Nie kusiło cię nigdy, żeby wziąć przykład ze swojego bohatera z „Pod powierzchnią” i spróbować sił jako pedagog?

Swego czasu pojawiło się parę ofert, abym zajął się uczeniem aktorstwa. Przez rok pracowałem w szkole filmowej w Łodzi. Uczyłem studentów drugiego roku pracy z kamerą. Obowiązki pedagogiczne wymagają jednak zaangażowania i czasu. W tym momencie mnie na to nie stać. Dostaję ciągle mnóstwo propozycji zawodowych. Dobrze jest mi tu, gdzie jestem.

Dostrzegasz jakieś różnice między swoim pokoleniem a młodymi adeptami aktorstwa, z którymi prowadziłeś zajęcia?

Z tych kilkunastu osób, które miałem szansę poznać, trzy, cztery były gotowe do tego, żeby zacząć grać w profesjonalnych teatrach i przed kamerą. Były świetnie przygotowane, wiedziały, czego chcą, mówiły piękną polszczyzną i miały to „coś”. Ten tajemniczy składnik osobowości, który sprawia, że aktor z miejsca przykuwa uwagę widza. Oczywiście często objawia się on później – na trzecim, czwartym roku studiów. Niekiedy aktor zostaje odkryty po zdobyciu dyplomu. Dużo zależy od reżyserów i speców od castingu, którzy dobierają charaktery aktorów do zdarzeń mających się wydarzyć na ekranie.

Młodzi aktorzy, z którymi pracujesz, często proszą cię o pomoc?

Mam taką obserwację i muszę się nią podzielić. Wydaje mi się, że część młodzieży tuż po studiach aktorskich zatraciła w sobie szacunek do kolegów po fachu. Denerwują mnie sytuacje, gdy ktoś zjawia się na planie zdjęciowym i nawet nie raczy się przedstawić. Ba, zaczyna pracę od stawiania warunków. Człowieku, kim ty, kurczę, jesteś? To znaczy: fantastycznie, że jesteś, cieszymy się z tego. Ale może chociaż wypowiedz najpierw swoje imię bez błędu. Potem spróbujmy się spotkać, porozmawiać o tym, co jest do zrobienia. Mam z tym kłopot.

W październiku mija 15 lat od premiery „Wesela”, fenomenalnego debiutu Wojciecha Smarzowskiego. To było istne wejście smoka w świat kina: doskonale napisany, wyreżyserowany i zagrany, śmieszno-straszny obraz polskiego piekiełka. Nie tylko wystąpiłeś w nim w jednej z głównych ról, ale również piastowałeś stanowisko współproducenta. Jak dzisiaj wspominasz to doświadczenie?

To był twórczy ferment, ten rodzaj wewnętrznego niepokoju, który nie daje ci spać. Chcieliśmy zawojować świat: opowiedzieć coś nowego, w inny sposób, z biglem. Moim pierwszym spotkaniem zawodowym z Wojtkiem był Teatr Telewizji „Kuracja”. Pracowaliśmy nad tym projektem w dużej firmie u Darka Jabłońskiego – prezydenta Polskiej Akademii Filmowej. Zgarnęliśmy za niego sporo nagród w kraju i za granicą. Wtedy pojawiła się myśl, aby nakręcić film. Wojtek przyszedł ze scenariuszem. Uznaliśmy, że to wartościowy materiał, który trzeba przenieść na ekran. Wraz ze świętej pamięci Anią Iwaszkiewicz oraz Darkiem Pietrykowskim zawiązaliśmy spółkę Film It! Pamiętaj, że to była zupełnie inna rzeczywistość. PISF jeszcze nie istniał. Nim udało nam się wejść na plan, spędziliśmy wiele miesięcy, prowadząc żmudne rozmowy z potencjalnymi koproducentami. „Wesele” miało swoją światową premierę w konkursie głównym na festiwalu w Locarno w Szwajcarii. Dostaliśmy tam nagrodę Młodego Jury. Później jeździliśmy z tym filmem po całym świecie. Byliśmy w Azji, Ameryce Południowej. Niesamowite doświadczenie.

„Wesele” okazało się także sporym przebojem kasowym w polskich kinach.

Pamiętam, jak zakładaliśmy się z dystrybutorem – nieistniejącą już firmą SPI – że ten film będzie miał przynajmniej półmilionową widownię. Myślę, że ostatecznie przyciągnął przed ekrany znacznie szerszą publikę. To były jednak czasy, kiedy nie we wszystkich kinach znajdowały się kasy fiskalne. Trudno to było wszystko zweryfikować. Dziś, gdybyśmy doliczyli do tego widzów telewizyjnych, uzbierałoby się pewnie parę ładnych milionów.

„Wesele” to dzisiaj kultowy film.

A Smarzol już na stałe wpisał się w poczet twórców, którzy chcą coś powiedzieć w unikalny sposób.

Ty z kolei awansowałeś do ekstraklasy polskich aktorów. Na sukces i uznanie musiałeś jednak poczekać do czterdziestki.

Już po studiach występowałem w dużych, ciekawych filmach, m.in. w „Zakładzie” Teresy Kotlarczyk, „Prowokatorze” Krzysztofa Langa czy „Listopadzie” Łukasza Karwowskiego. W tym ostatnim grałem zresztą po francusku z Marine Delterme. To był jednak początek lat 90. Nie najlepszy czas na robienie aktorskiej kariery. Wysłałem wtedy do agencji castingowych 100 kaset VHS ze swoim 10-minutowym demem. Składało się na nie kilka scen zmontowanych z filmów, w których wystąpiłem. Dostałem zaledwie jedną odpowiedź, reszta poszła w dym. Pracowałem ciężko w knajpie, żeby zarobić na tę całą wysyłkę. Początki były trudne. Nigdy nie porzuciłem jednak wiary, że sukces w końcu nadejdzie. Że będę dostawał dobre scenariusze i grał w zbierających świetne recenzje, kasowych filmach. A że nastąpiło to dopiero po czterdziestce? Lepiej późno niż wcale.

Bartłomiej Topa - sesja dla 'Logo'Bartłomiej Topa - sesja dla 'Logo' Mateusz Skwarczek / AG

Morgan Freeman czekał na swój moment jeszcze dłużej. Jego kariera ruszyła z kopyta, gdy miał 52 lata.

Można by tu pewnie przywołać jeszcze paru innych artystów, którzy zaistnieli późno jako… Nie chcę powiedzieć „gwiazdy”, bo nie lubię tego słowa. Jako aktorki i aktorzy, którzy wpisali się na stałe w kanon kina. Myślę sobie, że jeśli mamy coś wnieść do tego świata – jakąś swoją wypowiedź, obecność – to i tak to zrobimy, bez względu na okoliczności. No, chyba że spier… coś kompletnie i odpuścisz. Twój wybór. Ja nie zamierzam. Mam pięć dych, ale czuję, że tak naprawdę dopiero zaczynam.

Jaki jest w takim razie kluczowy oprócz talentu składnik sukcesu?

Konsekwencja, determinacja i poczucie własnej wartości. Ważne są także zaufanie i szacunek do drugiego człowieka. Jednocześnie staram się zawsze w relacjach z innymi osobami dawać im i sobie przestrzeń do zabawy i świrowania.

Skoro mowa o świrowaniu: mówi się, że studenci wydziałów aktorskich urządzają najdziksze imprezy.

Myślę, że studenci ogólnie lubią zaszaleć. Co chwila słyszy się przecież o tym, że wyrzucają szafy, telefony i telewizory z najwyższych pięter akademików. To domena nie tylko zawodów twórczych.

Z kim mieszkałeś w akademiku?

W pokoju mieszkałem z Robertem Płuszką – fantastycznym aktorem komediowym. W czasach studenckich miał wielką charakterystyczną rudą czuprynę, wszyscy mu jej zazdrościliśmy. Moim drugim współlokatorem był Kuba Grzegorek, stroiciel fortepianów, wspaniały kompozytor i również świetny aktor. Od czasu do czasu można go zobaczyć w filmach i reklamach. Z Robertem dawno nie miałem już kontaktu. Mieszkaliśmy w pokoju 313.

Trzynastka okazała się pechowa?

Nie, to dobry pokój jest – na trzecim piętrze, z balkonem, wysokimi sufitami. Bardzo „zabawny” pokój. Ja, góral z Nowego Targu, lubiłem spać przy otwartych oknach nawet w zimie. No i wyobraź sobie: którejś nocy chłopaki się budzą, a tu zawieja, pół pokoju w śniegu. Wkurzyli się wtedy na mnie strasznie.

O góralach mówi się, że mają twarde głowy. Zawsze byłeś tym, który na imprezie ostatni gasił światło?

Nie, nie, nie. Zawsze byłem zachowawczy w tym temacie. Był oczywiście czas, gdy balowałem i miałem tygodniowe ciągi. Zawsze wracałem jednak do pionu. Lubię wino, lubię się dobrze bawić. Zresztą, kto nie lubi? Alkohol bywa częścią tego cholernego zawodu. Aktorstwo jest fantastyczne, a zarazem mroczne, spalające wewnętrznie. Pracujemy na emocjach, jesteśmy wystawiani na nieustanną ocenę. Jakoś musimy sobie z tym radzić. Gwarancją powrotu do normalnego życia jest rodzina. W domu nie ma kina. Jest, bracie, real.

Która rola dała ci najbardziej w kość?

Było kilka takich ról, które wydrenowały mnie emocjonalnie. Jedną z nich był na pewno porucznik Mróz z „Domu złego”. Przytyłem do niej kilkanaście kilogramów. Wchodzenie po schodach było wtedy katorgą. Oczywiście Król z „Drogówki”…

Jaką miałeś metodę, by szybko przybrać na wadze?

Jadłem bez opamiętania wszystko, co nawinęło mi się pod rękę. Ziemniory, kluchy, głównie mączne produkty. W krótkim czasie przytyłem, a potem tuż po zdjęciach szybko zrzuciłem całą nadwagę.

Jak Robert De Niro we „Wściekłym byku”.

Nie śmiałbym się porównać do mistrza. De Niro jest dla mnie absolutnym wzorem aktora, jeśli chodzi o wiarygodność i kreację. Śledzę w mediach społecznościowych każdy jego fanpage. Możliwość spotkania z nim byłaby wielkim zaszczytem.

Mówi się, że są dwie szkoły aktorskie. W pierwszej, której patronem mógłby być właśnie De Niro, aktor staje się naczyniem dla roli. Z kolei w drugiej to rola jest naczyniem dla osobowości aktora. Do której z tych szkół jest ci bliżej?

Chyba jednak do pierwszej. Pozwalam, żeby postać przejęła nade mną kontrolę.

Jesteś typem aktora, który lubi mieć własne zdanie, czy raczej karnie słuchasz reżysera?

Lubię twórców, którzy obdarzają mnie zaufaniem. Którzy wiedzą, czego chcą, i dążą do tego z pasją oraz zaangażowaniem. Jeżeli tego nie ma, efekty naszej pracy stają się mdłe i nijakie. Zdarzyło się parę filmów, z których nie jestem zadowolony. W większości te moje artystyczne przygody z reżyserami były jednak udane.

Teraz, po latach, ponownie zobaczymy De Niro u Martina Scorsesego w „Irlandczyku”. Twoim Scorsesem jest bez wątpienia Wojciech Smarzowski. Wystąpisz w jego filmie o pogromie w Jedwabnem?

Tego jeszcze nie wiem. Rozmawialiśmy na ten temat, ale na razie żadnej konkretnej propozycji nie otrzymałem.

Wspomniałeś o mediach społecznościowych. Na Instagramie obserwuje cię już ponad 50 tysięcy osób. Jak przystało na człowieka ze smykałką do biznesu, wykorzystujesz tę platformę do promowania swoich produktów.

Mówisz o kurkumiku? To jest wyjątkowy napój – z kurkumy, imbiru, mięty, pieprzu cayenne, cytryny, miodu. Internet jest fantastycznym miejscem do sprzedaży zdrowej żywności. Dzięki wirtualnym sklepom mamy obecnie niezwykłą różnorodność. Oczywiście trzeba najpierw wiedzieć, czego nasz organizm naprawdę chce. Weryfikacja potrzeb jest kluczem do tego, żeby dobrze żyć.

Bartłomiej Topa - sesja dla 'Logo'Bartłomiej Topa - sesja dla 'Logo' Mateusz Skwarczek / AG

Twoja działalność biznesowa wynika z chęci zabezpieczenia się na wypadek, gdyby aktorstwo przestało cię interesować?

Nie wyobrażam sobie, że przestanę grać. Uwielbiam występowanie w filmach i teatrze. Myślę, że ta moja działalność pozaartystyczna – mówię teraz o kurkumiku – wynika raczej z chęci oddania tego, czego sam doświadczyłem. Pamiętaj: to, jakiego paliwa używasz, ma wpływ na jakość twojego życia. Kurkumik jest dla mnie esencją samego dobra. W synergii te wszystkie składniki działają fenomenalnie. Funkcjonujemy wirtualnie. Ale można nas też znaleźć w niektórych warszawskich sklepach, a także na południu Polski. Liczę jednak na to, że niebawem kurkumik będzie dostępny w szerszej dystrybucji.

Już od małego ciągnęło cię do robienia interesów. Sprzedawałeś m.in. kasety magnetofonowe ze swoją muzyką.

Piosenki były akurat Beatlesów. Razem z kumplami z podstawówki nagrywaliśmy ich interpretacje. Potem przegrywaliśmy je na kasety służące do nauki języka rosyjskiego. Cały ten proceder zakończył się ostro, bo wizytą milicji w moim domu. Tata nas mocno skarcił i zabawa się skończyła. Otwartość na nowe działania jednak we mnie pozostała. Aktualnie przygotowuję duży wieloodcinkowy serial telewizyjny. Liczę na to, że w ciągu roku albo dwóch uda nam się wejść na plan zdjęciowy. Żyjemy w czasach, gdy serwisy streamingowe stały się platformą do globalnej dystrybucji treści. Chyba nigdy wcześniej nie powstawało tak dużo seriali. Mam nadzieję, że pomimo tego zalewu produkcji jest wystarczająco wielu widzów, dla których jakość wciąż jest w cenie.

Twój syn skończy w tym roku 17 lat. Widzisz u niego podobną przedsiębiorczość?

Ciągnie go w stronę komponowania. Robi beaty hiphopowe: trap, gfunk, boom bap. Moim zdaniem ma wyjątkowy talent. Jak każdy ojciec pragnę, aby był szczęśliwy. Tylko to się liczy. Sukces i cała reszta przyjdą z czasem. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Próbujesz go edukować pod kątem kina, muzyki?

Słuchamy razem muzyki w trakcie jazdy do szkoły albo podczas wakacyjnych podróży. Z reguły to on puszcza mi swoje rzeczy. Dyskutujemy, co z tym można dalej zrobić i kto mu może pomóc. Antek jest w wieku, gdy w sercu człowieka trwa gwałtowna burza emocji. Staram się go wspierać i przekonać, że z czasem to wszystko minie. Ostatnio syn wpadł na pomysł, by zrealizować wraz z kolegami film w oparciu o swoją muzykę. Mam w sobie ojcowski spokój, że sprawy idą w dobrą stronę.

Jeszcze rok temu zapowiadałeś, że w 2019 r. zamierzasz przystopować z pracą. Coś ci jednak marnie z tym idzie.

Ale ja naprawdę staram się ściągać cugle. Tylko ciągle przychodzą do mnie fajne propozycje. Za moment zaczynam nowy teatr ze znakomitą obsadą: „Jak dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Premierę mamy na początku grudnia. Z kolei w połowie września w Bydgoszczy ruszamy ze zdjęciami do filmu „Miasto” w reżyserii Marcina Sautera. To historia inżyniera, który po godzinach spełnia się jako pisarz. W trakcie spotkania podobnych do niego zapaleńców bohater relacjonuje fabułę swojego kryminału pt. „Zabić docenta”. Fikcja i rzeczywistość zaczynają się ze sobą przenikać. Mamy świetną ekipę aktorską: Roberta Więckiewicza, Mirka Kropielnickiego, Karolinę Gruszkę. W listopadzie w kinach swoje premiery będą miały dwa filmy z moim udziałem: „Dziura w głowie” w reżyserii Piotra Subbotki z Sandrą Korzeniak i Andrzejem Seremetą oraz „Żelazny most” w reżyserii Moniki Jordan-Młodzianowskiej z Julią Kijowską, Łukaszem Simlatem i Andrzejem Konopką. Bardzo czekam na te filmy.

A nie ciągnie cię, żeby ponownie produkować filmy?

Myślę, że serial, o którym ci wspominałem, da mi taką okazję. Lubię mieć kreatywną kontrolę nad projektem. Lubię spierać się ze współpracownikami. Z tych twórczych zderzeń rodzą się czasem wspaniałe pomysły. Nic nie przynosi takiej satysfakcji jak gra zespołowa na 100%.