Paweł odwiedził ostatnio Roztańczony Narodowy. Patryk zaczyna dzień od JoeMonstera oraz Demotywatorów – nawet nie próbuje tłumaczyć, że robi to ironicznie. Maciek regularnie odwiedza po nocy McDonalda przy Pałacu w Wilanowie, a autor tego tekstu założył konto w internetowym radiu DM tylko po to, żeby mieć regularny dostęp do kanału Nightcore. Dlatego temat guilty pleasures najlepiej załatwić tak radykalnie, jak niegdyś moja młoda nauczycielka od WDŻ załatwiła – w pierwszym odczuciu podobnie wstydliwy – temat masturbacji.

Kobieta weszła do klasy, z której wygoniono na ten czas dziewczęta, popatrzyła na kilkunastoletnich pryszczatych śmieszkowców i powiedziała po prostu tak:

Z badań wynika, że dziewięciu na dziesięciu z was regularnie się masturbuje. Dlatego oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że sprawa kogoś nie dotyczy. Ale na wszelki wypadek pogadam o tym z wami wszystkimi.

Ulga? Oczywiście. W bezpiecznym środowisku, w którym z tematem zetknął się zapewne każdy, można pogadać spokojniej, bardziej szczerze, bez wstydu i niepotrzebnych śmieszków. A statystyka jeden do jednego zgadza się z tą dotyczącą naszych – wywołujących czasem podobny wstyd – guilty pleasures.

Badania przeprowadzone na Anglosasach po obu stronach Atlantyku udowodniły, że 90% ankietowanych ma przyzwyczajenia i rozrywki, których się wstydzi. Słucha muzyki z dzieciństwa, zamiast nowego Tarantino dalej katuje „Szybkich i wściekłych”, z pasją śledzi przypadki i wypadki „Ekipy z Newcastle”. Taki człowiek postawiony pod murem zapewne się do nich nie przyzna. Zacznie coś kręcić o nowym Childish Gambino (klip jak mało który rozprawia się ze współczesną Ameryką), w temacie kina nie może doczekać się Polańskiego (w końcu nagroda na festiwalu w Wenecji), a w temacie seriali po raz kolejny wrócił do „Rodziny Soprano” (która wywróciła współczesną telewizję do góry nogami).

Ale wiecie, co jest najlepsze? Mamy rok 2019 i wszystkie jego odpowiedzi – zarówno te skryte, znaczone stemplem Vengaboys, jak i te aspiracyjne, mające metkę co najmniej 8,0 punktów na Filmwebie – mogą być prawdziwe. Mówiąc krótko, trochę nam się w tej kulturze namieszało i nie ma się już czego wstydzić.

Marvel i trzy piwka

Janek, analityk w jednej z firm wielkiej czwórki, ma hobby następujące: zbiera dwóch, trzech kolegów i raźnym krokiem idą na film o superbohaterach. Najczęściej w godzinach szczytu, bez względu na to, czy akurat świat ratuje Green Lantern, morskie trytony katuje Aquaman, czy wrogów miażdży Hulk. Postać jest tu w zasadzie bez znaczenia, żaden z nich nie ma pudeł w mieszkaniu wypełnionych stosami komiksów DC czy Marvela. Warunek – o którym chłopcy mówią nawet z pewną dumą – jest jeden: nigdy na trzeźwo.

Chodzi o czystą rozrywkę, a filmy o superbohaterach są jej idealnym przykładem. Prosta fabuła, nieskomplikowani bohaterowie oraz masa efektów specjalnych, dzięki którym w jakości HD frunie w twoim kierunku estakada.

Po co więc alko?

Dla spotęgowania efektów. I trochę dla wyłączenia głowy, która kazałaby ci zawyć z bólu po usłyszeniu dialogów, od których aż zgrzytasz zębami. Guilty pleasure? Oczywiście, ale nawet nie wywołuje u nas wielkiego wstydu

– słyszę.

Takie podejście spodobałoby się reporterce „New Yorkera” Jennifer Szalai, która już w 2013 r. pastwiła się nad pojęciem „guilty pleasures”. Przypomniała tam przy okazji całą historię tej drobnomieszczańskiej frazy, która po raz pierwszy pojawiła się w amerykańskiej prasie około 1860 r. jako określenie… burdelu. Zdaniem Szalai w dzisiejszym świecie, kiedy pojęcia w kulturze nam się poprzekręcały, powywracały do góry nogami, a rodzaj filmu, który oglądamy, nie umiejscawia nas jednoznacznie na szczeblu drabiny społecznej, czas się rozprawić z poczuciem winy. Są tylko przyjemności, którym lubimy się oddawać – twierdzi. Cała ta wina – według niej – została nam niepotrzebnie wdrukowana w głowy.

PRZECZYTAJ TEŻ: Kiełbasa z Nutellą i radzieckie kino, czyli ciekawe przykłady guilty pleasures

Dowód? Wróćmy na rodzime podwórko. Aspirujący Polak, szczególnie taki z inteligenckimi korzeniami, raczej rzadko przyzna się, że matka oglądała „Klan”, a on świetnie odpoczywa przy „South Parku”. Będzie w tym coś niestosownego, jakieś pomieszanie szyków. Masz dwójkę dzieci i dalej jeździsz na longboardzie? Możliwe tylko wtedy, jeżeli mieszkasz w miasteczku Wilanów. Wybrałeś KFC za rogiem zamiast saladbaru albo wegeburgera? Zastanów się, co na to twoja dziewczyna. Zaczytujesz się kolejną powieścią Remigiusza Mroza? Wróć do nas, rozsiądź się w niesieciowej kawiarni (aeropress albo drip w menu) i zerknij lepiej do nowej książki Małgorzaty Rejmer (Paszport „Polityki” w zeszłym roku za reportaże z Albanii).

Krzycz: Trybson!

Sobota wieczór, dom daleko od szosy, razem z Kamilem i Paulą skaczemy po kanałach telewizyjnych. Na jednym z nich odświeżany „Władca pierścieni”, ale znamy go na pamięć i nie ukrywajmy – mamy ochotę na coś lżejszego. Kamil przez ostatni tydzień doradzał marudnym klientom, jak w jeden dzień nie utopić pieniędzy w kiepskiej inwestycji. Paula załatwia formalności budowy jednego z wieżowców w okolicy warszawskiego ronda ONZ.

Nagle mamy to! „Ekipa z Newcastle” odświeżana na kablówce, pierwowzór rodzimego, kontrowersyjnego „Warsaw Shore”, właśnie pojawia się na ekranie. Kamil i Paula sprawnie poruszają się w (momentami dosłownej) kotłowaninie bohaterów. Widać, że to dla nich nie pierwszyzna. Zostawiamy.

Nic nie muszę nikomu udowadniać, oglądam to dla kompletnej beki. Traktuję to jako jeszcze jeden program rozrywkowy, który pozwala mi się zresetować. Mam wolny wieczór, więc sam decyduję, w jaki sposób go spędzę

mówi Kamil.

Takie postawienie sprawy przekonuje mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, po kwadransie sam zaczynam się wkręcać w losy Scotty’ego, Holly i Kyle’a. Po drugie, zawsze kiedy słyszę głosy potępiające reality show, przypomina mi się statystyka ze wspomnianych zajęć WDŻ i odległe już w czasie doświadczenie „Big Brothera”. Janusza, strażnika miejskiego, razem ze mną znała w końcu cała Polska.

Ale dla naszego przyjemnego doświadczenia oglądania kilku niezrównoważonych osób zamkniętych ze sobą w luksusowej willi psychologia ma naukowe wyjaśnienie. Otóż w 2012 r. Kelly Golsmith z instytutu Kellogg Insight udowodniła, że uczucie lekkiego wstydu czy niestosowności tego, co robimy, potęguje naszą przyjemność. Podczas serii doświadczeń ze studentami wykazała, że jeżeli zbombardować badanych pojęciami związanymi z poczuciem winy, takimi jak „nieporozumienie”, „wina” czy „grzech”, a potem poczęstować ich tabliczką czekolady, ich przyjemność będzie większa, niż gdyby zrobić to ot tak.

Warto zresztą w tym miejscu wspomnieć, jak Goldsmith wpadła na pomysł przeprowadzenia doświadczenia. Otóż stało się to, kiedy koleżanka z instytutu zadała jej zrezygnowanym tonem pytanie: „Cholera, dlaczego jest tak, że kiedy jesteś na diecie, większość rzeczy smakuje lepiej?”.

Grzechy główne

Jakie są więc nasze najpopularniejsze „guilty pleasures”? Polaków jeszcze pod tym kątem nikt nie zbadał, ale można domniemywać, że nie różnią się bardzo od tych, którym z lubością oddają się mieszkańcy USA. Niemal połowa z 2 tys. przebadanych przyznaje się też do zamawiania jedzenia w dostawie bo nie chce im się gotować. Niemal tyle samo zasypia przy włączonym telewizorze, podobna liczba regularnie przekłada swoje zadania na później. Jeden na trzech zdziera gardło, śpiewając ulubione kawałki w aucie, tak samo liczna grupa spędza cały dzień w pidżamie. Na liście są jeszcze m.in. binge watching, czyli pochłanianie ciurkiem kolejnych odcinków serialu, oglądanie disnejowskich filmów oraz posiadanie muzycznej playlisty z kawałkami z czasów nastoletnich.

PRZECZYTAJ TEŻ: Kłamstwa w mediach społecznościowych, czyli o życiu jak z obrazka

Jeszcze ciekawsze są jednak nie najpopularniejsze, ale najdziwniejsze guilty pleasures. I tak niektórzy przyznali się np. do picia wody z ogórków prosto ze słoika, inni do wyjadania dziecięcego jedzonka. Jeszcze inni do picia coli zmiksowanej z mlekiem albo do nakładania marmolady na kanapki z wędliną. Mój faworyt to jednak słuchanie muzyki z wrestlingu podczas robienia sesji na siłowni (nie oszukujmy się, większość z nas ma podobnie, nie bez przyczyny na Spotify istnieją playlisty „Ultimate Pump It” oraz „Beast Mode”). Dla uspokojenia sumienia można też dodać, że do posiadania dziwnych „guilty pleasures” przyznają się wszyscy. Skoczek Piotrek Żyła jest np. fanem „Pokemon GO” – część pobytu w Japonii spędził na polowaniu na pokemona o imieniu Psyduck. Były prezydent Iraku pod pseudonimem pisywał romanse. Hillary Clinton obsesyjnie ogląda kanał telewizyjny „Home and Garden”, a Johny Deep kolekcjonuje lalki Barbie. Serena Williams dla drobnej przyjemności… sprzedaje nieruchomości.

Ruszaj się, ruch w grze to podstawa

Mikołaj, fotoedytor w jednym z warszawskich wydawnictw, poleca mi „Apex” – multiplayerową strzelankę. Wybierasz jednego z kilku bohaterów (oczywiście, każdy ma wyjątkowe artefakty, które z czasem zaczniesz testować, jak tarcza, którą zasłania kolegów, czy hak do szybkiego przemieszczania się), formujesz trzyosobowy oddział i fruniesz w jedno z miejsc rozległej jak wrota od stodoły mapy. Zdobywasz ekwipunek i w ciągle zawężającym się kręgu polujesz na resztę oddziałów. Czasami zajmuje to dobrych kilkanaście minut, czasami ledwo lądujesz, ktoś odstrzeli ci głowę. Na koniec oczywiście lista rankingowa, kolejne zdobywane trofea, ulepszenia broni i zbroi. Dawno się tak dobrze nie bawiłem.

To jest jak hazard, wczoraj straciłem na to cały wieczór, grałem do drugiej w nocy

– mówię mu, a on błyskawicznie wyczuwa, o co mi chodzi.

Wiem, ja też mam wyrzuty sumienia, mnie też zapala się czerwona lampka straty czasu

– mówi do mnie człowiek, który skończył właśnie filozoficzną podyplomówkę i na koncie ma jedną książkę.

Ale z pracy wychodzę kompletnie przebodźcowany. Nie mam siły ani ochoty na siadanie do poważnej literatury. Potrzebuję odmóżdżenia. Więc wybieram tego Costica, który ma zdolność rozstawiania pułapek gazowych, zbieram oddział i campię [czaję się – przyp. red.] w oczekiwaniu na wroga

– dodaje.

Przebodźcowanie to słowo klucz w rozmowie o guilty pleasures, którym się oddajemy. W świecie, w którym ciągle docierają do nas kolejne niezliczone bodźce, potrzebujemy rzeczy, którym oddamy się bez stresu i skupimy na nich całą swoją uwagę. To dlatego już co trzeci Polak namiętnie oddaje się binge watchingowi.

Zrobienie sobie mentalnej przerwy i sprawienie przyjemności czymś, co nie wymaga wielkiego intelektualnego skupienia, robi nam dobrze na głowę. Wytrąca nas na moment z tego stanu, w którym jesteśmy zajęci ciągłym rozwiązywaniem problemów

– tłumaczył „New York Timesowi” profesor komunikacji Robin Nabi z Uniwersytetu w Kalifornii.

Czy to sprawia, że jest nam z tym łatwiej? Niekoniecznie, bo jesteśmy też nieustannie zderzani z cudzymi oraz własnymi (te są najtrudniejsze do pokonania) ambicjami. A wraz z procesem dojrzewania umiemy wyliczyć, jak wiele czasu potrzeba nam na osiągnięcie konkretnego celu. Czas staje się walutą, którą jakoś głupio nam marnować.

Mój kolega Maciek, analityk Big Data w trakcie rozmowy o grach komputerowych ujął to następująco.

Przyjemność z gry nie jest już taka sama jak w dzieciństwie. Dzisiaj nie umiem wyłączyć w swojej głowie świadomości tracenia czasu. Jadę więc tym koniem, szlifuję miecz, ale jednocześnie brak mi już tej dziecięcej beztroski, która pozwalała ten czas naprawdę przyjemnie spędzić. Dziś non stop zastanawiam się, co mógłbym zrobić w tym samym momencie.

Jeszcze gorzej mają ci, którzy z kultury żyją. Jak powiedziała mi kiedyś Paula, dziennikarka:

Wszystko, co czytam, czytam do pracy. Wszystko, co oglądam, oglądam do pracy. Przyda się do wywiadu, do tekstu, napiszę z tego recenzję. Nie pamiętam, kiedy przeczytałam coś dla siebie.

Kwestia smaku

Czy musimy być aż tak bardzo aspirujący? Na szczęście powoli trend zdaje się odwracać. W świecie postmoderny, o którym pisała wspominana na początku Szalai, świadectwem wysokich kompetencji kulturowych jest raczej umiejętność poruszania się we wszystkich – nawet najbardziej kiczowatych – ze światów. Chcesz wykazać się ambicją? Zainteresuj się wywiadami Sroczyńskiego, ale miej też świadomość, skąd wziął się Popek i kto to jest Żabson. O drobnych przyjemnostkach ładnie powiedział też kiedyś brytyjski komik Graham Norton: – Fraza „guilty pleasure” sprawia, że gotuje się we mnie krew. Dopóki twoją przyjemnostką jest oglądanie kiepskich filmów, zachowaj swoje poczucie winy na coś, co naprawdę na to zasługuje. Słuchanie S Club czy śpiewanie piosenki „Reach”, kiedy kręcisz się po kuchni, może i jest zawstydzające, ale nie powinno wywoływać poczucia winy.

Tak więc pod S Club i „Reach” podstawcie kilka polskich przyjemnostek i bawcie się dobrze. Zamiast półwytrawnego wina wyciągnijcie Perłę Export, którą wypijecie, jak tylko kurier przywiezie KFC, włączcie maraton „Gwiezdnych wojen” i rozsiądźcie się wygodnie. Witamy w czasach, kiedy wstyd jest po to, żeby nieco podkręcić naszą przyjemność. I tylko po to!

PS Gdyby ktoś miał ochotę, szukamy kompana, który wybierze się z nami na konkurs Eurowizji.