Czekaliśmy na to długo, ale w końcu się doczekaliśmy! Jeden z najlepszych muzyków na świecie przybył do naszej stolicy, by wyprawić dla kiludziesięciu tysięcy fanów zgromadzonych na stadionie PGE Narodowym prawdziwą ucztę dla zmysłów. Na tę ucztę bynajmniej nie składały się zapierające dech w piersiach efekty pirotechniczne, dźwiękowe czy oprawa taneczna. Było oszczędnie w środkach, ale w tej prostocie niezwykle zjawiskowo. Tak jak Sting potrafi najlepiej. 

Koncert w Warszawie w ramach trasy "My Songs" miał pierwotnie odbyć się 25 lipca 2020 roku, a następnie 25 lipca 2021 roku, jednakże z powodu pandemii koronawirusa trasa została przełożona na ten rok. Nie dziwi więc fakt, że stęsknieni fani wokalisty wypełnili stadion niemalże po brzegi (prócz wyłączonych z użytku miejsc). Materiałom promującym koncert od jakiegoś czasu towarzyszył też dopisek "wyprzedany". Mimo że artysta zagląda do Polski stosunkowo często, to wierni fani nie odpuszczają i regularnie pojawiają się na kolejnych występach, wysłuchując legendarnych piosenek. 

Przed gwiazdą wieczoru na scenie jako support pojawiła się Anna Maria Jopek, a po niej Joe Sumner, czyli najstarszy syn Stinga. Joe to "skóra zdjęta z ojca" – zarówno pod względem wyglądu, jak i talentu. Jego krótki występ był miłym akcentem zapowiadającym gwóźdź programu, na który wszyscy czekali. "Gwoździem" był oczywiście ON, czyli Gordon Sumner, znany szerszej publiczności jako Sting. Pojawił się na scenie w czarnych spodniach i T-shircie, a jedynym akcentem kolorystycznym była żółta kurtka. Jako że słowo "sting" w tłumaczeniu z języka angielskiego oznacza "żądło", odniosłam wrażenie, że wybór ten nie był przypadkowy. Mimo swoich 71 lat prezentował się na scenie nie gorzej niż za czasów występów z The Police. 

'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA]'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA] Fot. Karolina Magiera

Jeśli już o The Police mowa, to koncert rozpoczął słynny utwór tegoż zespołu. Publiczność zareagowała niezwykle entuzjastycznie, gdy na stadionie rozległy się pierwsze dźwięku hitu "Message in a Bottle". Dalej tempo nie spadało – artysta brawurowo wykonał swój solowy utwór "Englishman In New York". Nadmienię, że koncert w ramach trasy "My Songs" stanowił mieszankę największych hitów solowych artysty, jak i tych z czasów The Police.

"My Songs" to moje życie opowiedziane piosenkami. Niektóre z nich zostały zrekonstruowane, niektóre odnowione, niektóre zmienione, ale wszystkie brzmią współcześnie. 

– takim słowami promował trasę sam zainteresowany. 

Podczas występu rozbrzmiewały więc dawne przeboje zespołu, takie jak skoczny "Every Little Thing She Does Is Magic" czy też The Police w wydaniu reggae w utworach "Walking on the Moon" oraz "So Lonely" (tym razem ze wstawką z "No Woman, No Cry"). Był też solowy Sting z płyty "Ten Summoner's Tales" na czele z utworem "If I Ever Lose My Faith In You", który płynnie przeszedł w piękną balladę "Fields of Gold", podczas której stadion rozbłysnął tysiącami światek. W repertuarze znalazło się też miejsce dla przeboju "Shape of My Heart" czy dla charakternego bluesa w postaci piosenki "Heavy Cloud No Rain". Pojawiły się także dwie piosenki z wydanego w ubiegłym roku krążka "The Bridge": pogodny utwór  "Rushing Water", w którym wokalista uroczo sobie pogwizdywał, i rockowe "If It's Love". Podczas orientalnego "Desert Rose" miałam ciary – to moja ulubiona piosenka Stinga, choć jedna z bardziej nieoczywistych w jego dorobku. Towarzyszyły jej delikatne wizualizacje, prezentowane na czterech telebimach, na których mogliśmy zobaczyć także wokalistę i jego band, a czasem publiczność – oprócz wyważonej gry świateł był to jedyny efekt wizualny podczas występów.

'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA]'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA] Fot. Karolina Magiera

Zadziwiał jednak brak anegdot i interakcji z publicznością, z których słynie Sting. Jedna piosenka praktycznie przechodziła w drugą, style mieszały się, podobnie jak szybkość prezentowanych piosenek: od wolnej po energetyczną. Pokazało to niesamowitą kondycję artysty, który mimo słusznego wieku wytrzymywał mordercze tempo, nie biorąc w międzyczasie nawet łyka wody do ust. Cały czas towarzyszył mu także jego słynny bas Fendera Precision 1954, co sprawiło, że mój podziw wzrósł – zdaję sobie sprawę z tego, jak trudne musi być śpiewanie i granie jednocześnie, właściwie bez przerwy. Warto wspomnieć, że Sumner jest multiinstrumentalistą – gra na gitarze basowej i akustycznej, lutni, mandolinie, kontrabasie, harmonijce ustnej, instrumentach klawiszowych, saksofonie, klarnecie tureckim i na perkusji.

Jedyną interakcją z publicznością w czasie trwania koncertu była zapowiedź piosenki "Brand New Day" – Sting wyjaśnił, że wykona ją w swojej ulubionej wersji, która trafiła na płytę "My Songs" z 2019 roku. Tam na harmonijce ustnej gościnnie zagrał Stevie Wonder, a podczas koncertu zastąpił go 16-letni Shane Sager. Mimo młodego wieku partię Wondera wykonał spektakularnie, po czym został nagrodzony gromkimi brawami ze strony publiczności.

'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA]'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA] Fot. Karolina Magiera

W tym miejscu chciałabym wspomnieć także o pozostałych członkach zespołu, którzy towarzyszyli artyście. Odniosłam wrażenie, że każdy miał tam przypisaną rolę, która wykraczała poza "bycie tłem" dla wielkiego artysty. Na scenie pojawił się gitarzysta Dominic Miller z synem Rufusem (również gitarzystą), Josh Freese na perkusji, który dał czadu w solowej partii utworu "Englishman In New York" oraz Kevon Webster na klawiszach. Chórki robili Melissa Musique i Gene Noble, który w duecie ze Stingiem wykonał piosenkę "Shape of My Heart", nadając jej nieco inne, bardziej współczesne brzmienie.

Na koniec Sting wykonał dwa wielkie przeboje z czasów The Police: "King of Pain", w którym towarzyszył mu syn, wspomniany już Joe Sumner, oraz jedną z najpopularniejszych piosenek zespołu, czyli "Every Breath You Take", którą wraz z artystą śpiewał cały stadion. Po 15 piosenkach i jakichś 75 minutach koncertu Sting wraz z bandem zeszli ze sceny, pozostawiając za sobą pewien niedosyt. Po nawoływaniach fanów pojawili się jednak ponownie. 

Czerwone światła mogły oznaczać tylko jedno – "Roxanne". To moja druga ulubiona piosenka, więc w tym momencie poczułam się już ostatecznie ukontentowana. To jednak nie koniec. Artysta przerwał bisy, by zaprosić na scenę Macieja Stuhra, którego przedstawił jako "aktora, aktywistę i myśliciela". Zadaniem Stuhra była tłumaczenie słów wokalisty, który wygłosił apel dotyczący wojny w Ukrainie.

'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA]'Demokracja została zaatakowana!' Koncert Stinga w Warszawie [RELACJA] Fot. Karolina Magiera

– Demokracja została zaatakowana w każdym kraju na świecie. Jeśli nie będziemy jej bronić, stracimy ją na zawsze. Demokracja to bałagan, demokracja to frustracja, bywa nieskuteczna, wymaga ciągłej uwagi, naprawy, ale wciąż warto o nią walczyć. Bo alternatywa dla demokracji to koszmar, alternatywa dla prawdziwej demokracji to więzienie umysłu. Alternatywa dla demokracji to przemoc, opresje, zniewolenie i milczenie. Ta alternatywa nazywa się tyrania, a każda tyrania oparta jest na kłamstwie. Im większa tyrania, tym większe kłamstwo. Tyran kłamie swojemu narodowi, kłamie światu, a przede wszystkim okłamuje samego siebie. Jeśli nie zgadzasz się z tyranem, ryzykujesz więzieniem, a nawet śmiercią. A jednak to właśnie musimy zrobić, musimy podjąć to ryzyko i bronić naszego prawa, by mówić prawdę. Nasz umysł musi pozostać wolny, musimy bronić wolności, by być sobą – w naszych umysłach i ciałach. Wojna w Ukrainie to absurd zbudowany na kłamstwie. Jeśli przełkniemy to kłamstwo, ono nas zje. Ale kłamstwo panicznie boi się prawdy. Prawda musi zostać usłyszana. I nie możemy przegrać tej batalii – powiedział. 

Na koniec artysta wykonał swój utwór "Fragile", którym zazwyczaj zamyka swoje koncerty. Na scenie wciąż towarzyszył mu Stuhr, śpiewając drugi głos w refrenie. Po wszystkim ukłonił się i zniknął na backstage'u. Koncert trwał niecałe półtorej godziny, czyli krócej niż zazwyczaj, ale zważając na dynamikę wydarzenia, długość ta była wystarczająca, choć po tak wspaniałym show oczywiste było, że chciałoby się więcej. Sting jednak wie, kiedy "ze sceny zejść niepokonanym", zwłaszcza że dał z siebie 100 procent. Z nami zostały jego słowa, które wciąż wybrzmiewały w naszych uszach, a podczas wyjścia ze stadionu nie dało się słyszeć charakterystycznego gwaru, a raczej refleksyjną ciszę.