Dress code na czas pandemii

Kod ubioru w czasach pandemii przysparza zupełnie nowych zagwozdek. Na przykład, czy zostać w spodniach od pidżamy, czy jednak założyć szorty, względnie pracować w samych majtkach. Nie oszukujmy się; choć wiemy, że ludzie zdyscyplinowani odnoszą lepsze efekty w pracy niż ci, którzy snują się do (po)południa w szlafroku i piją trzy kawy na czczo, autoizolacja rozleniwiła nas. Rano, mając w perspektywie dodatkowe pół godziny snu, mało komu chce się stroić. Nie ma zresztą dla kogo. A jeśli jest, to przecież wideokonferencja nie pokaże wszystkiego. Nie bez powodu nawet szacowny „Wall Street Journal” opublikował niedawno artykuł pod wymownym tytułem: „Jak wyglądać profesjonalnie, przynajmniej od pasa w górę”.

I pomyśleć, że jeszcze dwa, trzy miesiące temu eksperci od etykiety zastanawialiby się, czy wypada, by rękaw marynarki przykrywał mankiet koszuli, jak proponuje w ostatnich sezonach sporo światowych projektantów, czy jednak nadal powinien standardowo być krótszy o jakieś półtora centymetra. Już nie będą.

Borys Budka podczas udzielania wywiadu do telewizjiBorys Budka podczas udzielania wywiadu do telewizji Twitter / Janusz Stępień @jbstepien

Część z nas zostanie w home office bo ten tryb pracy sprawdził się w wielu firmach. Wielu z nas też się spodobał. Koniec stania w korkach, ględzenia nudnych kolegów, niesmacznych lunchów. No i, oczywiście, koniec przywiązywania wagi do stroju, z tym formalnym na czele. Nikt nie będzie przecież pracował zdalnie w w garniturze. Nie dotyczy to zresztą tylko Polaków, i nie jest to związane wyłącznie z zawodami, gdzie autorytet budowany jest także poprzez strój. „New York Times”, na przykład, przytoczył treść listu, jaki do prawników wysłał sędzia Dennis Bailey z 17 okręgu Florydy. Napomina w nim, by panowie (lecz także i panie) jakkolwiek wizualnie się ogarnęli. Zdarzyło się bowiem ostatnio, że do wideokonferencji jeden z prawników zasiadł zupełnie bez koszulki. Pewna pani adwokat zaś w ogóle nie zasiadła: leżała w łóżku, w pościeli.

Bluza zamiast garnituru

Wielu z nas do biur jednak wróci. I przeniesie ubraniowe przyzwyczajenia z domu. Oczywiście, nie pidżamę czy wyciągnięty T-shirt, ale wygodne bluzy? Z pewnością. Zresztą już w wielu firmach stały się one akceptowalnym elementem dress code’u. On rozluźnia się jak i cała moda.

Koszulki, bluzy z kapturem, spodnie dresowe, bejsbolówki i sneakersy plus duża lekka torba na siłownię okazały się idealne zarówno na siłownię właśnie, jak i na śniadanie w modnej knajpie, na wycieczkę za miastem albo i po mieście, na spacer i zakupy, jak i – pomijając oczywiście torbę – spędzanie czasu w domu.

Nie jest więc tak, że do 13 marca, kiedy de facto zamknięto nasz kraj, służbowy kod ubioru był rygorystyczny i wszędzie jednakowo przestrzegany. Przeciwnie, były go już resztki. W nielicznych miejscach, gdzie go wymagano, panowie i tak wetowali sobie „straty” noszeniem do garniturów plecaków i wygodnych kurtek. Dress code bowiem padnie także dlatego, że jest po prostu nielubiany.

Korporacje pożegnają garnitury?

Wielu – choć miał pomagać i ułatwiać życie – tylko stresował. Bo to w końcu zbiór zasad, nie zawsze czytelnych i zrozumiałych. Nie wystarczy przecież jakiś garnitur. Ważne by garnitur był dobrze skrojony, dopasowany do sylwetki, miał odpowiednią długość. Dla wielu mężczyzn to abstrakcja. Dla kobiet zresztą też; one są kiepskimi doradcami i fakt, że umieją nazywać tonacje barw i czytają o modowych nowinkach nie czyni je specjalistkami w dziedzinie mody męskiej. Nie wystarczy też „jakaś” koszula. Ważny jest jej model czy typ kołnierzyka – inne do różnych owali twarzy, krawatów, okazji. Nie wystarczą wreszcie „jakieś” skórzane półbuty. W zestawie z garniturem istotny jest ich kolor i odcień, ale też – ogólnie – ich fason. Niektóre wyglądają elegancko, a są półformalne. Inne – mają ciekawy detal, ale w stroju formalnym je dyskwalifikujący. Te reguły i ich niuanse krępują. Czy w czasach „nowej normalności” naprawdę będziemy nimi się przejmować? Nie. Będą ważniejsze rzeczy i zadania niż takie duperele.

Więc choć w odpowiednio dobranym garniturze mężczyźni nie tylko ładnie wyglądają, ale i wygodnie się czują, pogłoski o jego śmierci nie są przesadzone. Mowa oczywiście o tym biznesowym, bo garnitury na ślub czy noszone dla ekstrawagancji jeszcze długo z nami zostaną.

Za jakość się płaci

Co więcej, już teraz wiemy że pandemia spowoduje globalny kryzys finansowy. Przebąkuje się o dwucyfrowych spadkach PKB, w Polsce – o trzymilionowym bezrobociu. Tymczasem biznesowy dress code jest kosztowny. Rezygnacja z niego to co najmniej kilkaset złotych więcej w portfelu. Trudno wymagać garnituru, białych koszul, skórzanych półbutów od początkującego prawnika, ekonomisty, urzędnika czy bankowca. Koszty utrzymania się w dużych miastach, zwłaszcza dla przyjezdnych, są astronomiczne. Stąd zakup garnituru bywa wyzwaniem przekraczającym budżet.

Przy czym mowa o ubraniach tanich: o butach na plastikowej podeszwie, które nie dotrwają do kolejnego sezonu, o źle układającej się, poliestrowej a więc nieprzewiewnej marynarce, o – niestety – przyklejających się latem do nóg spodniach, o mechacącej się koszuli z podłej bawełny.

Trudno poczuć się w takim stroju elegancko; komfortowo – także nie sposób, o zdobyciu autorytetu nie wspominając. I jeszcze za to płacić, skoro taniej, wygodniej i ładniej nam w ubraniu casualowym?

Tym bardziej, że pracodawcy do zakupu służbowego stroju się nie garną. Tematem zajęła się niedawno „Gazeta Pomorska”. W artykule o wymownym tytule „Pracownik banków ma wyglądać jak milion dolarów, a zarabia 2300 zł” spytała, czy banki fundują im stroje. Twierdząco odpowiedział tylko ING Bank Śląski, choć za niedostosowanie się do wymogów dress code’u można w Polsce stracić pracę. I to legalnie. Sąd Najwyższy dał, co prawda, prawo do zwolnienia pracownika dyscyplinarnie za nieodpowiedni ubiór tylko, gdyby naraziło to firmę na straty finansowe, te jednak – przy ewentualnym procesie – nie byłoby trudno bankom wykazać. Zwłaszcza że stać je na najlepszych prawników.

Nic dziwnego, że prestiżowy „The Atlantic” pisze: „po pandemii biurowy dress code nigdy nie powinien już wrócić”.

Biurowy dress code nie powinien już wrócić

Owszem, uniform jako taki wzbudza respekt. Dlatego nie dyskutujemy o rezygnacji z niego w policji, wojsku, ochronie, ani – z drugiej strony – w dyplomacji, choć bez wątpienia każdej z tych zawodowych grup dałoby się wymyślić coś wygodniejszego. Garnitury czy nawet zestawy koordynowane zaczęły jednak stopniowo zanikać na ulicach, w restauracjach, w teatrach, operach. A skoro nie trzeba na najdonioślejsze wydarzenia kulturalne ubrać się elegancko, za trampki nikt nie wyprosi cię z filharmonii, a z gali za brak smokingu, to tym bardziej nie ma sensu zakładać garnituru idąc do biura.

Zwłaszcza, że Europa czy USA to nie Chiny. U nas, także w biznesie, zapanował kult indywidualności. Od lat wielu z nas imponował i inspirował tzw. efekt czerwonych sneakersów. To termin z badań na Harvardzie; tamtejsi socjologowie odkryli, że osoba świadomie ignorująca firmowy dress code jest dziś pozytywnie postrzegana. W końcu nie wiadomo, czy za taką nonszalancją nie kryje się geniusz na miarę Marka Zuckerberga w swojej bluzie z kapturem. Z badań Oregon State University wynika z kolei, że jeśli zrobimy dobre pierwsze wrażenie i udowodnimy, że traktujemy pracę serio i w niej się sprawdzamy, to nasza dobra opinia przylgnie do nas na tak długo, że nie będzie miało znaczenia czy pracujemy w garniturze czy w swetrze. Poza tym tyle mówi się o „byciu sobą” i jak mantrę w biznesie powtarza o myśleniu „out of the box”. Zdaniem wielu wyklucza to stosowanie się do firmowych zasad ubioru.

Czeka nas zatem prawdziwe wyzwolenie? Niekoniecznie. „The Atlantic” zauważa, że w czasach gdy obowiązywał strój służbowy, po powrocie do domu mogliśmy go zdjąć i być wolnymi od pracy tak fizycznie, jak psychicznie. Dziś, gdy w tych samych dżinsach jesteśmy w biurze, jemy w domu kolację i spędzamy weekend, gdy laptop jest cały czas w zasięgu wzroku, a telefon w kieszeni, nie jesteśmy w stanie – ani fizycznie ani mentalnie – od tej pracy całkowicie się uwolnić.