zapowiadał koncert jakiegoś francuskiego artysty, który miał w sierpniu wystąpić z okazji ćwierćwiecza Solidarności. Muzyk miał dziwaczne nazwisko, a wcześniej znałem go wyłącznie z okładki winyla, do którego wielokrotnie próbował przekonać mniej mój tata. Jakoś nigdy się nie przełamałem, zapewne dlatego, że okładka - na pierwszy rzut oka - nie wygląda nazbyt zachęcająco:

Koncert z ChinKoncert z Chin Fot. okładka płyty "The Concerts in China" Fot. okładka płyty "The Concerts in China"

Wystarczyło jednak kilka dźwięków bodaj najpopularniejszego utworu Francuza - "Oxygene 4" - bym z miejsca pokochał tę muzykę. Jestem wrogiem wszelakich banałów, zwłaszcza tych o artystach, których twórczość zmienia ludzkie życie. Ale kompozycje Jean Michel Jarre'a naprawdę w sporym stopniu zdeterminowały to, kim obecnie jestem.

Pierwsze własne płyty, gadżety sprowadzane z Ebaya, fanowskie fora, "Zoolook", czyli pierwszy album, który mogłem po prostu słuchać, a nie słyszeć pomiędzy innymi zajęciami... Skończyło się tym, że obecnie mam podpisaną niemal całą dyskografię, trzy razy widziałem się z Mistrzem podczas spotkań z fanami, a pięć razy uczestniczyłem w jego koncertach. Trafiłem nawet na jego Instagrama!

 

Ostatnimi czasy stało się jednak z Jarrem coś niedobrego. Kiedyś najbardziej fascynowały go spektakularne widowiska w nieoczywistych miejscach jak choćby show na afrykańskiej pustyni czy w brytyjskich dokach. Teraz spotkamy go tylko i wyłącznie podczas mniejszych tras koncertowych na całym świecie. Wystarczy powiedzieć, że był kiedyś taki rok, kiedy Jarre grał nad Wisłą kilka razy... W pewnym stopniu to rozumiem. W pewnym - jest mi bardzo smutno.

Podobnie jest z nowym materiałem. Ostatnią znakomitą płytą była wydana w 2000 roku "Metamorphoses" (moim zdaniem, bo części największych fanów nie przypadły do gustu użyte tam wokale), ostatnią dobrą - "Geometry of Love" z 2003 roku. Dalszy materiał od francuskiego multiinstrumentalisty to już tylko zjadanie własnego ogona, zero tej świeżości, którą Jarre olśnił cały świat. Nie bez powodu mówi się, że Jean Michel stworzył muzykę elektroniczną dla wszystkich. Bez skomplikowanych konstrukcji jak utwory Tangerine Dream, za to wciąż z elektroniczną fantazją.

W zeszłym tygodniu Jarre zapowiedział - "Oxygene" będzie trylogią, wydaję kontynuację". O planach poinformował na Facebooku:

Umówmy się - choć Francuz ma w dorobku wybitniejsze dzieła, to "Oxygene" już na zawsze pozostanie jego najsłynniejszym albumem. To jak "Master of Puppets" dla Metalliki, jak "Blood Sugar Sex Magic" dla Red Hotów, jak "Appetite for Destruction" dla Guns'n'Roses.

Już raz się Jean Michelowi upiekło. W 1997 po raz pierwszy sięgnął po najsłynniejszy materiał, wydając płytę: "Oxygene 7-13". Album okazał się zaskakująco dobry, a przy okazji trasy promocyjnej Jarre po raz pierwszy zagrał w Polsce - w katowickim Spodku (koncert był pokazywany w TVP). Wtedy udało się dokonanie niemożliwego, ale Jarre był jeszcze innym muzykiem - miał za sobą ciekawą płytę "Chronologie", a wciąż przed sobą wspomniane już tutaj "Metamorphoses".

Dlatego z jednej strony bardzo się cieszę, że znów usłyszę melodie, od których - pięknie mówiąc - to wszystko się zaczęło. Z drugiej bardzo się obawiam, bo choć Jean Michel Jarre na zawsze pozostanie moją największą muzyczną fascynacją, zdaję sobie sprawę, że szczyt artystycznych możliwości ma już dawno za sobą. Bo stworzyć legendarny materiał jest niezwykle trudno. Za to tę legendę zgasić - bardzo łatwo...

Wczoraj rozpoczęła się kolejna trasa koncertowa promująca ostatnie wydawnictwo Francuza. Po pierwszych fanowskich filmikach - których już wiele na Youtube - widać, że nie mamy do czynienia z zapowiadanym przełomem w dziedzinie występów na żywo. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że "Oxygene 14-20" nie może się udać.

Wciąż tli się jednak jeszcze nadzieja. Jarre już wielokrotnie zaskakiwał świat. Może zaskoczy i tym razem?

PS Subiektywny przegląd najlepszych utworów Jean Michel Jarre'a (na tyle na ile pozwala biblioteka Spotify) znajdziecie poniżej:

Follow @kubadobroszek