Chińczycy postawili sprawę jasno. Albo scena z Bruce’em Lee zostanie wycięta, albo „Dawno temu w Hollywood” nie wejdzie do chińskich multipleksów. Pekin uznał, że Tarantino ukazał legendę kina kopanego w niekorzystnym świetle. Zbulwersowana była także córka nieżyjącego od 1973 r. Bruce’a, Lee Shannon. Oświadczyła, że tata nie był „dupkiem i narwańcem”. Tarantino odparł, że Lee był aroganckim typkiem i żeby osiągnąć komiczny efekt, nie trzeba było przerysowywać jego sposobu mówienia. 

W Bruce’a Lee wcielił się posiadający czarny pas w taekwondo Mike Moh. Grany przez Brada Pitta kaskader Cliff Booth stoczył z nim filmową walkę. Poszło o kpinę Bootha, po tym jak Lee powiedział, że wygrałby z Muhammadem Alim. W filmie Quentina Tarantino Bruce dostaje baty. Jego kopnięcia i uderzenia są całkowicie bezskuteczne. A jak naprawdę wygląda stworzona przez niego sztuka walki jeet kune do? 

Kartka A4 w roli tarczy 

Czy Marcin Klaus wygląda na mistrza sztuki walki? Nie. Ma 50 lat i jest siwy. W czarnym dresie nie wygladą też na adwokata, którym jest. Spotykamy się w Akademii Walki na warszawskim Grochowie. Obok trwa indywidualny trening kick boxingu. Dwóch gości wymienia się ostrymi razami. Od razu widać, że taka sztuka walki jest skuteczna jak atak terminatora. A jeet kune do? 

Marcin rozdaje… kartki A4. Gdyby nie to, że jest uczniem Tommy’ego Carruthersa, który został wyszkolony przez Jessego Glovera i Teda Wonga (uczniów i sparingpartnerów Bruce’a Lee), to pomyślałbym, że to jakieś jaja. 

– Bruce powiedział, że jeżeli masz do wyboru uderzenie pięścią albo palcami w oczy, to wybierz oczy. To najważniejsze uderzenie w jeet kune do – tłumaczy Marcin. Okazuje się, że kartka odgrywa rolę… tarczy. 

W treningu dźgania w kartkę trzymaną na wysokości twarzy udział bierze czterech facetów. Są na bardzo różnym poziomie zaawansowania. Tomek Konca jest warszawskim gitarzystą reggae i trenuje od trzech lat. Adao Sangue Bom jest profesorem (czyli certyfikowanym trenerem) capoeiry. Trenuje od dziecka, zaliczył judo, karate i kick boxing. Capoeirę ćwiczy 20 lat. Przez cały czas marzył o jeet kune do. 

– To najlepsza opcja na ulicę. Bardzo prosta i konkretna. To wąski wycinek świata sztuki walki, którego używa się, gdy nie ma już wyjścia – mówi Adao. Kartki trzepoczą i mam wrażenie, że zza kadru słychać śmiech Quentina Tarantino. 

Taniec, bójki i filozofia 

Bruce Lee urodził się w 1940 r. w San Francisco, a wychował w Hongkongu. W szkole przez innych Chińczyków był traktowany dość pogardliwie. Nazywali go „mieszańcem”. Jego ojcem był Chińczyk narodowości Han, ale matka Grace była Euroazjatką, w jednej czwartej Niemką. Ona była śpiewaczką, a on aktorem. Mały Bruce przed kamerą zadebiutował w wieku pięciu miesięcy na rękach taty. Gdy dorastał, porwał go taniec. W parze z dziesięcioletnim bratem wywalczyli mistrzostwo Hongkongu w cza-czy. Drugą pasją było aktorstwo. W dzieciństwie i młodości grał role niezwiązane ze sztukami walki. Kung-fu pojawiło się w jego życiu dość późno. Miał 15 lat i notorycznie szukał z kumplami wrażeń na ulicach. Pewnego dnia kilku chłopaków napędziło mu takiego stracha, że potem zgłosił się do szkoły kung-fu. Mistrz Yip Man nauczał w niej stylu wing chun. 

Być może pierwszymi nauczycielami Bruce’a byli raczej starsi koledzy z klubu. Bruce wpadł w wir treningów i sprawdzał się na ulicach. W 1959 r. przylał chłopakowi z ustosunkowanej rodziny. Sprawa trafiła na policję. Rodzice na serio obawiali się, że chłopak wyląduje za kratkami. Zirytowany ojciec (narkoman, który z trudem zerwał z opium) zadecydował o wysłaniu syna do miasta, w którym się urodził. Liczył, że gorzki smak życia w USA nauczy go pokory. Bruce odnalazł się w Stanach doskonale. Dokończył szkołę średnią w Edison Technical School. Potem zgłębiał filozofię i chodził na kursy aktorstwa. Na uczelni poznał Lindę, swoją przyszłą żonę oraz matkę Brandona i Shannon. Mając 20 lat otworzył szkołę Jun Fan Gung-Fu Institute, w której za symboliczną opłatą uczył kung-fu każdego, kto miał na to ochotę. Nie spodobało się to lokalnym Chińczykom, którzy zażądali, żeby zamknął szkołę. Kiedy odmówił, został wyzwany na pojedynek z mistrzem stylu białego żurawia. Wygrał, ale był rozczarowany tym, że nie poradził sobie lepiej. W 1963 r. podsumował doświadczenia książką o kung-fu, a od 1965 r. zaczął tworzyć własną sztukę walki, którą nazwał jeet kune do, co można przetłumaczyć jako droga przechwytującej pięści. 

Chirurgicznie w kolano 

Postawa w jeet kune do to kombinacja pozycji bokserskiej i szermierczej. Prawa ręka jest z przodu. 

– Bruce mówił, że mocniejszą broń trzyma się bliżej przeciwnika. 80% uderzeń idzie z prawej ręki. Lewa służy do parowania – wyjaśnia Marcin. Prawa ręka jest opuszczona dość nisko, ale przy walce w krótszym dystansie obie ręce wędrują wyżej. Z arsenału kopnięć najważniejsze jest boczne, zwane wiodącym. Jego celem są kolano i brzuch. Tymczasem obok nas nadal trwa trening kick boxingu. Teraz lecą potężne low kicki. Jak się okazuje, w JKD nie ma low kicków! 

– Chodzi o to, żeby nie łamać linii centralnej – tajemniczo tłumaczy Marcin. – Low kicki są mało ekonomiczne, a JKD to chirurgiczne cięcia, a nie walenie łomem – mówi i demonstruje kopnięcie boczne. Rusza się tak jakby miał o 30 lat mniej. Trafia dokładnie w bok kolana Adama. Potem Adam wyprowadza lewy prosty, a Marcin kontruje błyskawicznym kopnięciem bocznym w brzuch. Wygląda to jak film kung-fu albo podręcznik chirurgii urazowej. 

– W JKD chodzi o szybkość, elastyczność i celność. To gra, w której do końca udaje się ofiarę losu, a potem w okamgnieniu wykonuje atak wyprzedzający ruch przeciwnika. To bardzo niesportowy styl, w którym szybko eliminuje się zagrożenie – tłumaczy z uśmiechem Marcin. 

Zakładamy solidne ochraniacze na krocze. Marcin staje pod ścianą i wszyscy atakują go w dowolny sposób. Jest szybki. Wygląda to jak scena z filmu akcji. Blokuje ciosy kopniakami w nogi i korpus. Potem do gry wchodzą ręce. Pod ścianą stają po kolei wszyscy. 

– Nie ma czasu! Nie bawicie się! Macie załatwić sprawę jedną, góra trzema technikami – instruuje Marcin. Wygląda to zupełnie inaczej niż krav maga, w której przeciwnika zasypuje się lawiną uderzeń, ale od razu widać, że JKD jest dużo trudniejsze od kravki. 

– Zacząłem to czuć dopiero po czterech latach treningów – mówi Adao Sangue Bom. W jego ruchach widać płynność capoeiry i czuć brutalność człowieka znającego realia ulicy. 

Nadchodzi Zielony Szerszeń 

– Bruce Lee był moim idolem – powiedział słynny bokser Manny Pacquiao. Bruce był zafascynowany boksem. Obok szermierki boks był drugim źródłem, z którego czerpał. Jego bohaterem był Jack Dempsey, mistrz wagi ciężkiej w latach 1919-1926. Bokser znany z bardzo ofensywnego i agresywnego stylu walki oraz skutecznych ciosów prostych. 

– Bruce podpatrzył, że u Dempseya przy uderzeniu prostym ręka dochodzi do celu, zanim opada przednia noga. Tak siłę ciosu potęguje grawitacja – tłumaczy Marcin. Trzecim źródłem inspiracji Bruce’a były techniki nożne z azjatyckich sztuk walki i francuskiego savate. Dzięki widowiskowym technikom stał się pierwszą światową gwiazdą kina kopanego. Jego kariera w Stanach wystartowała w 1964 r. rolą w opartym na komiksie serialu „Zielony Szerszeń”. Zagrał Kato, czyli pomocnika Szerszenia.  

Zapanowała moda na kung-fu. Do szkoły Bruce’a wpadali potrenować gwiazdorzy Hollywood: Steve McQueen, James Garner, Lee Marvin, James Coburn i Roman Polański. Po emisji „Szerszenia” w Hongkongu Bruce stał się tam gwiazdą. Żeby nie było zbyt pięknie, zaczęły się pierwsze poważne problemy ze zdrowiem. W 1970 r. zaliczył kontuzję pleców i półroczną przerwę w treningach. W łóżku napisał wydaną już po jego śmierci książkę „Tao of Jet Kune Do”. 

W Stanach zaliczył jeszcze krótką przygodę z serialem „Longstreet” i wrócił do Hongkongu. Od tego momentu jego twórczość filmowa weszła na właściwy tor. 

Można też pięścią 

Podopieczni Marcina zakładają maski sparingowe z metalową siatką. Do czego służą? Oczywiście do ćwiczenia dźgnięć w oczy. Przypomina to atak szpadą. Odbicie jest z tylnej nogi, a palce uderzają w siatkę jak końcówka klingi. 

– Brat Bruce’a był dobrym szermierzem. Mało kto o tym wie – mówi Marcin. Kolejną techniką jest trafianie palcami przez lukę w gardzie bokserskiej. Ciekawostką jest to, że przy prawym prostym rotację wykonuje tylko tylna noga. 

– To pozwala na dłuższe wyciągnięcie ręki – mówi Marcin. Jestem już trochę przerażony tym dźganiem w oczy. Marcin pociesza mnie, że uderzenie ostatecznie można zadać też pięścią. To mnie uspokaja, ale żeby nie było za łatwo, dowiaduję się, że mam celować… za przeciwnika. Co to znaczy? Przekonajmy się. Biorę dużą tarczę do kick boxingu, a on wyprowadza prawy prosty, który jest wycelowany nie w tarczę, ale we mnie. Łup! Trzymałem tak tarcze różnym ludziom. Prosty Marcina jest naprawdę w porządku. Dla rozluźnienia pytam, jakie są w JKD bloki. 

– To miks bloków z boksu i wind chun, ale bloki to u nas ostateczność. My bronimy się atakiem, wyprzedzając ruch przeciwnika – tłumaczy. Słyszałem to od niejednego mistrza walki wręcz. O tym, jak wygląda to w JKD, za chwilę. Teraz jesteśmy przy kopnięciach. Te wysokie Bruce zarezerwował dla scen filmowych. W JKD kopnięcia okrężne są wycelowane głównie w krocze, a kopnięcia przednie w kolano i krocze. Nie wygląda to tak ładnie jak w kinie. Bruce nie był także zwolennikiem uderzeń łokciami i kolanami – używane są sytuacyjnie, raczej rzadko. 

Chłopaki od kick boxingu już poszli, my też za chwilę kończymy. Jeszcze tylko przećwiczymy kopnięcie boczne z przeskoku na tarczę trzymaną na wysokości klatki piersiowej. Bruce siłę tego kopniaka zaprezentował w scenie walki z O’Harą w „Wejściu smoka”. Już od pewnego czasu zauważam, że Marcin tak mocno zrósł się ze swoim bohaterem, że nawet porusza się trochę jak on. A gdy kopie w tarczę, którą trzymam, prawie się przewracam na podłogę. Kurczę, ten gość faktycznie jest trochę jak Bruce Lee. 

Wejście Bruce’a 

W Hongkongu Bruce nakręcił „Wielkiego szefa” i „Drogę smoka”, w której stoczył filmowy pojedynek z mistrzem USA w karate Chuckiem Norrisem. W scenach z tych filmów Bruce walczy z kilkunastoma przeciwnikami naraz, kreuje postać superbohatera władającego mocą kung-fu. W wywiadach teatralnym tonem prawił o sztuce walki. Było widać, że ma się do czynienia z człowiekiem, który zgłębił jej największe tajniki. Bruce stał się guru. Zostały po nim złote myśli, które cieszą się zainteresowaniem w internecie. Był pierwszą azjatycką gwiazdą kina, której pisana była wielka kariera. Sukces lokalnych produkcji przekonał wytwórnię Warner Bros. do zainwestowania w „Wejście smoka”. Na plan Bruce dotarł ze sporym poślizgiem, bo, jak głosi plotka, miał tremę. Już w czasie zdjęć doszło do niepokojącego epizodu. Bruce zemdlał i został przewieziony do szpitala. Lekarze zdiagnozowali obrzęk mózgu. Doszedł do siebie i wrócił do pracy. „Wejście smoka” stało się globalnym przebojem. Do kina waliły tłumy. Jak świat długi i szeroki do klubów karate i kung-fu popłynęła rzeka dzieciaków zarażonych przez Bruce’a bakcylem sztuki walki. 

Kopnięcie boczne w kolano skutecznie
zatrzymuje przeciwnikaKopnięcie boczne w kolano skutecznie zatrzymuje przeciwnika Albert Zawada / Agencja Gazeta

W swoim ostatnim filmie „Gra śmierci” Bruce miał główną rolę, był reżyserem, scenarzystą i producentem. Tytuł był proroczy, bo Bruce zmarł przed ukończeniem produkcji. Jego śmierć obrosła w mity. Według jednego z nich Bruce został zabity ciosem wibrującej pięści. Wyrok mieli wykonać Chińczycy z klasztoru Shaolin. Prawda była prozaiczna. Bruce wsiąkł w imprezowy świat filmowców. Popijał, palił haszysz i eksperymentował z narkotykami. 20 lipca 1973 r. w mieszkaniu kochanki zapadł w śmiertelną śpiączkę. Lekarze znów wykryli obrzęk mózgu. Wcześniej tego wieczoru Bruce pił alkohol, brał narkotyki i środki przeciwbólowe. 

Po nauki do Glasgow 

Marcin zaczął trenować jeet kune do 36 lat po śmierci Bruce’a. Ten jeszcze za życia wyznaczył trzech kontynuatorów swojej sztuki. Byli to: Takky Kimura, James Lee i Dan Inosanto, Filipińczyk, który stał się ikoną i ambasadorem JKD. Sztuka walki Bruce’a rozeszła się po świecie, a jego idea „każdy ma swoje jeet kune do” została potraktowana dosłownie. 

– Dziś na świecie jest wielu nauczycieli JKD i każdy ma swoją koncepcję. Widziałem takie, które opierają się na boksie tajskim, grapplingu i filipińskiej sztuce walki nożem i pałką. To jest super, ale to nie jest jeet kune do – mówi Marcin. Jako czternastolatek zaczął od karate, potem było taekwondo, aikido i krav maga. W 2009 r. zainteresował się jeet kune do. 

– Po dwóch latach poczułem, że chcę znaleźć nauczyciela, który mnie nauczy prawdziwego jeet kune do – wspomina. Wygooglował Tommy’ego Carruthersa i pojechał do Glasgow. Miał 40 lat, był po rozwodzie i miał rozkręconą karierę adwokacką. Przez kolejne cztery lata pracował przez pół roku zdalnie z Glasgow, a drugie pół spędzał w Warszawie. 

– W klubie ćwiczyli ludzie z całego świata. Za pierwszym razem przez dwie godziny zrobiliśmy 2000 uderzeń. Na następnym treningu 1500 kopnięć. Treningi trwały dwie i pół godziny. Na koniec zawsze były sparingi zadaniowe. Cztery razy w tygodniu plus prywatne lekcje z mistrzem – wspomina z rozrzewnieniem Marcin. 

Bruce Lee wiecznie żywy 

Podjeżdżamy z Tomkiem Koncą pod dom Marcina. Jesteśmy na wsi, 50 km pod Warszawą. Sala treningowa jest przestronna i solidnie wyposażona. Nie ma ringu ani maty. Jest za to masa worków, a także przeróżnych przyrządów (także elektronicznych) do wyrabiania szybkości, siły uderzeń oraz kopnięć. 

– Czasami robiłem 6000 uderzeń w worek. Zajmowało mi to pięć godzin. Z tego 4500 prawą ręką – mówi od niechcenia Marcin. Na ścianach wiszą stare filmowe plakaty z Bruce’em Lee. Na półce leżą podręczniki JKD, w tym oczywiście bestsellerowe „Metody walki”. Zaczynamy z Tomkiem dowcipkować, że Marcin jest wcieleniem Bruce’a. 

– Dlaczego umarł Bruce? – pytam. 

– W ostatnim okresie życia nie przychodził już nawet do klubu, który prowadził Dan Inosanto. Bruce myślał wtedy już tylko o karierze. Był zafiksowany na tym, że chce być sławny, bardziej niż Steve McQueen. Przez tę karierę zginął – odpowiada Marcin. – Jak wtedy ćwiczył? – pytam. Marcin wyjaśnia, że do Bruce’a wpadali koledzy z klubu. Zakładali ochraniacze i maski, puszczali muzykę i robili sparingi zadaniowe. – Tak jak my tutaj – tłumaczy. Żeby poczuć klimat treningu u Bruce’a Lee, zakładam ochraniacze i maskę, a potem staję przed Marcinem. Przyszła pora sprawdzić w praktyce to całe JKD. 

Gdy tylko się poruszam, on błyskawicznie robi krok do przodu i albo obrywam kopnięcie boczne w nogę, albo dostaję palcami w siatkę na wysokości oczu. Tak mocno, że aż odskakuje mi głowa. A może by mu wejść w nogi? Próbuję, jak umiem, a on znów pakuje mi palce w oczy. No dobrze, to są brudne sztuczki na ulicę, a czy JKD ma jakieś przełożenie na sport? Gdy ogląda się walki mistrza MMA Conora McGregora, widać wyraźnie prawą pozycję Bruce’a Lee i jego filmowe wysokie kopnięcia. Coraz częściej pojawiają się też w MMA kopnięcia boczne na kolano. Efektem tego są tak poważne kontuzje, że odzywają się głosy nawołującego do ich zakazania. I co pan na to, panie Tarantino?