Zew Północy

Podczas gdy większość moich znajomych z mniejszą lub większą kurtuazją (a najczęściej jej zupełnym brakiem) namawia zimę do opuszczenia naszego kraju, ja pakuję do walizki kalesony, koszulki z długim rękawem, czapkę uszatkę, grube swetry i termos. I cieszę się przy tym jak dziecko, bo wkrótce mam znaleźć się za kołem podbiegunowym. W głowie wizualizuję już sobie wielkie czapy śniegu, renifery, prawdziwą fińską saunę i zorzę polarną. To niezwykle stereotypowe podejście, ale nie dbam o to. Z czterech wymienionych rzeczy udało mi się zobaczyć aż trzy! Ale o tym za moment.

Przekroczenie koła podbiegunowego to wcale nie takie trudne zadanie. Wystarczy wsiąść na lotnisku w Warszawie do samolotu linii Finnair, a potem przesiąść się w Helsinkach w drugi. Nim się człowiek obejrzy, ląduje w Ivalo i otrzymuje zwyczajowy certyfikat poświadczający postawienie stopy za kołem podbiegunowym. Bułka z masłem! W marcu dziennie ląduje tam 5-7 samolotów – nie jest to wybitnie popularny kierunek. Zaledwie 20 km od Ivalo leży jezioro Inari o powierzchni 1040 km², największe w Laponii, a trzecie pod względem wielkości w Finlandii. Temperatury? Poniżej zera nawet przez 200 dni w roku, a to sprawia, że region ten chętnie odwiedzają firmy samochodowe i oponiarskie, przeprowadzając w trzaskającym mrozie wyczerpujące testy swoich produktów.

W marcu dzień za kołem podbiegunowym jest niewiele krótszyW marcu dzień za kołem podbiegunowym jest niewiele krótszy fot. Nokian Tyres

Fińska recepta na szczęście

Pierwszego dnia wyprawy nic jednak nie testujemy, bo gdy docieramy do hotelu, zaczyna zapadać już zmrok. W marcu i tak słońce jest dla nas łaskawe – dzień trwa aż 11 godzin, czyli tylko 30 minut krócej niż w Warszawie. Co innego w grudniu, gdy słońce nie wzbija się przez cały dzień ponad horyzont, zmuszając mieszkańców do funkcjonowania w zmierzchu i mroku. To tłumaczy akcesoryjne, dalekosiężne halogeny zamontowane na co drugim samochodzie, który widzę. Ale co to za atrakcja testować halogeny? Dzisiaj w harmonogramie tylko kolacja po fińsku.

Na stole zaczynają się pojawiać talerze z głównym daniem, bardzo popularnym w północnej części Laponii „poronkäristys”. Niby nic specjalnego – purée ziemniaczane, mięso i dżem borówkowy. Tyle tylko, że to nie była zwykła wołowina, a mięso renifera. Przygotowywane w specjalny sposób na maśle lub boczku, bo samo w sobie ma zbyt mało tłuszczu. Trzeba je najpierw zamrozić, a dopiero potem pokroić w cienkie plasterki, wrzucając od razu na rozgrzaną patelnię. Jak smakuje? Jest bardzo delikatne, ale nie wymaga przypraw. Przypomina trochę dziczyznę. Kolacja nieco się przeciągała, a mi spieszyło mi się do pokoju, bo wychodząc z niego, zaprogramowałem saunę w łazience tak, by po powrocie można było z niej skorzystać. Sauna w łazience hotelowego pokoju? Takie rzeczy tylko w Finlandii!

Białe Piekło

Następnego dnia wczesna pobudka, szybkie śniadanie i prezentacja, w trakcie której poznajemy nie tylko zaprojektowane specjalnie na potrzeby kierowców z Europy Środkowej nowe opony zimowe WR Snowproof, ale też placówkę badawczą Nokian White Hell – największy ośrodek testowania opon zimowych na świecie. Jak duży? Obrazowo mówiąc, zajmuje powierzchnię odpowiadającą 1129 boiskom do piłki nożnej lub 700 boiskom do baseballa. Robi wrażenie, prawda? „Białe piekło” swoją nazwę czerpie od… „zielonego piekła”, czyli niemieckiego toru Nürburgring, bo odpowiada mu stopniem trudności, przenosząc go jednak na śnieg i lód. Na terenie White Hell przeplata się aż 30 torów o zróżnicowanym poziomie oblodzenia i ośnieżenia. Jest nawet długi na ponad 700 m lodowy korytarz pod namiotem, który umożliwia przeprowadzenie prób w powtarzalnych warunkach niezależnie od panujących danego dnia warunków atmosferycznych. Na otwartych przestrzeniach bywa tak, że silnie operujące na wiosnę słońce zmusza testerów do prowadzenia badań nocami, kiedy temperatury się normują i nie roztapia się lód.

Za kołem podbiegunowym też jeżdżą golfami.Za kołem podbiegunowym też jeżdżą golfami. fot. Nokian Tyres

My załapaliśmy się na ostatni moment testowania opon za dnia. Nie mam pojęcia, jak wygląda białe piekło, ale jeśliby istniało, to brama do niego wyglądałaby tak samo, jak ta prowadząca do ośrodka badawczego Nokiana. Potężna, metalowa i chłodna. Dzień treningowy zaczęliśmy od najmniej spektakularnego ćwiczenia, do którego wykorzystano trzy volkswageny golfy… z wypożyczalni. Każdy z nich poruszał się na innym komplecie ogumienia – letnim, zimowym WR Snowproof i niedostępnym u nas, przeznaczonym do wykorzystania w ekstremalnie zimowych warunkach Hakkapeliitta. Te ostatnie można zamówić nawet z kolcami.

„Przejedźcie po prostu wytyczoną trasę każdym z trzech samochodów” – rzucił przed wręczeniem kluczyków instruktor. Ćwiczenie z pozoru banalne, bo polegające na pokonaniu slalomu, wykonaniu próby przyspieszenia, a potem hamowania. Ale… nie na letnich oponach, wszak szybko okazało się, że nie da się na nich ani sprawnie ruszyć, ani skręcić, ani wyhamować, gdy pod kołami znajdzie się lód. Golf „obuty” w snowproofy poradził sobie z tym dużo lepiej, choć to hakkapeliittany sprawiły, że chylę czoła przed inżynierami Nokiana. Ale te opony dostaniemy tylko na dalekiej Północy – u nas by się nie sprawdziły, bo mamy zbyt łagodne zimy i zbyt rzadko jeździmy po śniegu i lodzie (częściej po prostu po śliskim asfalcie).

Ford F-150 Raptor! I Amarok V6, i jakieś malutkie Audi Q5...Ford F-150 Raptor! I Amarok V6, i jakieś malutkie Audi Q5... fot. Nokian Tyres

Stamtąd zostaliśmy zabrani w dużo ciekawsze miejsce, czyli na tor do testowania opon przeznaczonych na bezdroża. Tor z bandami usypanymi ze świeżego puchu, a to oznaczało, że można było bezkarnie przeginać – bez ryzyka uszkodzenia samochodu. Ćwiczenie zaczęliśmy z wysokiego c, wsiadając do srebrnego volkswagena amaroka z 258-konną jednostką V6 pod maską, odłączalnym ESP i możliwością przekazania napędu wyłącznie na tylną oś. Co to oznacza w praktyce? Niezwykłą zabawę płynącą z szybkiego wchodzenia w zakręty i inicjowania poślizgów. Wisienką na torcie był jednak czarny ford F-150 raptor SVT, czyli potężna amerykańska półciężarówka napędzana przez skandalicznie wielki (jak na europejskie standardy) silnik 6.2 V8 o mocy 417 KM! Przesiadka z amaroka była zaskoczeniem – raptor jest jeszcze większy i znacznie cięższy, a to utrudniało poruszanie się po wąskim torze. Wróciłbym do amaroka, ale czekały na nas jeszcze hybrydowe audi q5 pierwszej generacji, które po pikapach wydawały się malutkie i zwinne niczym kompaktowy hatchback.

Po lunchu kolejny tor – tym razem bardzo szeroki i długi, przeznaczony do szybkiej jazdy. Na zamarzniętej tafli jeziora stało już pięć 450-konnych audi rs4 z napędem na cztery koła i dwa pojazdy specjalne: wyścigowy, wybebeszony ze wszystkiego co zbędne 3-drzwiowy seat ibiza oraz klasyka gatunku, czyli „dłubnięty” golf „czwóreczka”, który nie miał sobie równych na lodowym ringu. To nim wykręcaliśmy najlepsze czasy, choć zdecydowanym królem driftu zostało audi.  Część oficjalną (czyt. treningową) zamknął przejazd w konwoju na lotnisko w Ivalo, gdzie udostępniono nam zaśnieżony pas startowy, na którym testowaliśmy przyczepność opon WR Snowproof, inicjując przy wysokich prędkościach poślizgi w audi rs5 z rzadko występującym już dziś V8 pod maską! Ćwiczenie, które nazwaliśmy z kolegą „arabskim driftem” (kojarzycie te filmiki?), z pozoru służyło tylko do zaspokojenia w bezpiecznych warunkach żądzy prędkości i przeciążeń bocznych, ale tak naprawdę udowodniło nam jedną rzecz – opona WR Snowproof ostrzega kierowcę wyraźnym szarpnięciem zanim straci przyczepność. Fińscy inżynierowie są z tej cechy wyjątkowo dumni, bo dzięki niej kierowcom łatwiej zareagować w porę i wyjść z opresji.

Zimowy konwój Audi RS5 na oponach NokianaZimowy konwój Audi RS5 na oponach Nokiana fot. Nokian Tyres

Relaks po fińsku

Ale ile można jeździć? Cały dzień w ośrodku testowym Nokiana to jednak dużo. Gdy marzyłem już o powrocie do hotelowej sauny, podchodzi do mnie Zuzanna i pyta się o rozmiar. Rozmiar kombinezonu – rzecz jasna – bo zaraz mieliśmy wyruszyć na wyprawę skuterami śnieżnymi. Przejażdżka tym pojazdem to moje niezrealizowane dziecięce marzenie. Przy okazji ferii zimowych nigdy nie wystarczało na to czasu albo pieniędzy. Teraz wreszcie zasiadłem za sterami czerwonego bolidu, który nie boi się śniegu i arktycznych (tutaj: finlandzkich) mrozów.

Pierwsze wrażenie jest dziwne, bo nie jest ani jak na skuterze, ani jak na quadzie, choć z tym drugim skuter śnieżny ma trochę więcej wspólnego – dobrze jest balansować ciałem na zakrętach. Po 10 minutach już wiem, że niczego w dzieciństwie nie straciłem. Pozycja za kierownicą jest niewygodna, a skuter nieprzyjemnie podskakuje na muldach. Skręcanie wymaga użycia nie lada siły – trochę jak w pozbawionym wspomagania kierownicy volkswagenie polo mojego kolegi – a i tak nie jedziesz dokładnie tam, gdzie chcesz. No i mimo plastikowej owiewki i kasku ciągle na mnie wieje. Chcę wrócić na tor do ciepłego wnętrza audi rs4 albo nawet golfa.

Te opony wywarły na mnie największe wrażenie swoją zaradnościąTe opony wywarły na mnie największe wrażenie swoją zaradnością fot. Nokian Tyres

Cierpienia na skuterze śnieżnym zostały nam szybko wynagrodzone, gdyż następnym punktem programu był odpoczynek w fińskiej saunie – w Finlandii! Czy może być lepiej? Ci, którzy korzystają z saun głównie na basenach czy w hotelowych SPA, z pewnością będą zaskoczeni, że prawdziwa fińska sauna mieści się w górskiej, drewnianej chałupie i ma nawet półpiętro. Nie to jednak było najlepsze, bo na zewnątrz (wspominałem, że jest -12 stopni?) grzała się woda w dwóch wielkich baniach. Trzeba było jednak do nich zejść po drewnianych schodach. Najlepiej w czapce (żeby się nie przeziębić) i grubych wełnianych skarpetach (żeby się nie poślizgnąć). Nie można wyjechać z Finlandii bez popisowego numeru, czyli wyskoczenia z gorącego jacuzzi prosto w świeży śnieg – zaliczone!

Zrelaksowani wchodzimy przez wąski otwór do wybudowanego nieopodal igloo i siadamy na bryłkach lodu przykrytych skórą renifera, żeby obejrzeć prezentację o zorzy polarnej, popijając gorącą czekoladę z brandy – wiadomo, na rozgrzanie! Zorzę polarną widziałem na filmach już wielokrotnie, ale siedząca obok mnie Finka stuka mnie w bok i pokazuje na aplikacji w telefonie, gdzie obecnie znajduje się zorza. „Jest szansa, że za godzinę będzie u nas!” – mówi podekscytowana. To jest tak, że choć Finowie znacznie częściej mają styczność ze „światłami północy”, to wciąż podziwianie ich jest dla nich wyjątkowym przeżyciem. „Nie pamiętamy, ile razy widzieliśmy już zorzę polarną, ale każdy z nas pamięta swoją najlepszą zorzę” – tłumaczy przedstawiciel Nokiana.

Lód nie błyszczy się tak od fotoszopa - był nieskazitelny!Lód nie błyszczy się tak od fotoszopa - był nieskazitelny! fot. Nokian Tyres

Gdy po zjedzonym obiedzie czekamy na deser, ktoś nagle podrywa się od stołu i krzyczy: „Jest! Jest zorza polarna!”, po czym wybiega z restauracji, a za nim reszta grupy. Podnoszę głowę tak, by dobrze widzieć niebo, a przed oczami ukazują mi się dwie tańczące jasnoszare wstęgi. Próbuję zrobić zdjęcie telefonem, ale niestety marny aparat nie rejestruje tego, co mój wzrok. Za to jeden Włoch ustawił aparat na statywie i po długim czasie naświetlania uchwycił naszą zorzę – co ciekawe, zieloną! Na zdjęciach nigdy nie wychodzi szara, nawet jeśli tak ją odbiera nasz wzrok.

Podsumowując, z czterech rzeczy, które chciałem zobaczyć w Finlandii, nie widziałem tylko jednej – renifera. Nie licząc tego na talerzu, ale to chyba niepoprawne politycznie.