Za skrajnie obraźliwe przyjęło się nazywanie kogoś męskimi genitaliami. Możesz być głupim ch...m, mieć małego lub (wbrew wiedzy z biologii) złamanego. Ewentualnie, kiedy zasłużysz na uznanie, możesz mieć wielkie jaja – co w mowie zdarza się niezależnie od płci. Zafiksowaliśmy się na penisach dawno temu i nie potrafimy odpuścić, wpuszczając w to samo bagno kolejne pokolenia.

Edukacja seksualna w Polsce nie istnieje, jeszcze chwila i całkiem zejdzie do podziemia. Nic więc dziwnego, że wiedzę o seksie młodzi ludzie zdobywają w sieci. Niestety, nie zawsze są to rzetelne źródła. Według badań zleconych przez fundację Dajemy Dzieciom Siłę w 2017 roku aż 43 proc. dzieci i nastolatków w wieku 11-18 lat miało kontakt z materiałami pornograficznymi i seksualizującymi. Częściej byli to chłopcy (aż 50 proc.) niż dziewczyny (36 proc.), a to nawet nie jest początek tworzenia nierealnych wyobrażeń o ludzkim ciele i jego możliwościach.

W filmach mały penis jest zawsze powodem do śmiechu. Ewentualnie tłumaczy kupno dużego samochodu. Główni bohaterowie, ci, do których wzdychają piękne kobiety, raczej nie narzekają na wielkość swojego przyrodzenia. Filmy pornograficzne skupiają się głównie na pokazywaniu (w bardzo umiejętny sposób) penisa i jego wielkości. Trudno, by dorastający w tym penisocentrycznym świecie chłopcy w którymś momencie swojego życia nie fiksowali się na długości.

Niesłusznie! Bo w tym całym zamieszaniu zapomina się o tym, że długość nie zapewni satysfakcji z seksu. Wiedzę na temat budowy żeńskich narządów też mamy ubogą, bo – wbrew producentom filmów porno – pochwa nie kończy się pod żebrami i "im większy, tym lepszy" tutaj nie zadziała. Potwierdzają to badania z 2005 roku, z których wynika, że tylko 50 proc. badanych mężczyzn było zadowolonych z wielkości swojego penisa. Ale aż 70 proc. badanych kobiet było bardzo zadowolonych z wielkości narządów płciowych swoich partnerów. Zamiast więc klikać w reklamy zapewniające wydłużenie penisa w trzy dni i zamawiać odważniki, warto po prostu porozmawiać z partnerką.

Kolejnym aspektem męskiego ciała, który w ostatnich latach stał się powodem do kompleksów, jest wzrost. Heightism – czyli dyskryminacja ze względu na wzrost – ma wpływ nie tylko na atrakcyjność i szansę na znalezienie partnerki, ale też na zarobki. Ekonomiści ukuli termin „premii za wzrost" w przypadku, kiedy wraz ze wzrostem mężczyzn w danym zawodzie rosły też ich płace.

Media przyzwyczaiły nas do widoku par, w których to mężczyzna jest wyższy od kobiety. Kiedy na czerwonym dywanie te proporcje się zmieniają, dochodzi do dysonansu poznawczego i nikt nie rozumie, jak to możliwe. Tom Holland, mający 173 cm wzrostu (co nie przeszkodziło mu zagrać Spider-Mana), musiał się w wywiadach wielokrotnie tłumaczyć z różnicy między nim a jego partnerką Zendayą (178 cm). To niesamowite, że w XXI w. wciąż tak wielu osobom nie mieści się w głowie pocałunek  niższego mężczyzny i wyższej kobiety. Tak, zdecydowanie ludzkość nie jest jeszcze na to gotowa…

Nie mam na to żadnych badań i mogę się mylić, ale zakładam, że większość mężczyzn ćwiczących na siłowni wcale nie chce wyglądać jak nasmarowany oliwką kulturysta. Być może dążą do konkretnego wyglądu, a może chcą tylko zachować kondycję i zdrowie. Niezależnie od powodu – wysiłek fizyczny jest zdrowy. Problem zaczyna się, jeśli ważąc za mało lub za dużo, ze względu na wstyd decydujesz się nie ćwiczyć wśród innych.

Nie istnieje jeden, idealny wzorzec w Sevres, do którego moglibyśmy przykładać mężczyzn i sprawdzać, czy się do czegoś nadają. Wydaje się, że więcej mięśni, sześciopak na brzuchu czy siła fizyczna nie mają prawa zapewnić szczęścia, miłości ani pieniędzy. A jednak brak tych atrybutów może być powodem do dyskryminacji. Podobnie jak w przypadku wzrostu, wygląd może wpłynąć na to, jak będziemy postrzegani na rynku pracy. Według badaczki społeczno-ekonomicznej Evy Siermińskiej mężczyźni oceniani jako przystojni mają większą szansę znaleźć zatrudnienie i otrzymywać większe wynagrodzenie, nawet jeśli wygląd nie ma znaczenia dla wykonywanej pracy. Możemy mówić, że jesteśmy sprawiedliwi i nie oceniamy innych po wyglądzie. Mam wrażenie jednak, że jeszcze długo będzie to myślenie życzeniowe, bo kiedy przychodzi co do czego, to właśnie piękni i młodzi dostają od świata więcej.

Ruchy body positive czy body neutrality służą temu, by ludzie obyli się z wyglądem różnych ciał, nie tylko tych, które serwują nam hollywoodzkie produkcje. Męskie ciała podlegają tym samym prawom, co kobiece, a kompleksy mogą niszczyć życie niezależnie od płci. I choć świat ma dużo więcej za uszami w kwestii oceniania kobiet przez pryzmat wyglądu, nie możemy walczyć o równość dla wszystkich, wykluczając jedną grupę. Ciało – ani kobiecie, ani męskie – nie służy do spełniania estetycznych zachcianek drugiego człowieka. Jest naszym narzędziem do bycia sobą, funkcjonowania i osiągania celów. Niezależnie od wielkości, długości czy wagi – należy mu się szacunek.