Krąży wiele historii o rzucaniu pracykorporacji i pakowaniu oszczędności w swój mały biznes, najlepiej właśnie w food truck. Ma to być namiastka restauracji, punktu gastronomicznego, no bo przecież każdy taki potencjalny korpouciekinier „kocha gotować” albo „kocha jeść”. Jednak jak pokazują doświadczenia polskich food truckerów, wizja wolności i niezależności zdaje się wyglądać dobrze jedynie w momencie składania wypowiedzenia z pracy na etacie.

Początkującym w tej branży wydaje się to dziecinnie proste – kupić auto, wstawić kuchenkę, ustawić się na deptaku lub bulwarze i ulepić burgery. Później zyski reinwestować w kolejne food trucki i opanować miasto, potem Polskę, a w planach można mieć ekspansję zagraniczną i udzielanie licencji franczyzowych. Zweryfikujmy ten mit na początku. Czy widziałeś kiedyś więcej niż 2-3 „jadłowozy” pod tym samym szyldem? Czasem właściciele obstawiają różne kuchnie i rodzaje dań, żeby nie stawiać wszystkiego na jedną kartę i nie dać się zaskoczyć koniunkturze. Tak zrobił Mateusz Wawro, który w sieci znany jest jako „Głodny” i w swoich vlogach odsłania kulisy tego biznesu. I nie wiadomo do końca, czy robi to z troski i w ramach przestrogi, czy żeby na samym starcie zniechęcić konkurencję. A tej jest coraz więcej, bo próg wejścia w ten biznes jest relatywnie niski jak na otwarcie własnej „restauracji”.

Ile kosztuje foodtruck?

Zarówno Wawro, jak i inni przedsiębiorcy z branży zgodnie mówią o rozbieżności kosztów na wejściu. Widełki są dość szerokie, bo wszystko zależy od kilku czynników. Przede wszystkim, na jakie auto się zdecydujesz. Mało kto kupuje lub leasinguje nowe. Używane dostawczaki przerobisz bez problemu w wyspecjalizowanych w tym warsztatach. Twój food truck musi być na ramie, bo ta konstrukcja gwarantuje większą wytrzymałość. W końcu „na pace” będzie cały czas jeździło kilkaset kilogramów. Fiat ducato, mercedes sprinter, peugeot boxer – to auta najczęściej polecane przez ludzi z branży i mechaników adaptujących je na „jadłowozy”.

I tak na podstawę musimy przeznaczyć od 35 tys. do 200 tys. zł. Koszty adaptacji pojazdu zależą w głównej mierze od rodzaju podawanego jedzenia. Na listę zakupową musisz wpisać chłodziarki, specjalne kuchnie, ruszty lub piece, a także zlewozmywaki, pompy wodne, podgrzewcze, a nawet agregat prądotwórczy, jeśli nie chcesz, by zaskoczyły cię spadki napięcia w terenie. Pozostała drobnica najprawdopodobniej sprawi, że na wyposażenie wydasz drugie tyle, co na auto. „Głodny” zapewnia, że już za 70 tys. zł można mieć swoją knajpę na kołach.

Własny foodtruck: co warto wiedzieć? 

Jednak zanim wyjedziesz na pierwszą miejscówkę czy imprezę, by wyżywić naród, musisz pozytywnie przejść kontrolę sanitarno-epidemiologiczną. Sprawdzą odpowiednią liczbę zlewów, czy wyznaczyłeś obieg zamawiania i wydawania jedzenia oraz czy drogi dostaw produktów nie przecinają się z drogami wydawania dań. Musisz mieć też dojście i ujście wody – własne lub możliwość wpięcia się w zewnętrzną infrastrukturę, a także odhaczyć na liście inspektorów dziesiątki innych rzeczy. Pozwolenia mnożyć się będą, bo w końcu nie można, ot tak sobie, zatrzymać się gdziekolwiek i handlować jedzeniem z busa. Najłatwiej tego typu działalność prowadzi się z terenu prywatnego, gdzie podpisujesz umowę z właścicielem na symboliczną kwotę. Może to być kilkadziesiąt – kilkaset złotych. Często zarządcy biurowców zapraszają food trucki do swoich miasteczek, by pracownicy zjedli coś więcej, niż to, co codziennie w repertuarze ma „pan kanapka”. Jednym z dziwniejszych dokumentów, jakie są wymagane, jest umowa o korzystanie z toalety. Może być w miejscu, gdzie wynajmujemy plac, lub w niewielkie odległości.

Ile jest w Polsce foodtrucków?

Rzecz kluczowa i właściwie powinna w twoim biznesplanie zajmować pierwsze miejsce. Szacuje się, że w Polsce aktywnych jest około 1500 food trucków. W 2012 r., według serwisu foodtruckportal.pl połowa knajp na kółkach miała w menu burgery lub kanapki. Słodkości w postaci gofrów i lodów również plasują się wysoko na liście popularności. Ale jeśli naprawdę marzyłeś o własnej lodziarni, żeby móc bezkarnie podjadać, to zrób to w oryginalny sposób, jak np. Nitro Lody. I choć nie mają punktów mobilnych, potraktujmy lody mrożone ciekłym azotem jako przykład oryginalnego podejścia do ogranego już tematu.

Właściciele food trucków narzekają na ścisk na rynku, a także na coraz niższą jakość usług. Roztaczają czarne wizje, że osoby wchodzące do tego biznesu bez odpowiedniego przygotowania, nastawienia, wiedzy mogą popsuć opinię branży. Dlatego powinieneś mieć jedzenie wyróżniające się, niepowtarzalne. Kolejne hamburgery, belgijskie frytki, zapiekanki i wrapy, choćby były podawane z oryginalnymi sosami i to w zestawie, gościom będą smakowały tak samo, jak u konkurencji albo nawet i w sieciówce. Tylko że w „jadłowozie” trzeba jednak liczyć się z wydatkiem 20-30 zł, więc niezadowolony klient może do ciebie już nie wrócić. Ani do innego food trucka.
Pamiętaj też, że na miejscu będziesz świadczył usługę gastronomiczną, która nie obejmuje wytwarzania składników. Ty je tylko połączysz na miejscu. Taki układ generuje mniej kosztów adaptacji wozu oraz zmniejsza liczbę kontroli i pozwoleń.

Ile zarabia się jako właściciel foodtrucka?

Oprócz wspomnianych powyżej terenów prywatnych, gdzie zazwyczaj będzie najłatwiejsze dojście do prądu oraz toalety, możesz parkować i świadczyć usługę w wyznaczonych przez władze danego miasta miejscach. Jednak zdarza się, że są one w lokalizacjach, gdzie... nie można wjechać autem. W tygodniu będziesz więc albo serwował lunche w lokalnych osiedlach biurowców, albo szukał dobrego miejsca na trakcie komunikacyjnym pieszych. Są też różnej maści festiwale, targi śniadaniowe, zloty food trucków i inne festyny – wtedy występujesz do organizatora o pozwolenia na świadczenie usług gastronomicznych. Opłata za miejsce kosztuje zazwyczaj około 1000 zł, a czasem dochodzi do tego prowizja od obrotu. Jednak mimo wszystko może się opłacić, bo weekendy generują niekiedy 50 proc. przychodów. Ale wtedy zapomnij o życiu prywatnym i towarzyskim, bo jeśli odpuścisz większy event, to mogą cię zjeść koszty prowadzenia firmy. Te zawierają głównie opłaty za serwis aut, ubezpieczenie, podatki, składki ZUS i wypłaty pracowników. A i tak nie wiadomo, czy na weekendowej imprezie zarobisz na to, bo wszystko zależy od pogody. Czasem sprzedasz cały asortyment i zwiniesz interes wcześniej, a czasem będziesz musiał wyrzucić składniki, bo trafisz na oberwanie chmury.

Poza tym musisz pamiętać, że food truck to biznes sezonowy, czyli swoje żniwa ma w okresie kwiecień–październik. Operowanie „jadłowozem” w zimie jest mało skuteczne, a na pewno niekomfortowe. Natomiast możesz powielić patent jednego z właścicieli food trucka w Warszawie. Zimą nadal nie zwalnia tempa, jednak to on jedzie bezpośrednio do klientów. Ale nie „jadłowozem”, tylko dzięki kurierom wysyłanym przez strony umożliwiające składanie zamówień online. Oczywiście możesz być tak zdeterminowany, że w trzaskającym mrozie będziesz zachwalać swój hummus, jednak przechodnie niekoniecznie zechcą zatrzymać się i zjeść na zimnie.

Własny foodtruck: plusy i minusy

Na początku musisz pamiętać, że pracujesz właściwie w każdy weekend (jeśli chcesz zarabiać), rezygnujesz z urlopu, musisz wytrwać w ciężkich warunkach atmosferycznych, być często w trasie, a to wszystko w oparach palonego tłuszczu i gęstego dymu. W branży jest duży ścisk i na zloty zapraszane są zazwyczaj albo wybrane food trucki, albo selekcja polega na ustaleniu wysokiego wpisowego. Z kolei tournée po mniejszych miejscowościach też traci sens, bo lokalni przedsiębiorcy już od dawna mają swoje „jadłowozy”.

Jeżeli więc masz dość korporacji i myślałeś o wylocie na Polinezję Francuską, by w barze na plaży sprzedawać koktajle z palemką, możesz najpierw sprawdzić się na rodzimym rynku. Jeśli ci się nie spodoba, zawsze możesz ubiegać się o ponowny angaż w swoim biurowcu – choćby jako „pan kanapka”. Doświadczenie w gastronomii będziesz już przecież miał.