Co robił pan 12 marca 1983 r.?

Nie pamiętam. Miałem 16 lat... Pewnie byłem na wagarach. Tak mogło być. Marzec, czyli już się zaczyna robić ciepło, nie chce się siedzieć w szkole, więc przyjmijmy, że byłem na wagarach.

Pan wie, dlaczego pytam o tę datę.

Chce mnie pan teraz odpytać ze znajomości scenariusza?

Trzeba czytelnikom wyjaśnić, że w serialu tego dnia dochodzi w Polsce do zamachów terrorystycznych, co prowadzi do tego, że komunizm w Polsce jednak nie upada, żelazna kurtyna istnieje nadal, a w 2003 r. Polska jest państwem policyjnym. Przepraszam, milicyjnym, a pan gra inspektora Janowa. Mamy rok 2003, ale w innych realiach. Czy pan lubi rozważania na temat rzeczywistości alternatywnej?

To zależy, jak rozumiemy to pojęcie. Nie lubię pytań: „Co by było gdyby?”. To znaczy w życiu nie lubię, natomiast jak się ogląda taką sytuację na ekranie, to rzeczywiście może to być interesujące. Pytanie brzmi: „Po co się opowiada taką historię?”. Jeśli w ten sposób mówi się coś o współczesności, to może być ciekawe. Natomiast w życiu raczej nie stawiam sobie pytań typu: „Co by było, gdybym wsiadł do innego autobusu albo pociągu?”. Takie myślenie nie ma dla mnie sensu.

Natomiast w kinie to jest dość częsty motyw.

Jak najbardziej.

Czy ten serial odwołuje się jakoś do teraźniejszości?

Każde dzieło sztuki w jakimś sensie odnosi się do teraźniejszości, bo powstaje w teraźniejszości, więc jest wypowiedzią na dany temat wyrażoną w tym momencie. Podobnie jest z filmem. Może opowiadać historię sprzed paru tysięcy lat, która pozornie nie ma związku z teraźniejszością, a jednak ma, choćby dlatego właśnie, że powstaje dziś i jest to dzisiejszy punkt widzenia twórcy. W naszym serialu to, co rozgrywa się do 1983 r., jest prawdziwe, rzeczywiste. Wszystko, co się dzieje potem, to fikcja czy, jak pan powiedział, wersja alternatywna historii, której rzeczywisty przebieg przecież znamy. Jednak wydaje się, że pewne analogie czy podobieństwa do dzisiejszej Polski są oczywiste.

Czy można więc powiedzieć, że serial „1983” pokazuje, że w Polsce pomimo upadku komunizmu pewne rzeczy jednak się nie zmieniły?

Ten serial pokazuje to, co pokazuje, natomiast to, co pan w nim widzi, to już zupełnie inna sprawa. Wielokrotnie to powtarzałem i to jest banalne stwierdzenie, ale każdy odbiera dane dzieło sztuki indywidualnie. Nie ma jednego filmu, jest tyle filmów, ilu jest widzów.

Twórcą serialu jest Joshua Long. Kim on jest? W internecie trudno znaleźć o nim jakieś informacje.

Jest tak zwanym showrunnerem. Nie wiem, czy jest polski odpowiednik tego słowa. To osoba, która sprawuje kontrolę nad serialem, trzyma pieczę nad fabułą, historią, tekstami, scenariuszem, a jednocześnie Joshua Long to autor scenariusza. Więc w sumie wiem tyle co pan.

Ale poznał go pan? To Amerykanin? A może Polak kryjący się za pseudonimem?

Oczywiście, poznałem. Z tego, co wiem, urodził się w Ameryce. W każdym razie mówi po angielsku, a nie sądzę, żeby był Brytyjczykiem. 

Czy jako showrunner również odpowiadał za casting?

Nie wiem, jak te kompetencje były podzielone. Myślę, że propozycje obsadowe były wysyłane gdzieś do centrali Netfliksa do akceptacji. Ale jak to się odbywało i kto podejmował decyzje? Do mnie z propozycją zadzwoniła Agnieszka Holland.

Robert WięckiewiczRobert Więckiewicz Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Czy to, że jest to pierwszy polski serial dla Netfliksa, miało dla pana znaczenie, gdy pan się decydował przyjąć tę rolę?

To, że jest pierwszy, nie miało znaczenia. Natomiast miałem świadomość, czym jest Netflix – wielką korporacją produkującą filmy i seriale znakomitej jakości – i niewątpliwie to nie przeszkadzało w podjęciu decyzji. Raczej zachęcało. Jednak podstawowym bodźcem była historia, którą scenariusz zawiera, i postać, którą miałem grać. No i osoba Agnieszki Holland, z którą uwielbiam pracować i której się raczej nie odmawia.

Serial wyreżyserowały cztery panie: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Czy dla pana ma to jakiekolwiek znaczenie, czy pracuje pan z kobietą reżyserem, czy z mężczyzną?

To raczej kwestia konkretnej osoby, a nie płci. Może jedyną różnicą w porównaniu z pracą z mężczyznami reżyserami jest to, że trzeba się troszkę grzeczniej zachowywać na planie, nie używać zbyt wielu słów uznawanych za nieparlamentarne. Ale to tak mówiąc trochę żartem. A serio, to jest ciekawe, że akurat cztery kobiety reżyserowały ten serial. Można by powiedzieć, że to, co zobaczymy na ekranie, to kobiecy punkt widzenia, że wydarzenia i postaci, które pokazujemy, są przefiltrowane przez wrażliwość tych kobiet. Każdy reżyser jest inny i z każdym inaczej się pracuje. I z każdą z tych pań reżyserek też się inaczej pracowało.

No właśnie, jak to wyglądało? Czy każda pani reżyser pracowała nad innym odcinkiem, kręciła inne sceny?

Nie, osiem odcinków było mniej więcej podzielone po równo. Mniej więcej.

Pana bohater to inspektor milicji Anatol Janow. Skąd takie imię? Jedyny Anatol, jakiego ja kojarzę, to ten z filmu „Pan Anatol szuka kapelusza”.

Imię jak imię. Jakie to ma znaczenie? Każdy ma jakieś i zazwyczaj niewybrane przez siebie. Nie sądzę, żeby to było odniesienie do Fijewskiego, który szukał miliona. Anatol to po prostu Anatol.

W serialu gra również Maciej Musiał, będący także współproducentem. Jak się z nim pracowało?

Dobrze. Bardzo zdolny, ciekawy młody człowiek studiujący w szkole teatralnej w Krakowie. Myślę, że ma bardzo dobrze poukładane w głowie.

Polska A.D. 2003 przedstawiona w serialu to z jednej strony drapacze chmur, marmurowe gmachy i komputery, a z drugiej milicja, służby bezpieczeństwa jeżdżące żukami oraz polonezy na ulicach. Czy w tym wykreowanym świecie coś pana szczególnie ujęło?

Sto tysięcy Wietnamczyków w Warszawie, czyli Little Sajgon na Pradze. Podoba mi się pomysł takiego miasta w mieście. Jak się pojedzie do Berlina, to czuje się, że jest to miasto kosmopolityczne, wielokulturowe. Nie mieszkam w Berlinie i mogę tylko domniemywać, że ma to swoje plusy i minusy, jednak wydaje mi się, że mimo wszystko więcej jest tych plusów. Ciekaw jestem, jak by to wyglądało tutaj u nas, w Warszawie. Oczywiście Wietnamczycy, Ukraińcy czy inne nacje są tutaj obecne, ale nie aż w takim stopniu jak w naszym serialu.

Zależy w jakiej dzielnicy. Na placu zabaw przed moim blokiem na dziesięcioro dzieci ośmioro to mali Wietnamczycy.

No właśnie. Oni mają tu jakieś swoje miejsca, gdzieś pod Warszawą są centra handlowe...

W Wólce Kosowskiej. Ale to raczej miejsce dla hurtowników bielizny.

A w naszym serialu są istotnym elementem miejskiego krajobrazu. Co więcej, mają realny wpływ na wydarzenia, o których opowiadamy. Jednak musimy pamiętać, że jest to rzeczywistość fikcyjna, wymyślona przez scenarzystę. Nic takiego nie istniało. Są tylko pewne atrybuty przeszłości albo teraźniejszości, które rozpoznajemy. Na przykład bohaterowie posługują się takimi urządzeniami [Robert wskazuje na smartfona, na który nagrywam wywiad].

Robert Więckiewcz trzymający Traszkę zrobioną na potrzeby serialuRobert Więckiewcz trzymający Traszkę zrobioną na potrzeby serialu fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

W serialu to polski wynalazek Traszka.

Tak. To coś, co nas łączy z teraźniejszością, coś, co w realnym 2003 r. już przecież było, a jednocześnie mamy te rzeczy, o których pan wspomniał, jak dawne marki samochodów czy inne artefakty, które nas łączą z przeszłością, z latami 80. Świat tego serialu to jest taka przestrzeń „pomiędzy”. Widać to w różnych przedmiotach, w architekturze, ale też w ludziach, w ich mentalności. Z jednej strony jesteśmy zanurzeni bardzo mocno w przeszłości, a z drugiej w teraźniejszości, a nawet w przyszłości, bo te urządzenia są taką prognozą przyszłości, tego, co się za chwilę stanie z nami jako istotami ludzkimi, jako gatunkiem. Mam tu na myśli coraz większy wpływ technologii czy sztucznej inteligencji na naszą psychikę, relacje między nami, czy również na pewne procesy społeczne. To z kolei prowadzi nas do pańskiego wcześniejszego pytania: „Czy to przypomina dzisiejszą Polskę?”. Po upadku muru berlińskiego wielu intelektualistów zachodnich z Francisem Fukuyamą na czele wieściło koniec historii – że wszystko już się dokonało, że podział na świat dwubiegunowy przestał istnieć. Okazało się jednak, że nie tak szybko. Z kolei w Polsce wydawało nam się, że jak już 1989 r. przyniósł wolność, to przyniesie również dobrobyt dla wszystkich i że wszyscy myślą tak samo, czyli super, że mamy demokrację, że jesteśmy w Unii i NATO. No, dzisiaj widać, jak bardzo się mylili ci, którzy tak myśleli. Część społeczeństwa tkwi jeszcze w PRL-u. Mentalnie, ale również socjalnie. Zresztą widać to dzisiaj – przeżywamy to. Więc w tym sensie ten serial mówi też coś o nas obecnie.
Bardzo istotny jest też wątek polityczny. Nie ma tu miejsca na bardziej szczegółową analizę, ale to, co zobaczymy w serialu odnośnie do pewnych ekstremalnie trudnych dylematów moralnych i wyborów ludzi w latach 80. po zdławieniu pierwszej „Solidarności”, wyraźnie wskazuje, że sytuacje, w których ludzie ci się znajdowali, w wielu wypadkach nie poddają się prostej, jednoznacznej ocenie.

Czy pan prywatnie ogląda Netfliksa?

Nie. Nie mam.

Zaraz, zaraz. To skąd pan wiedział, że warto zagrać w filmie robionym dla Netfliksa?

Słyszy się to i owo. Widziałem trailery seriali, które są tam pokazywane. Poza tym wie pan, ja jestem prawdopodobnie jakimś wybrykiem natury, bo w zasadzie dzisiaj wszyscy oglądają seriale i chyba każdy normalny człowiek, który interesuje się kinem, kupił sobie abonament Netfliksa, HBO czy Showmaksa.

Rozumiem, że wszystkie pan zna i żadnego nie ma?

Jeden mam. Poza tym niektóre z tych seriali można kupić normalnie na nośnikach fizycznych. Trudno, żebym o tym nie słyszał – żyję pomiędzy ludźmi i codziennie spotykam się z kolegami z branży, a oni oglądają tego bardzo dużo, dyskutują, przerzucają się tytułami, a ja się przysłuchuję. To są osoby, które cenię i szanuję, więc wierzę, że byle czego by nie oglądały. Dostałem kiedyś dostęp do jednej z tych platform i jak czasami tam wchodzę, to znajduję naprawdę świetne kino. I myślę, że choćby po to, żeby obejrzeć nasz serial, to Netfliksa też sobie w końcu założę. Do tej pory tego nie robiłem, bo trochę nie mam na to czasu, trochę się boję, że za bardzo mnie wciągnie. Seriale pożerają czas w okrutnym tempie. Jeśli chodzi o dzisiejszą ofertę kulturalną, człowiek jest ogłupiały. Tego jest tak dużo, że nie sposób ze wszystkiego skorzystać. Dlatego trzeba sobie ograniczać dostęp, starać się wybierać to, co naprawdę jest warte uwagi.

Tylko jak wybrać? 

Trzeba próbować. Zazwyczaj im coś jest bardziej reklamowane, tym jest to większe gówno. Dlatego trzeba polegać na swoim guście i swojej intuicji. Z całą pewnością nie wierzyć recenzentom i nie czytać wywiadów.

A pan mógłby jakiś serial rekomendować?

Nie. Ale dzisiaj seriale robią najlepsi ludzie w branży. Netflix to firma, która wytwarza – jak to się mówi brzydko po angielsku – content. Zajmuje się masową produkcją seriali i filmów i ich udostępnianiem. I są to fantastyczne rzeczy. Platformy streamingowe, które wymieniłem, mają, jak się wydaje, nieograniczony dostęp do pieniędzy, w związku z tym mogą wyczarowywać niesamowite światy w swoich projektach i angażować do tego najlepszych ludzi.

 

Robert WięckiewiczRobert Więckiewicz fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Czy w tym serialu Netfliksa czuć było, że są większe pieniądze niż w innych produkcjach?

Tak, choć ostatnio brałem udział w produkcjach filmów polskich, które też miały spore budżety. Więc to nie jest taki wielki skok, ale próbując porównać proces powstawania tego serialu do produkowanego w „tradycyjnej” telewizji, to jest niebo a ziemia. Widać to chociażby w liczbie dni zdjęciowych przypadających na jeden odcinek. 
No właśnie, te nowe seriale chyba trzeba porównywać raczej z filmami kinowymi.
To widać, że kręcone są w sposób filmowy. Telewizja zawsze kojarzyła nam się z prostotą, pewną umownością scenograficzną i uproszczeniami scenariusza. Postaci są mniej skomplikowane, bo kto dziś ogląda telewizję...

Zostawmy wielokropek. 

Większość seriali w tradycyjnych telewizjach zamieniła się w papkę. Jak się wychodzi zrobić herbatę i wraca, to w zasadzie nic się nie traci. A tu mamy projekty niebanalne, pełnowartościowe, często na granicy eksperymentu, bogate formalnie i treściowo. No i te pieniądze też widać. Z drugiej strony, jak już mówiłem, zdarzają się i w Polsce produkcje, w których w ogóle nie czuje się, że jest za mały budżet.

Netflix to platforma, dzięki której ten serial od razu trafi na cały świat. Czy „1983” ma szansę stać się popularny w takiej, dajmy na to, Brazylii? 

Mam taką nadzieję. Wydaje mi się, że zrobiliśmy serial, który podejmuje uniwersalny temat, mimo że jest osadzony w konkretnych realiach. To nie jest serial o gadających liściach, ale ludziach, którzy mają swoje historie, pytania bez odpowiedzi, dylematy, wreszcie emocje. I te emocje są uniwersalne: każdy się boi, każdy kogoś kocha bądź kochał, każdy ma swoje problemy. A ten serial na poziomie emocji opowiada historię uniwersalną. Czy w Brazylii ktoś to zrozumie? Myślę, że tak, bo na podstawie naszej historii opowiadamy o ludzkich sprawach, o uwikłaniu w politykę, o walce o wolność, o konformizmie, o wielu kwestiach, które codziennie towarzyszą milionom ludzi. Cała reszta jest tylko pewną konstrukcją, dekoracją. Jeśli weźmie pan jakikolwiek film, to o czym on opowiada? Taka „Gra o tron” i „07 zgłoś się” są o tym samym: o ludzkich wadach, o ludzkich grzechach i ludzkich zaletach. Z jednej strony ma pan żądzę władzy, pychę, chciwość, a z drugiej cnoty: uczciwość, skromność itd. Cały czas opowiadamy tę samą historię, choć w różnych konfiguracjach. Tylko dekoracje się zmieniają.