Modowy test czas zacząć. Najpierw przejdźmy do zasad naszego testu. Mamy czterech chętnych redaktorów. Każdy z nich ma to samo zadanie – kupić cztery rzeczy: biały T-shirt, szarą bluzę, granatowe spodnie i sportowe białe buty. I jeszcze zmieścić się w budżecie 200 zł. Do tego dodajemy małe utrudnienie – każdy z nich będzie robił zakupy gdzie indziej. Jeden w sieciówkach w galeriach handlowych, drugi tylko w lumpeksach, trzeci na bazarze, a czwarty tylko online. Kwota wydaje nam się dość niewielka, ale kto powiedział, że ma być łatwo. Redaktorzy mają tydzień na wykonanie zadania i ubrania mają wybierać tak, żeby im się podobały i żeby nie wstydzili się w nich wyjść na miasto. Oto wyniki shoppingowego konkursu. 

W galerii handlowej – 202,60 złotych (Michał)

bluza, 79,90 zł
(75% bawełna, 25% poliester)
T-shirt, 12,90 zł (100% bawełna)
spodnie, 79,90 zł
(98% bawełna, 2% elastan Lycra)
klapki, 29,90 zł (tworzywo
sztuczne)bluza, 79,90 zł (75% bawełna, 25% poliester) T-shirt, 12,90 zł (100% bawełna) spodnie, 79,90 zł (98% bawełna, 2% elastan Lycra) klapki, 29,90 zł (tworzywo sztuczne) Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Od samego początku wydawało mi się, że będę miał najłatwiej. Zakupy w sieciówkach to prosta sprawa, znajdziesz tam wszystko, w każdym rozmiarze i jeszcze niemal za bezcen. Na shopping ruszam w sobotę wcześnie rano, żeby uniknąć tłumów. Zaczynam od wizyty w H&M. Szwedzki gigant odzieżowy słynie z tego, że kupisz tu tanie, podstawowe ubrania. 

I od razu na wejściu trafiam na T-shirt za 19,90 zł. Z rozmiarami trochę gorzej, ja noszę XL i tych jest rzeczywiście mało. Na spodnie tu mnie nie stać – najtańsze, które widzę, są za 99,90 zł. 

Idę więc dalej i wchodzę do młodzieżowych sklepów House i Cropp. Ceny rzeczywiście dobre, ale wszystko z nadrukami albo w modnych kolorach. To jednak nie mój styl. 

Butów w moim rozmiarze nie ma. Sprzedawczyni sprawdza w systemie – są! Tylko na drugim końcu miasta w innej galerii. Na to nie mam czasu. Wchodzę do C&A. Tu znacznie lepiej jest z rozmiarami, nawet do 3XL. Szukam dżinsów, ale w ręce wpada mi T-shirt. Cena: 12,90 zł! Czyli taniej o siedem złotych niż w H&M. Przy moim budżecie to sporo, więc biorę ten, a poprzedni zaraz zwrócę. To duży plus, jeśli robimy zakupy w sieciówkach. Wróćmy do dżinsów. 

Biorę kilka par w cenie 79,90 zł i mierzę. Pasują, nawet te o rozmiar mniejsze, niż zazwyczaj noszę. Teraz do kupienia zostały mi już tylko bluza i buty. Mam 107,20 zł. Trochę mało, bo w sklepach nie ma akurat przecen, ale wydaje mi się, że powinno starczyć na jakieś proste trampki i bawełnianą bluzę. Znalezienie zwykłej szarej bluzy jest jednak problemem – wszędzie wkładane przez głowę, a ja wolę takie na suwak. I bez napisów. Zara za droga, Reserved za drogie. W Pull & Bear znajduję ostatnią w moim rozmiarze, wygląda nieźle, ale kosztuje 79,90 zł i jest z „domieszką” poliestru. Trudno, nie widziałem nic tańszego, więc biorę. Co oznacza, że na buty zostaje mi mniej niż 30 zł. Może w CCC się uda, w końcu słyną z tego, że czynią cuda. Idę do ich największego sklepu na Marszałkowskiej. Imponujące regały i ilość obuwia na półkach. Tylko ceny zaczynają się od 99 zł… Pytam ekspedientkę, czy może mi wskazać najtańsze męskie buty, jakie mają w sklepie, i ląduję w dziale z kapciami. I tu spore zdziwienie. Za parę dziadkowych kapci z futerkiem trzeba zapłacić minimum 49,90 zł. W końcu znajdujemy plastikowe klapki, które mniej więcej mieszczą się w moim dzisiejszym budżecie. Płacę za nie 29,90 zł, czyli o 2,60 zł więcej, niż ustalone. Ale lepiej pokazać się w klapkach niż boso. 

W lumpeksie – 187 złotych (Krzysztof)

bluza, 100 zł (100% bawełna)
T-shirt, 29 zł (100% bawełna)
spodnie, 29 zł (95% bawełna,
5% elastan)
buty, 29 zł (tworzywo sztuczne)bluza, 100 zł (100% bawełna) T-shirt, 29 zł (100% bawełna) spodnie, 29 zł (95% bawełna, 5% elastan) buty, 29 zł (tworzywo sztuczne) Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Warszawskie lumpeksy nie należą do najtańszych. Ceny za kilogram sięgają nawet 150 zł. Absurdalnie drogo, jeśli porównamy je z mniejszymi miastami. Wypłacam z bankomatu 200 zł, bo zakładam, że płatność kartą będzie niemożliwa. Na lumpeksy trzeba mieć czas – mi całe zakupy zajmują jakieś 4,5 godziny. Zaczynam od Alei Jerozolimskich, tam między domem towarowym Vitkac (najbardziej ekskluzywny w stolicy) a KFC znajduje się pierwszy lumpeks, który odwiedzam. W środku jest sporo ludzi i panuje porządek. Wystrój może mało stylowy (sztuczne kwiaty i bibeloty), ale zapach środków do dezynfekcji nie drażni nosa. Od razu kieruję się w głąb, bo tam upchali męski dział. To właśnie jest norma – męskie rzeczy zawsze znajdziemy gdzieś w kącie. Zaczynam przeglądać wieszak z T-shirtami i w moje ręce trafia jasnoszary z grubszej tkaniny. Patrzę na metkę – logo Reiss. To dobra brytyjska marka. Wchodzę na ich stronę i sprawdzam, ile kosztują T-shirty (smartfon okazuje się ważnym narzędziem podczas zakupów w lumpeksach). Cena bluzki 55 euro, w lumpeksie 29 zł. Wygląda jak nowa. Nie zastanawiam się i ruszam do przebieralni, po drodze zgarniając jeszcze dwie pary dżinsów – marki Marlboro Classics, a drugie Lee. T-shirt pasuje, z dżinsami gorzej. W lumpeksach zawsze trafisz na pojedyncze sztuki, więc najlepsza okazja może przejść ci koło nosa, jeśli się w nią nie zmieścisz. Idę do kasy, a tam terminal i nie ma problemu z wzięciem faktury. Minus – nie przyjmują zwrotów, więc jeśli zaraz za rogiem znajdę T-shirt od Gucciego, tylko obejdę się smakiem. 

Kolejny lumpeks, na Kruczej, ma dwa piętra, ale dział męski to tylko dwa wieszaki. Nie znajduję nic. Na Świętokrzyskiej jest podobno najlepszy ciucholand w Warszawie. Na miejscu jakby luksusowo – na wejściu witają mnie podróbki torebek Louis Vuitton. Kieruję się intuicyjnie na sam koniec. Mam szczęście, facet obok mnie trzyma szarą bluzę, którą właśnie zdjął z wieszaka, za kilka sekund ją odkłada. Na oko wydaje mi się, że będzie pasowała. Jest z metką i oryginalną ceną 60 euro. Do przebieralni zabieram też dżinsy marki COS i bluzę Giorgio Armani. Niezłe łupy. Po zmierzeniu decyduję się na dwie rzeczy i idę do kasy. A tam niemiła niespodzianka. Musiałbym zapłacić 220 zł. Nie mój budżet. 

Z luksusu trafiam do sieciówki „Gemma odzież na wagę”, gdzie kilogram kosztuje 49 zł. Filia koło Centralnego. Zapach i asortyment pozostawiają wiele do życzenia, ale cóż, budżet mam, jaki mam. Przeszukuję dział z dżinsami, biorę do przymierzalni cztery pary, w tym dwie marki Levi’s. Jak ulał pasują dżinsy nieznanej mi marki, wyglądają porządnie, więc je biorę. Stojąc w kolejce do kasy, zastanawiam się, jak znaleźć jakiekolwiek buty. Wybór tragiczny, większość jakie widzę to damskie. Kasjerka zważyła spodnie – 29 zł. Uff! Pytam przy okazji, czy wie coś o męskich butach. Kieruje mnie do półek ukrytych za kasami. I tam cud – pośród zniszczonych kozaków i szpilek stoją białe trampki, czyściutkie. Teraz tylko cena. Według wagi 29 zł. Biorę! W głowie przeliczam mój budżet i okazuje się, że mogę pozwolić sobie na szarą bluzę z poprzedniego lumpeksu. Pędzę więc tam (swoją drogą zakupy w lumpeksach to nawet dobry trening). Jej cena to 120 zł, krzywię się, więc od sprzedawcy słyszę: „Jak dla pana to może być 100 zł”. Idealnie! Wyrobiłem się w budżecie i jeszcze 10 zł zostaje w kieszeni. 

Na bazarze – 175 złotych (Marek)

bluza, 40 zł (65%
bawełna, 35% poliester);
T-shirt, 20 zł
(z 25 zł; 95% bawełna, 5% elastan);
spodnie, 55 zł (z 65 zł;
100% bawełna)
buty, 60 zł (z 65 zł; tworzywo
sztuczne)bluza, 40 zł (65% bawełna, 35% poliester); T-shirt, 20 zł (z 25 zł; 95% bawełna, 5% elastan); spodnie, 55 zł (z 65 zł; 100% bawełna) buty, 60 zł (z 65 zł; tworzywo sztuczne) Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Na bazar wybrałem się, bo… nikt inny nie chciał. Koledzy twierdzili nawet, że tam nikt się nie ubiera, ale ja mieszkam niedaleko warszawskiego targowiska przy Bakalarskiej i co weekend widzę te tłumy ciągnące na bazar i wracające z niego objuczone torbami. Nie można tego lekceważyć. 

Poszedłem więc. W sobotę rano, gdy są największe tłumy. I zaraz chciałem wracać. Ludzie chodzą tam, paląc papierosy. Nie intetresują się, czy komuś to przeszkadza. Sprzedawcy z najróżniejszych zakątków świata namolnie zachęcają do kupna, a żeby się dogadać, przydaje się pokazywanie na palcach. Pytam Wietnamkę o T-shirty, czy ma takie w serek. Odpowiada, że ma, i wyciąga na stół kilkanaście sztuk. Wszystkie w łódkę. Odchodzę. Obok Afrykanin ma koszulki, ale wszystkie z nadrukami. A gładkie? Ma, tylko chce ciągnąć mnie na drugi koniec bazaru. Odmawiam machnięciem ręki. Może białe buty kupię. Na stoisku Wietnamczyków obuwia mnóstwo. Prawie wszystkie pary ciemne. Udaje mi się wypatrzyć kilka białych kruków, ale z lichego tworzywa. Nogi pocą mi się od samego patrzenia, jednak przymierzam. Jest źle. Nic nie jest wyprofilowane. Koszmar. Niedaleko są polskie buty, skórzane w modnym fasonie… z lat 90. Rezygnuję. Poszukam spodni. 

Znajduję model w kratkę. – Po ile te spodnie? – A jaki rozmiar? – pyta Hindus. – Ile kosztują? – dopytuję. – Pan przymierzy. – Jaka cena? – Pan założy. – Hindus bawi się ze mną w to, kto pierwszy pęknie.  

Mam dość. Nie chcę nic kupować na bazarze. Wracam do domu z pustymi rękami i fochem. Uzmysławiam sobie jednak, że przecież muszę zrobić te zakupy na potrzeby testu. Muszę. Na bazar wracam w poniedziałek. Miejsc parkingowych jest mało, a te nieliczne zajęte przez furgonetki sprzedawców. Jak oni chcą tu ściągnąć klientów? Nie wszystkie stoiska są czynne, kupujących mało, więc swobodnie mogę krążyć między straganami. Zaczynam od spodni. Sprzedają je głównie Afrykanie. Nic mnie nie zachwyca, ale kilka modeli jest nawet OK. Dżinsy mogę przymierzyć na tekturce przed lustrem. Do wyboru różne rozmiary w pasie. O długość nikt nie pyta – trzeba sobie skrócić. Pytam o cenę. Czarnoskóry sprzedawca mówi, że 65 zł. Odpowiadam, że mogę dać 50. Ten protestuje, ale patrzy na puste alejki i zgadza się na 55. 

Ubrania na straganie można
zmierzyć - na tekturce przed
lustrem.Ubrania na straganie można zmierzyć - na tekturce przed lustrem. Magdalena Murawska

Następny jest T-shirt. Znajduję w serek. Biały. Sprzedawczyni z Kaukazu (tak zakładam po ciemnych włosach i rosyjskim akcencie) zachwala materiał. Wydaje się syntetyczny, jednak niełatwo na bazarze znaleźć gładką koszulkę w serek. Cena? – Po 30 zł sprzedawałam, ale mogę dać za 25 – mówi. To i tak drogo, bo Wietnamczycy mają po 15. Mówię, że dam 20. – Nie ma mowy! – odpowiada i znów zaczyna, że wszyscy te kupują. Odchodzę. – Pan! Czekaj! Niech będzie 20 zł. Pierwszy klient. Trudno – mówi, nie kryjąc złości. 

Buty muszę kupić u Wietnamczyków, bo polskie stoiska nadal pozamykane. Wszystkie z materiałów sztucznych jak rzęsy klientek. Znajduję takie, które z wyglądu mi się podobają. Buty, nie klientki. 65 zł. Za 60 pójdą? – Nie, ładne buty. Dobra firma. Sam mam takie dom – Wietnamczyk zachwala, ale widzi, że chcę wychodzić, więc macha ręką i zgadza się na 60. Obiecuję, że jak nic nie znajdę, to do niego wrócę. Zostaje jeszcze szara bluza, ale tu wybór jest łatwy. Bez nadruków znajduję dwa rodzaje. Jedne ocieplane, drugie zwykłe. Biorę zwykłą, bo bardziej odpowiada mi kolor. Wracam po buty i zakupy skończone. Trwały godzinę. Nie licząc soboty. 

Przez internet – 160,55 złotych (Marcin)

bluza, 41,98 zł
(65% baweł na, 35%
poliester)
T-shirt, 14,99 zł
(65% bawełna, 30%
poliester, 5% elastan)
spodnie, 54,59 zł
(poliester)
buty, 48,99 zł
(tworzywo
sztuczne)bluza, 41,98 zł (65% baweł na, 35% poliester) T-shirt, 14,99 zł (65% bawełna, 30% poliester, 5% elastan) spodnie, 54,59 zł (poliester) buty, 48,99 zł (tworzywo sztuczne) Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Lubię siedzieć w internecie, to moje naturalne środowisko zakupowe. Choć niekoniecznie poluję tu na ciuchy. A już na pewno nie na buty, bo ciężko trafić w rozmiar. Mam główne postanowienie: to nie mogą być trampki. Czemu? Bo za łatwo znaleźć tanie pepegi online. Druga wytyczna to kolor. Na Zalando po wybraniu białego i „sortuj według ceny” najtańszą ofertą są przecenione z 99 zł na 59 zł, niestety, trampki. Na Born2be – 59,99 zł za pierwsze nietrampki. Na Eobuwie i Aboutyou same modele (mniej lub bardziej) markowe. Nie tylko trampki, jednak droższe. Odpalam Ceneo, najwięcej rekomendacji z Allegro. Tam wpisuję, że „białe”, sortuję według ceny (z przesyłką). Waham się między lekkimi piankowymi za 40 zł i dość ciężkimi, acz wyglądającymi na porządniejsze butami za 49,99 zł (dostawa już od 6,70 zł, wysyłka w 24 godz.). Minus: mają napis „Air” na kancie podeszwy, a szwy nawiązują do „swoosha” – symbolu Nike’a. Może jak się patrzy z daleka, to nike’ów nie będą przypominać, ale tak bardzo brzydzę się podróbkami, że już wolę randomowy but bez udawanych symboli. Znajduję taki za 40 zł. Jak okaże się obrzydliwy, to chociaż przyda się na squasha, gdzie trzeba mieć białą podeszwę. Przesyłka do paczkomatu kosztuje 8,99 zł (kurier prawie dwa razy tyle). Łącznie za białe buty płacę 48,99 zł. Są straszne. Po rozpakowaniu przesyłki okazuje się, że się błyszczą jak lipcowe czereśnie.  

Czas na bluzę. Tu też mam warunek: chcę, żeby była rozpinana. Wkładanych przez głowę mam już dużo. Na Denleyu można przebierać – najtańsza szara kosztuje 24,99 zł (65% bawełna, 35% poliester)! Minus – kieszenie ma… na piersiach. Szukam klasycznej. Na Allegro najtańsza jest za 39 zł, w innych serwisach drożej. Wracam na Denleya – znajduję szarą bluzę za 29,99 zł (przeceniona z 69,99 zł). Wygląda normalnie – ma zasuwane kieszenie, kontrastowe czarne wstawki. Zamawiam. Przesyłka 11,99 zł (powyżej 100 zł gratis), co podnosi cenę o ponad 30%. Zgroza! Do zakupów na Denleyu dorzucam też T-shirt, bo jest za 14,99 zł – nie znajdę taniej i raz policzą mi za przesyłkę. Choć akurat kupowanie T-shirtów w internecie wydaje mi się bardziej ryzykowane niż bluz czy nawet butów. Kupuję sprawdzone marki, bo pozornie wszystkie wyglądają tak samo, ale potem okazuje się, że są za cienkie, po praniu stają się szersze niż dłuższe, ciągną się za nimi nitki… Wiem, że na T-shircie nie warto oszczędzać. Zresztą na wielu innych rzeczach również nie. Ostatecznie bluza i T-shirt trafiają do garderoby domowej. Wygodne, niewyjściowe. Spodnie granatowe, niedresowe. Sprawdzam sklep po sklepie. Rozmiary bardzo „uniejednolicone”. Noszę dżinsy 32/30, ale np. w Zarze mam rozmiar 40 lub 42. Rozmiarówka od Sasa do Lasa, każdy sklep ma swój szyfr, w niektórych trzeba sprawdzać rozmiarówkę dla poszczególnych modeli. Na Allegro po wpisaniu „granatowe męskie” i zaznaczeniu „na co dzień” wyskakują… 83 strony po 60 ofert! Można oszaleć! Do tego dochodzą kryteria: rozmiar, kolor, fason. Na analizie wyników nadal mógłbym spędzić kilka godzin. Zaznaczam „32/30”, inaczej nigdy się nie zdecyduję. Waham się między „super slim” za 35 zł, a modelem za 52 zł o idealnym rozmiarze i nietypowym kroju. Ma niby kant, ale jest na gumkę. Ciekawa faktura materiału. Ryzykuję ten drugi, a cena sprzyja takiemu ryzyku. Tym bardziej że spodnie są na gumkę, więc nie będzie loterii z rozmiarem. Kupuję. Z przesyłką płacę 54,58 zł. Może wyjdę w nich na miasto latem. A może nie. 

Nie ruszyłem czterech liter. Ale sporo liter nastukałem. Zapłaciłem mniej od kolegów, ale jakość fatalna. Aż strach pomyśleć, co będzie po pierwszym praniu. Tanie ciuchy z neta? Nie polecam.