Biblioteczka z noblistami

Do poważnego wyznania dochodzi w knajpie na Domaniewskiej, w zagłębiu warszawskich biurowców. Okolice 15:00, późny lunch, gdzieś pomiędzy kotletem schabowym a surówką z pora.

– To nie tak, że ten Nobel mnie nie cieszy – mówi ona. – Ale to w ogóle nie moja estetyka. Coś pięknego, że dostała go Polka, ale do niedawna miałam ją za grafomankę. Próbowałam z „Księgami Jakubowymi”. Nie dałam rady.

Patrzą po sobie. Doświadczenia na jego koncie są chyba podobne, ale chyba jakoś głupio powiedzieć mu to na głos. Nobel z literatury to w końcu jedyny Nobel, na jakiego może liczyć Polska. I to raz na kilkadziesiąt lat.

– A jeszcze bardziej wpienia mnie to, że zaraz zaroi się od nich na półkach. Pamiętasz Greya? Już widzę Tokarczuk na co drugim siedzeniu w metrze – dodaje, popijając kompot.

Ma rację. Od nieeleganckiego podsłuchania przeze mnie tej rozmowy nie minie tydzień, a wydawca pisarki poinformuje o dodruku miliona egzemplarzy. Albo Polacy błyskawicznie wyleczyli się z nieczytania, albo uznali, że kto jak kto, ale noblistka na półce musi być. Snobizm polski niejedno ma dziś imię. Akurat w tym roku miał również na nazwisko Tokarczuk.

Czytanie to zresztą bardzo polski, inteligencki fetysz. Posiadacze domowych bibliotek co roku lubią rytualnie załamywać ręce nad stanem czytelnictwa w Polsce (asumpt daje cykliczne badanie Biblioteki Narodowej), a na mieście wiadomo – nie czytasz, nie pójdą z tobą do łóżka.

Medytacja to nie snobizm.
Chwalenie się nią już tak.Medytacja to nie snobizm. Chwalenie się nią już tak. Westend61 / Getty Images/Westend61

Kanapa w kolorze bordo

Kiedyś sprawa była prosta. W szaroburym PRL-u snobizm był albo kulturowy, albo peweksowski. Jazz i kinowe Konfrontacje, na których grano filmy zza żelaznej kurtyny albo jeansy Teksasy. Albo jedno i drugie. Nie bez przyczyny wśród antykwariuszy i wydawców do dziś krąży legenda o tym, jak to za Gierka po Polsce rozszedł się 100-tysięczny nakład „Ulissesa”. W czasach, kiedy dostęp do dóbr luksusowych miał nad Wisłą tylko Jerzy Urban, trzeba było wyróżnić się czymś innym. Kultura – bo tania – nadawała się do tego znakomicie. Inteligenckość była niezłą walutą w klasowym wyścigu.

Leszek Balcerowicz i rok 1989 wywrócili ten świat do góry nogami – w ostatniej dekadzie wieku na nowo rolę zaczęła odgrywać twarda waluta. Kto chciał być uważany za lepszego – ten musiał chodzić z grubo wypchanym portfelem. Żeby sprawdzić, jak to wyglądało, sięgam po „Przegląd” z 2000 r. A tam świat jak z „Tygrysów Europy”. Snobizm – czytam – jest przypisany ludziom bogatym. Godnie jest jeździć mercedesem, a znakiem czasu są powstające w dużych miastach sklepy z drogą biżuterią i ciężkimi meblami (jeden ze sprzedawców opowiada nawet, że miał klienta, który zażyczył sobie „takich mebli jak ma Kulczyk”). Snobi przełomu wieków mają też ulubione restauracje. We Wrocławiu – Zielony Kogut. W Białymstoku restauracja w hotelu Gołębiewski. W Warszawie – Qchnia Artystyczna. We wszystkich ceny, które potrafią przyprawić o zawrót głowy.

Czym dla Polaków był snobizm w roku 2006? – Wakacje na Karaibach. Rezydencja w Konstancinie. Jaguar. I bordowa skórzana kanapa przy kominku – mówił ankieterom uczestnik badania robionego wtedy przez Pentor. – Mnie się luksus kojarzy z posiadaniem: dużo i dobre, wszystko świecące, błyszczące – dodawał inny.

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

Dziś – w pokryzysowej erze produktów eko, świadomego jedzenia i lewicowych postulatów – nasz snobizm zrobił się nieco bardziej dyskretny. Wraz z rosnącymi zarobkami stał się też nieco bardziej skandynawski. Ważne nie za ile się żyje, ale jak. Nawet jeśli do tej gry pozorów potrzebne są duże pieniądze. Stolik w drogiej knajpie umie zamówić każdy. A przygotować już to samo w domu?

– Zapisałem się do facebookowej grupy poświęconej neapolitańskiej pizzy – mówi mi Marcin. – Prym wiedzie tam gość, który ma własną restaurację w forcie Służew – opowiada mi dalej, wrzucając ciasto na nagrzany do odpowiedniej temperatury, wsunięty do piekarnika kamień. Przed chwilą na moich oczach wyrobił ciasto tak, aby do brzegów przedostały się pęcherzyki powietrza. Jeżeli się uda, a brzegi będą chrupiące, neapolitańskiej będzie można dać znak jakości. – W porównaniu do innych grupek – wysoki poziom. Wszyscy mili i sympatyczni, każdy chce ci pomóc – opowiada. Po pomidory jeździ do wyspecjalizowanego sklepu.

Ważna zrobiła się też dla nas świadomość tego, co jemy i dlaczego. Aspirująca już nie do kwot, które można zostawić w restauracji, ale pełnego obrazka obytego konsumenta, który trudno kupić za pieniądze. Jak sprawdzić kraj pochodzenia kawy, którą popijamy, i opanować sposób jej parzenia? Skąd wiedzieć, gdzie pojechać po dynię i od kogo na bazarku kupić jaja od szczęśliwych kur? To taka wiedza lub jej brak, a nie cena, którą jesteśmy w stanie zapłacić za produkt, zaczęła odróżniać nas od innych. Czy to snobizm? Bywa i tak.

– Z naszych obserwacji wynika, że jest mały procent osób, dla których żywność ekologiczna to forma pokazania pewnej wyższości, a także sposób podniesienia swojego statusu społecznego. Istnieje również pewien stereotyp ukazujący ludzi kupujących żywność ekologiczną jako snobów – tłumaczył kiedyś Maciej Bartoń ze Stowarzyszenia Polska Ekologia. Ale też szybko dodawał, że większość kupujących żywność ekologiczną to po prostu pasjonaci dobrej żywności, świadomie przyczyniający się rozwoju rynku ekologicznego i ochrony środowiska.

Miłośnicy jedzenia, czy – jak czasami lubią o sobie mawiać – foodies, to zresztą tylko jedna i najmniej groźna gałąź kulinarnej rodziny z tendencją do snobstwa. Gdyby wziąć na warsztat amatorów wina (idź do sommeliera i niech po prostu ci powie, jaki szczep będzie dla ciebie najlepszy), whisky (nigdy z colą!) oraz kraftowego piwa (w tym sezonie tylko mango NEIPA), na zgryźliwości nie starczyłoby nam miejsca oraz memów.

Razem ze świadomością kulinarną przyszła też ta modowa. Tak jak kiedyś snobizm przejawiał się stawianiem ściany działowej w sypialni i budowaniu za nią garderoby, tak dziś lubimy snobować się na wygodny minimalizm.

– Wiem, wiem, te gadki o szkodliwości przemysłu tekstylnego, wcale nie tak ekologicznych lumpeksach i szwalniach w Bangladeszu brzmią jak modna mantra klasy średniej – mówi mi Emilia, weganka i minimalistka. – Ale ja po prostu zdałam sobie sprawę, że naprawdę cierpię na nadmiar rzeczy. Dlatego od jakiegoś czasu ograniczam liczbę ubrań i staram się, aby wszystkie pasowały do siebie – wyjaśnia.

To, co robi, ma już zresztą nazwę i jest nią „kolekcja kapsułowa”. Szafa skompletowana tak, aby była na każdą okazję i nic się w niej nie gryzło.

Sportowy wyścig zbrojeń

Czy to oznacza, że Polacy odmawiają sobie luksusu, którym można by pochwalić się przed sąsiadami? Nic podobnego. Po prostu afiszują się z nim w inny sposób. Obok mieszkania w dobrej dzielnicy, samochodu, zegarka z dużą kopertą stanęły też wyniki w maratonie, spektakle, na które chodzimy bądź nie, albo telewizor, którego się dawno pozbyliśmy. Większą rolę zaczęły też odgrywać snobizmy, do których nie potrzeba grubego portfela.

– Wiesz, jaka jest różnica między moją poprzednią pracą a firmą konsultingową, w której pracuję teraz? – pyta mnie Michał, kolega-biegacz. – Kiedy w pierwszej kończyłem maraton, pytali mnie, jak w ogóle zdołałem to zrobić. Kiedy to samo opowiem w obecnej, wzruszają ramionami i pytają mnie, w jakim czasie – śmieje się pod nosem.

Fakt, że sport stał się naszym nowym snobizmem, dostrzegli już dwa lata temu autorzy książki „Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady” pod redakcją Łukasza Najdera. Bieganie – zauważała w niej Natalia Fiedorczuk-Cieślak – urosło nad Wisłą do formy dziwnej „medytacji w ruchu”. Miało funkcję terapeutyczną, pozwalało nie tylko zrzucić kilogramy, ale też oczyścić głowę. Książki Murakamiego o bieganiu rozchodziły się jak świeże bułeczki, a w leginsy wcisnęła się plejada polskich celebrytów.

O naszych małych snobizmach niech jednak świadczy fakt, że to już powoli pieśń przeszłości. Co to za snobizm, kiedy w maratonie startuje 10 tysięcy osób, a podobnych imprez jest w roku kilkadziesiąt?

– Dlatego dzisiaj wszyscy są jak Adam Hofman albo Maciek Stuhr – żartuje mój redakcyjny kolega Wojtek. – Albo są ultra i biegają po górach, albo poszli na basen, dokupili rower i wzięli się za triatlon. Na starcie maratonu, o ile dopisze jej zdrowie, możesz spotkać panią Edzię z księgowości. Natomiast podczas Biegu Rzeźnika w Bieszczadach albo połówki Ironmana w Gdyni to ciągle mało prawdopodobne – tłumaczy.

Ma rację. Bo o ile bieganie to sport ciągle umiarkowanie demokratyczny, triatlon to już okazja do udowodnienia, że samo stanięcie na mecie kosztowało nas więcej (finansowo i fizycznie). Potwierdził to sprzedawca w sklepie rowerowym przy ulicy Połczyńskiej, którego na początku wiosny zapytałem, jak ruch w interesie. – Świetnie. Koniec zimy to w przecież początek wyścigu zbrojeń.

Snobizm na drogie cygara?
Dziś raczej na dojeżdżanie do
pracy rowerem i sojowe latte
w bidonie. Oczywiście bidon
z recyklingu, a ziarna ze znaczkiem
Fair Trade. I w sumie
nie ma w tym nic złego.Snobizm na drogie cygara? Dziś raczej na dojeżdżanie do pracy rowerem i sojowe latte w bidonie. Oczywiście bidon z recyklingu, a ziarna ze znaczkiem Fair Trade. I w sumie nie ma w tym nic złego. Getty Images

Nie mam telewizora

W dekadzie umiarkowanej ostentacji – podobnie jak w PRL-u – do snobskich łask wróciła też przestrzeń kultury. Jej symbolem stał się „dom bez telewizora” – kineskopy, ale i płaskie ekrany, niczym stare rupiecie powędrowały na strychy i do piwnic (w 2018 r. 216 tys. Polaków zrezygnowało z kablówki). Ale oczywiście tylko u wybranych. Brak TV stał się symbolem pewnej przynależności klasowej.

Czy zaoszczędzony czas wykorzystujemy na samokształcenie, doczytywanie „Wojny i pokoju” oraz naukę od lat odkładanego hiszpańskiego? Nic podobnego.

– Na wyposażeniu przeciętnej rodziny jest coraz mniej telewizorów, kamer i drukarek. Chcąc zyskać więcej wolnego czasu, częściej korzystamy ze zmywarek i pralek. Trwonimy go potem przed ekranami coraz popularniejszych smartfonów i komputerów – rozwiewa wątpliwości GUS. Ale i tu nasz snobistyczny mechanizm obronny znajdzie odpowiedź. Zamiast telewizyjnej „Korony królów” wybieramy przecież brytyjskie „The Crown”. W miejsce „Klanu” – amerykańską „Sukcesję”. Nie dla nas rankingi oglądalności, które i tak mówią, że najwięcej czasu zmarnowaliśmy na „Grze o tron”. Jak sięgnąć pamięcią, naszymi omawianymi na open space’ach, w kuchniach, na siłowniach i w autach gustami rządzą też międzynarodowe mody. Kiedyś większość moich znajomych lubiła podkreślać, że ogląda skandynawskie kryminały. Po tym przyszedł czas na czeskie produkcje pokroju „Pustkowia”, a ostatnio na izraelskie seriale podobne do „Naszych chłopców”. Im bardziej egzotyczny język, tym wyżej w rankingu serialowego snobizmu.

Podobnie rzecz ma się z teatrem. Lekki spektakl komediowy w Teatrze Kwadrat? Ponadczasowa historia miłosna w Teatrze Muzycznym Roma? Skok w bok do Teatru Capitol, w którym rolę grywał Sławomir Zapała (ten sam od gorącej miłości w Zakopanem)? Nie daj Boże. Zamiast tego 4,5 godziny „Francuzów” Krzysztofa Warlikowskiego w Teatrze Nowym (brak biletów). Ewentualnie „Matka Joanna od Aniołów” Jana Klaty albo przynajmniej kilka zdań opinii na temat odwołanej właśnie premiery „Procesu” Krzysztofa Lupy w Nowym Jorku.

– Denerwuje mnie snobizm teatralny, nie lubię w teatrze hochsztaplerki polegającej na tym, że do prób przystępują ludzie kompletnie nieprzygotowani – mówił o tym jeden z aktorów, Grzegorz Małecki. – Drażni mnie taka krytyka teatralna, która z rzeczy miałkich i płytkich intelektualnie robi „arcydzieła”. Byłem ostatnio na spektaklu reżysera uznanego za europejską gwiazdę. Bilety trudno kupić, zachwytom krytyków nie ma końca, a ja po trzech godzinach wychodzę z bolącym tyłkiem, ziewając z nudów – dodawał.

Mało wam przykładów? Więc sięgnijmy po jeszcze jeden snobizm – tożsamościowy. W modzie ostatnio jest powoływać się na wspólne korzenie z kimś w jakiś sposób zasłużonym. Cioteczna ciotka z Powstania? Dziadek, który brał udział w odbijaniu Poznania z niemieckich rąk? Proszę bardzo. Babcia, która była w jednej czwartej Żydówką? Mieszczańska rodzina od pokoleń? Na życzenie.

Grzebanie w korzeniach stało się na tyle popularne, że część historyków zajęła się właśnie tym – przeczesywaniem archiwów na zamówienie, ponieważ klient liczy, że ktoś w rodzinie, nawet piąta woda po kisielu, nosił nazwisko Lubomirski. Ale, ale! To nie wszystko. Z drugiej strony, szczególnie wśród 30-latków lewicujących, modna jest przecież chłopomania. Z ludu jesteśmy, wszyscyśmy z czworaków. Każda z tych tożsamości krzyczy przecież wyraźnie – jestem inny niż wy, jest we mnie coś lepszego.

Granice śmieszności

Historia z książkami Olgi Tokarczuk i teatrem są o tyle dobre, że idą w parze z tym, co o polskim snobizmie już wiek temu pisał Stefan Żeromski. Najogólniej rzecz biorąc – wyjaśniał literat – snob to określenie takiego osobnika, który z zamiłowaniem uprawia pretensjonalny dandyzm. Przestrzega kanonów mód z przesadą i nadmierną pieczołowitością.

– Snobizm – przestrzega Żeromski – to też ciągłe pozowanie na jakiś autorytet, przekonanie, że zawładnęliśmy pełnią wiedzy na temat jakiejś dziedziny życia. I uwaga! Przestrzeganie aż do granic śmieszności umówionych, modnych przepisów dobrego tonu, uznawanych za doskonałe i wykwintne, stanowiące wzór obowiązujący i bezwzględnie godny naśladowania.

Co to oznacza? Tylko tyle, że warto spuścić powietrze z balonu. Raz na jakiś czas zajrzeć do „Prawieku” bez opowiadania o tym w pracy. Wrócić z podwieszanej jogi bez ogłaszania tego w firmowej kuchni. Dać sobie trochę luzu i obejrzeć komediowy spektakl i skoki narciarskie. Korona królów z głowy nam od tego nie spadnie.