Gdy wychodzi się pobiegać, nie wystarczy już założyć butów. Na rower potrzebny jest cały ekwipunek, łącznie z seksownym wdziankiem z lycry. Uprawiając sport, musimy sprawdzać każdy parametr, odhaczyć w aplikacji, bez tego trening się nie liczy. Bez względu na to, czy to prosta fitopaska za 80 zł, czy gadżeciarski zegarek renomowanej firmy kosztujący krocie – jego celem jest kontrola nas i naszych efektów.

Całe szczęście doszliśmy do momentu, w którym sport stał się normą. Biegając, można spotkać już nie tylko tych, którzy trenują do maratonu lub chcą stracić na wadze. Siłownia to nie miejsce ociekające testosteronem i oliwką do ciała. Trenujemy, bo chcemy być zdrowi, lepiej wyglądać, dobrze się poczuć, dla endorfin, które daje nam ruch. Sportowe zegarki pozwalają nam oceniać efekty, sprawdzać postępy i wyniki każdego treningu. Już nie tylko trenujemy, ale też staramy się robić to prawidłowo. Tylko czy dalej mamy z tego przyjemność?

Problem z zegarkami zaczyna się wtedy, kiedy zamiast słuchać własnego ciała i pytać się, czy mamy siłę i ochotę na trening, sprawdzamy to, zerkając na nadgarstek. Oddajemy decyzyjność o własnym ciele urządzeniom monitorującym. Nie tylko czujemy, że musimy zaliczyć kolejne etapy, wyrobić 10 tysięcy kroków, wypełnić pierścienie i zaliczyć paski, ale trening uznajemy za udany, kiedy zegarek wskaże określoną liczbę spalonych kalorii.

Na dobry sen

Podobna sytuacja jest ze snem. Większość fitopasek i zegarków sprawdza jakość snu i kontroluje naszą aktywność również w nocy. Psychologowie ostrzegają, że nadmierne monitorowanie snu, sprawdzanie ilości pobudek i tego, czy śpimy płytko czy głęboko, przynosi dokładnie odwrotny efekt – stresuje i wzmaga problemy ze snem. A część użytkowników tego typu aplikacji idzie o krok dalej i jest w stanie ocenić, czy są wyspani, tylko na podstawie pomiarów, a nie faktycznego samopoczucia. Spirala się nakręca. Zamiast wyciszenia przed snem, organizm zaczyna się spinać, czy zaliczy kolejny „egzamin", a jego wynik sprawdzamy rano na wyświetlaczu zegarka.

Poczucie winy rzadko kiedy jest dobrym doradcą i będzie równie słabym trenerem. Jeśli po odczytaniu wyników z zegarka czujesz wyrzuty sumienia i idziesz wyrabiać kroki, to nie jest to najlepsza motywacja do ruchu. Sport (bez względu na to, czy mówimy o treningu na siłowni, bieganiu czy nawet spacerze) ma służyć nam, a nie odwrotnie. Tracąc przyjemność z tego, co robimy, radykalnie zwiększamy szansę porzucenia dotychczasowych działań, a to z pewnością będzie dla nas szkodą.

To, jak zegarek i jego pomiary na nas wpływają, najłatwiej zauważyć, sprawdzając własne reakcje. Jeśli wyświetlony wynik cieszy, bo trening był ciekawy, bo udało się pokonać wewnętrznego lenia, bo zrobiliśmy coś, co wcześniej nie wychodziło, to śmiało można założyć, że zegarek nam służy i nie nakłada nadmiernej presji. Jeśli nie potrafimy docenić własnych osiągnięć, bo zabrakło kalorii do spalenia, kroków do wyrobienia czy sekund do wyniku – warto dać sobie odpocząć od nadmiernej kontroli.

Wygrać z samym sobą

Zegarki to też widmo konkurencji. Tej wirtualnej, w aplikacji, gdzie możemy się pochwalić wynikiem, ale też wyścigu z samym sobą. Za każdym razem możemy się mierzyć z poprzednim wynikiem i próbować go poprawić, nieustannie motywować się do rozwoju. To jednak spora presja, z którą nie zawsze umiemy sobie poradzić. Jeśli kolejny trening rozpoczynamy z poczuciem przymusu, zamiast endorfin i relaksu, mamy na koniec stres, frustrację i niechęć. Jesteśmy zmęczeni nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, bo presja dociska mocniej niż sztanga. Wyczynowi sportowcy, którzy zmagają się z ogromną presją, mają ze sobą sztab specjalistów. Zwykły Kowalski, który trenera ma w zegarku, z presją, potrzebą nieustannego rozwoju i poczuciem ewentualnej porażki musi poradzić sobie sam. Tylko czy na takie emocje w amatorsko uprawianym sporcie powinno być miejsce?

To nie tak, że zegarki są złe, a monitorowanie aktywności to kiepski pomysł. To nam służy, poprawia wyniki, eliminuje błędy, pomaga w redukcji masy ciała i zwiększeniu ilości ruchu. Są badania, które potwierdzają, że noszenie zegarków, które przypominają o aktywności, poprawia samopoczucie w depresji. Jak we wszystkim, i tutaj chodzi o umiar. Nie można całkowicie oddać kontroli nad ciałem, ruchem i samopoczuciem urządzeniu, nie słuchając siebie.

Presja – i zupełnie nie ma znaczenia, czy płynie z zewnątrz, czy nakładamy ją sobie sami – nie tylko odbiera radość ze sportu, ale też utrudnia osiąganie dobrych wyników. Im bardziej się spinamy, im bardziej czujemy, że musimy, tym bardziej ciało się buntuje. I bardzo dobrze! To sygnał, że to nam nie służy. Ważne jest, żeby go posłuchać i odpuścić, a nie dociskać jeszcze bardziej.

Ze sprzętu sportowego trzeba umieć korzystać. Warto i do zegarków podejść z rozwagą i nie oddawać im całej kontroli. Odłożone raz na jakiś czas na półkę nie stracą swej wartości, a pozwolą przypomnieć sobie, jaką przyjemność mogą sprawić ruch i zmęczenie bez obsesyjnego kontrolowania wyniku.