Od kilku lat sytuacja polityczna w kraju sprawia, że Polacy coraz bardziej się od siebie oddalają. Nawet pandemia spowodowała to, że jako naród stanęliśmy po dwóch stronach barykady. Lubimy stawiać granicę: my – oni, niezależnie od tego, co jest źródłem podziału. Jednak są sytuacje, kiedy wszystkie uprzedzenia potrafimy schować i działać wspólnie. Tylko dlaczego z reguły potrzeba do tego tragedii?

Według jednego z badań CBOSu aż 80% badanych uznało, że czynników, które nas dzielą jest więcej lub tyle samo, co tych łączących. Co więcej, większość z nas najsilniej, a często i jedynie czuje się związana z rodziną. Jako czynniki, które najbardziej łączą Polaków najczęściej wymieniano historię oraz wielkie tragedie i sytuacje kryzysowe. Doskonale pokazują to wydarzenia z początku pandemii, kiedy w ramach pomocy szyliśmy maseczki i przynosiliśmy jedzenie dla medyków. Przez 30 lat tak bardzo przyzwyczailiśmy się do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, że mimo ogromnych podwyżek cen prądu i gazu, wyższych cen w sklepach i w wielu wypadkach niższych pensji z powodu reformy, na początku tego roku po raz kolejny zebraliśmy rekordową sumę pieniędzy.

Ostatnie dni po raz kolejny wystawiły na próbę człowieczeństwo Polaków. Póki co, ten egzamin zdajemy śpiewająco. Ilość oferowanej pomocy jest tak duża, że niektóre punkty zbiórek wstrzymują się z przyjmowaniem kolejnych darów. Nic dziwnego. Wiele osób strach, który pojawił się wraz z pierwszymi informacji o rosyjskim ataku postanowiło przekuć na działanie. Do nich dołączają kolejni, którzy po pierwszym szoku uświadamiają sobie, że są bezpieczni, a pomocy potrzebują inni. Nikt nie rzucił hasła, nie wydał polecenia. Polacy sami, nie czekając na skoordynowane działania, zaczęli tworzyć zbiórki, przywozić uchodźców i organizować niezbędną pomoc oddając swój czas i pracę. Przy tej skali pomocy, jeszcze bardziej kują w oczy (na szczęście) pojedyncze przypadki osób czy firm, które tragedię Ukrainy i strach przed wojną chcą wykorzystać dla własnego zysku.

Straż graniczna podaje, że w Polsce może być już 200 tysięcy uchodźców, a wielu jeszcze dotrze. Jesteśmy na samym początku drogi. Pomagając musimy uzbroić się w cierpliwość. Teraz chęć udzielania się podsycana jest medialnymi obrazkami: kolejek samochodów dostarczających niezbędne rzeczy, tłumów przed punktami krwiodawstwa czy pełnych magazynów. Łatwo poczuć się w tym częścią społeczności. To daje nam również poczucie mocy i sprawstwa.

Jednak chęć niesienia pomocy może być motywowana na różne sposoby. Dla części dziś będzie to chęć zrobienia czegokolwiek, by pozbyć się uczucia niemocy wobec niewyobrażalnej tragedii. Nie da się ukryć, że pomaganie daje coś nie tylko potrzebującym, ale również tym, którzy pomocy udzielają. Jednym z powodów, dla których decydujemy się pomagać jest wymiana społeczna i norma wzajemności, według której udzielając wsparcia myślimy, że dostaniemy je, kiedy sami znajdziemy się w potrzebie. W ankiecie przeprowadzonej dla Szlachetnej Paczki aż 47% deklaruje, że pomaga, bo obawia się, że w przyszłości samemu może potrzebować wsparcia.

Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Harvarda pokazały, że pomagając innym, w naszych mózgach uwalniają się endorfiny. Skutkiem ich jest „haj pomagacza", jak nazwał to autor badania Michael Norton – czyli poczucie ekscytacji, radości i dumy. To może wyjaśniać dlaczego, w ubiegłym roku aż 84% pytanych Polaków zadeklarowało, że pomaga innym. Pomaganie sprawia, że czujemy się dobrze.

Może nie wszyscy zgodzą się ze stwierdzeniem, że w przypadku pomagania to, czy robimy to by poczuć się dobrze, czy dla dobra ogółu nie ma takiego znaczenia, jak sam efekt. Warto tylko pamiętać, że pomaganie ofiarom wojny to maraton, a nie sprint. Jednak doświadczenie Polaków zbierane przez lata, daje nadzieję, że i tym razem dobiegniemy do mety.