W jaki sposób dostałeś tę pracę? Bo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś szuka właśnie takiego zajęcia.

Byłem na studiach i szukałem okazji, żeby dorobić. Rozmawiałem na ten temat z koleżanką, która po jakimś czasie odezwała się do mnie, mówiąc, że ma ciekawą ofertę pracy. Chodziło o pracę w Centrum SMS. Z tym że miałem pracować jako wróżka. Potem okazało się, że z tego samego biura wysyłane są zarówno seksesemesy jak i wróżesemesy. Na pracę jako wróżka trzeba było jednak sobie zasłużyć.

Czy miałeś na początku jakieś szkolenie? Jak wyglądał twój pierwszy dzień w pracy?

Umówiliśmy się na dzień próbny, miałem być w pracy przez godzinę, dwie. Na początek jeden z liderów zespołu zrobił mi krótkie wprowadzenie. Potem posadził mnie przed komputerem i kazał przeprowadzić coś w rodzaju próbnej rozmowy. Nie wiem, czy po drugiej stronie był prawdziwy klient, czy jednak sam lider. Podejrzewam, że raczej to drugie.

I potem było „Hej, słodziaku…”?

Miałem wymyślić jakiś ponętny tekst na rozpoczęcie rozmowy, a potem ją podtrzymywać tak długo, jak to możliwe. Poszło mi chyba całkiem nieźle. W każdym razie po tej próbie miałem określić swoją dyspozycyjność, a lider powitał mnie na pokładzie.

Na ulotkach i w reklamach zachęcających do wysyłania seksesemesów widzimy, że odpowiadają na nie „napalone studentki” albo „gorące mamuśki” – a jak to wygląda w rzeczywistości?

W centrum pracowali przede wszystkim studenci i studentki. Te drugie oczywiście nie miały wiele wspólnego z kobietami widocznymi na ulotkach. Chłopaki tym bardziej nie. Oczywiście, trafiali się zabłąkani 40- czy 50-latkowie, ale zdecydowana większość to byli młodzi ludzie. Stosunek płci? Stawiałbym, że w okolicach 50:50.

Korzystałeś z gotowych szablonów odpowiedzi czy sam je wymyślałeś?

Oczywiście, że wymyślaliśmy je sami. Po pierwsze, zanudzilibyśmy się na śmierć, gdybyśmy mieli wysyłać jakieś szablony. Po drugie, wbrew temu, co można sądzić, odbiorcy seksesemesów nie są głupi, od razu zorientowaliby się, że piszą z maszyną. Nasi klienci szukali realnego kontaktu. I my w pewnym sensie im go zapewnialiśmy.

Opowiedz, jak wyglądała przeciętna wymiana wiadomości z jednym człowiekiem. Ile ich było i jak taka rozmowa przebiegała? Bo rozumiem, że głównym założeniem tego biznesu jest utrzymanie gościa jak najdłużej „na linii”?

Przebieg rozmowy zależał oczywiście od preferencji rozmówcy. „Zboków” (tak określaliśmy piszących do nas mężczyzn) można podzielić na trzy typy. Pierwszy dążył do jak najszybszego spotkania. Wtedy chodziło o to, żeby odwlekać to jak najdłużej: najpierw krygując się, później jak najdłużej ustalając miejsce spotkania, a potem wciskając mu kit, że „jestem na miejscu, za kioskiem Ruchu, ubrana w niebieską sukienkę”. Zdarzało się, że gość mówi, że nas widzi i do nas idzie, co przyznam się, trochę mnie niepokoiło.

Drugiemu typowi zależało tylko na nagich zdjęciach. Typ pisał: „Wyślij mi zdjęcie swojej cipki”, a ja pobierałem fotkę z naszej bazy. Problem w tym, że baza była mocno wybrakowana i po kilku, kilkunastu SMS-ach trzeba było wysyłać zdjęcia różnych modelek. Niektórzy się w tym orientowali i przestawali pisać.

Najciekawszymi odbiorcami byli jednak ci, którzy po prostu chcieli posłuchać erotycznych historii. Wtedy mogliśmy puścić wodze fantazji. Ci goście zazwyczaj nie przejmowali się ilością wydanych pieniędzy: mój rekordzista wysłał blisko 300 SMS-ów, po 2,46 zł każdy.

To brzmi raczej zabawnie, ale musiały być też chyba trochę smutniejsze lub straszniejsze historie.

Tak, był jeszcze jeden typ rozmówcy, który zresztą doprowadził do mojego odejścia z pracy. Mowa o starszych paniach, zazwyczaj wdowach lub rozwódkach, które pisały do nas z samotności. Esemesowało się z nimi na różne tematy. Pamiętam jedną taką kobietę, miłośniczkę teatru, z którą korespondowałem o sztukach Grzegorzewskiego. Takie gadki trwały bodaj najdłużej. Ciągnęły się dzień po dniu aż do momentu, w którym kobieta nagle przestawała pisać, by odezwać w kolejnym miesiącu. Często z wiadomością w rodzaju: „Przepraszam, że nie pisałam, ale skończyły mi się pieniądze na koncie, na szczęście dzisiaj przyszła renta”. Horror.

Pracuje się standardowo po osiem godzin?

Sam ustalałem czas. Pracowałem po 20-30 godzin w tygodniu, zazwyczaj w weekendy.

W nocy zapewne również?

Pewnie, przy zmianach nocnych można było nieco więcej zarobić. No i na tych zmianach wieczorno-nocnych dostawaliśmy czasem dodatkowe zadanie. Dzwoniło się do telewizji – do programu erotycznego z udziałem modelek albo do wróżki – i odczytywało się skrypt z tekstem. Coś w rodzaju: „Tu Marek z Łeby, zdejmij dla mnie ten staniczek”. Tak trafiłem (a raczej mój głos trafił) do telewizji!

Po co tam dzwoniliście?

Żeby robić ruch. Kanał należał do tego samego właściciela, więc dzwoniliśmy do wróżbitów i jakiegoś programu, w którym laski spełniały życzenia widzów.

Ile mniej więcej wiadomości pisałeś w ciągu jednego dnia w pracy?

Nie liczyłem, trudno mi to teraz stwierdzić. Poza tym różniło się to każdego dnia.

Ludzie od razu przechodzili „do rzeczy” (bo wiadomo, koszty) czy woleli najpierw kulturalnie się przywitać i rozkręcać z kolejnymi SMS-ami?

Zdecydowana większość nie bawiła się w konwenanse. Pisali: „Pokaż cycki” albo „Czekam przy pętli PKS w Garwolinie” – to typowe wiadomości. Byli jednak i tacy, którzy wchodzili z tobą w coś rodzaju „gry wstępnej”, przy czym zazwyczaj byli to amatorzy opowieści erotycznych, którzy lubili współtworzyć te historyjki.

Wysyłający wiadomości to jednostkowe przypadki czy zdarzali się stali klienci?

Oczywiście, że zdarzali się stali klienci. Największą grupą wśród nich były wspomniane już wcześniej starsze kobiety, ale trafiali się i tacy, którzy pomimo tego, że zostali wystawieni przez nas cztero- czy pięciokrotnie, wciąż pisali. Przedziwne.

Co w sytuacji, gdy piszący zaczyna nalegać na spotkanie?

Typowa sytuacja. Chodziło o to, by wymienić jak najwięcej SMS-ów, zanim zaczniemy się umawiać na spotkanie, jak najwięcej w trakcie samego umawiania się (ustalenie szczegółów dotyczących miejsca, godziny) i jak najwięcej w trakcie samego „spotkania”: „Jestem na miejscu, nie widzę cię”.

Miałeś do czynienia z ludźmi o dziwnych lub wręcz niepokojących preferencjach?

Tacy ludzie zdarzali się przede wszystkim wśród amatorów erotycznych historii. Byli tacy, którzy chcieli, żebym opisywał im gwałty, przemoc czy seks z dziećmi. Albo i wszystko naraz. Mieliśmy zakaz przedstawiania takich sytuacji, choć niektórzy pracownicy go nie przestrzegali.

A z drugiej strony – czy ktoś z klientów szczególnie cię rozbawił?

Najbardziej rozbawił mnie facet, który po wymienieniu ze mną ponad stu SMS-ów i umówieniu się na randkę przy zajezdni PKS w Jarocinie najpierw napisał mi, że zajezdnia PKS w Jarocinie nie istnieje (mój błąd), a potem – po umówieniu się w innym miejscu – stwierdził, że widzi mnie, ale nie ma odwagi do mnie podejść. Wymieniliśmy z nim jeszcze kilkadziesiąt SMS-ów. Aha, mówię „wymieniliśmy”, ponieważ z oczywistych przyczyn z jedną osobą rozmawiało często wielu pracowników centrum. Ja mogłem kończyć zmianę o 16, ale to nie znaczy, że mój rozmówca skończył wraz ze mną.

Czy w tej pracy jest możliwy jakiś awans?

Kiedy zaoferowano mi tę robotę, wydawało mi się, że będę przepowiadać przyszłość. Po kilku miesiącach zmagań z erotomanami można było awansować na wróżbitę.

Nie mogę nie zapytać o finanse – jak się zarabia pracując w taki sposób? Otrzymuje się wyłącznie stałą pensję czy istnieje też premia za dobre wyniki?

Za moich czasów (lata 2013-2014) zarabialiśmy te minimalne 10 zł za godzinę podstawy. Plus premie otrzymywane za wyrobienie „targetu” (średnia SMS-ów wysyłanych przez jednego rozmówcę). Ja, pracując tych 20-30 godzin w tygodniu, wyciągałem zazwyczaj jakieś 2-2,5 tys. zł miesięcznie.

Co sprawiło, że zdecydowałeś się odejść z tej pracy?

Wspomniane starsze panie. Wymiana wiadomości z nimi była mocno przygnębiającym doświadczeniem.

Jak utrzymać kontakt?

ZASADA 1. W panelu uzupełnia się dane klienta. Koledzy robią to samo. Dzięki temu wiemy kim jest klient, gdzie mieszka i co lubi. Pamiętam, że ludzie zapominali wpisywać te notatki i wychodziły nieporozumienia.

ZASADA 2. SMS-y muszą być zakończone pytaniem. Tak nas uczyli na szkoleniu i faktycznie jest to dość prosty sposób na utrzymanie konwersacji (w sumie tak samo na Tinderze).

ZASADA 3. Ustawiamy przypominajki. Planujemy z wyprzedzeniem wysłanie SMS-ów do klienta, aby zachęcić go do ponownego kontaktu.

ZASADA 4. Kiedy klient traci zainteresowanie, pracownik proponuje spotkanie. To była ostateczna metoda wyciągnięcia jeszcze paru złotych, choć wydaje mi się, że zazwyczaj z inicjatywą wychodził klient.

Wywiad jest częścią tematu numeru "Seksbiznes" z numeru "Logo" z lutego 2020. Inne materiały z tego cyklu:

Klub swingersów. Co wolno, a czego nie wolno?