SsangYong Korando debiutuje już w czwartym wcieleniu. Zaskoczeni? Europejczycy mają prawo nie pamiętać pierwowzoru, bo pierwsze Korando, wytwarzane na licencji Jeepa CJ-7, trafiało głównie na rynki azjatyckie. Co innego, gdy mowa o Korando II, które przez niecałe trzy lata (1998-2000) powstawało jako Daewoo Korando nawet w... Lublinie. To jednak nie pomogło w znalezieniu chętnych na ten model - w Polsce kupiło go w tym czasie zaledwie 123 klientów. Potem było już tylko lepiej.

SsangYong Korando z 1997 r. U nas był montowany jako Daewoo Korando.SsangYong Korando z 1997 r. U nas był montowany jako Daewoo Korando. fot. SsangYong

Nowa jakość

W 2006 r. SsangYong zakończył produkcję drugiej odsłony Korando, uśmiercając nazwę i silniki produkowane na licencji Mercedesa (przynajmniej w tym modelu). W 2011 r. Korando wróciło jednak do żywych, choć tym razem w zupełnie innej formie - z małej terenówki przeobraziło się w cywilizowanego, kompaktowego SUV-a mającego konkurować głównie z Hyundaiem ix35 i Kią Sportage. Plan powiódł się w połowie - Korando zyskało większe grono zwolenników, ale sprzedaż wciąż odstawała od popularniejszych modeli z Azji.

Funfact: nazwa Korando pochodzi od zestawienia słów z wyrażenia "Korea Can Do". Czy rzeczywiście Koreańczycy potrafią? Wystarczy spojrzeć na Hyundaia czy Kię, żeby nie mieć wątpliwości. Te samochody już od dawna dorównują europejskim konkurentom, co przekłada się na świetne wyniki sprzedaży. A SsangYong? Cóż, on dalej grał w "egzotycznej" lidze, ale nie odpuszczał rywalizacji. I bardzo dobrze. Pierwsze naprawdę pozytywne zaskoczenie przyszło w 2017 r., gdy pojawił się nowy Rexton (wciąż na ramie!), który sprawił, że dziennikarze trzy razy sprawdzali, czy na pewno siedzą w ssangyongu. Podbudowani dobrymi opiniami koreańscy inżynierowie postarali się więc i przy nowej generacji Korando. I wiecie co? Znowu dali radę.

Nowy SsangYong KorandoNowy SsangYong Korando fot. autor

Jest dobrze

A nawet bardzo dobrze. Zaprezentowane pod koniec 2019 r. Korando ma charakter. Z zewnątrz niczego mu nie brakuje i chyba po raz pierwszy może dojść do tego, że ktoś kupi ssangyonga oczami. Z przodu - duży grill, opcjonalne w pełni LED-owe oświetlenie i srebrna listwa biegnąca od jednego reflektora do drugiego. Z tyłu - LED-owe lampy z efektem trójwymiarowości i elektryczna klapa bagażnika. Linia boczna nawiązuje do mniejszego Tivoli, które niedawno przeszło modernizację.

A co w środku? Ano chociażby przednie fotele z regulowanym w czterech kierunkach wsparciem odcinka lędźwiowego czy wirtualne zegary wyświetlane na 10,25-calowym ekranie za kierownicą - designem przypominają trochę te z aut francuskiego koncernu PSA. Na środku deski rozdzielczej drugi ekran - od multimediów i z możliwością podłączenia smartfona przez CarPlaya lub Android Auto. Do tego SsangYong dorzuca nastrojowe oświetlenie kabiny w - uwaga - 34 kolorach! Co ciekawe, podświetlenie na desce rozdzielczej i boczkach drzwi ma efekt nieskończonej głębi. Festyn? Raczej intrygujący dodatek.

We wnętrzu zostało jeszcze trochę pstrokacizny, ale to wyróżnik SsangYonga. Przynajmniej jest oryginalnie, a o to coraz trudniej w motoryzacjiWe wnętrzu zostało jeszcze trochę pstrokacizny, ale to wyróżnik SsangYonga. Przynajmniej jest oryginalnie, a o to coraz trudniej w motoryzacji fot. mat. prasowe

Minus za kufer, który w rzeczywistości okazuje się mniejszy niż na papierze. Nawet po zdjęciu dodatkowej, "magicznej" podłogi bagażnika (jak nazywa ją producent) nie widać tych 551 l. Za to trudno narzekać na ilość miejsca w kabinie - z przodu jest go aż nadto, a z tyłu wygodnie będzie nawet rosłym pasażerom.

No to jazda!

"To może chociaż tu SsangYongowi nie wyszło" - zastanawiałem się, zajmując miejsce za dość dużą kierownicą Korando (wygodniejsza byłaby o rozmiar mniejsza). Tymczasem SUV okazał się przyjemny w jeździe - nie wychylał się na boki, układ kierowniczy zapewniał odpowiednie czucie, ale zabrakło mi trochę komfortu. To pewnie kwestia 19-calowych alufelg (swoją drogą, takie bajery w SsangYongu? Dożyliśmy ciekawych czasów!), które informowały mnie o każdej dziurze na trasie przejazdu.

Nowy SsangYong KorandoNowy SsangYong Korando fot. autor

Pod maską testowanego egzemplarza pracował 163-konny benzyniak 1.5 GDI Turbo, który, zdaniem przedstawicieli marki w Polsce, będzie stanowił trzon sprzedaży w naszym kraju. Dużego wyboru nie ma, bo jeśli nie benzyniak, to zostaje jeszcze 136-konny diesel 1.6 e-XDI. Osiągi? Wystarczające. Jednostka benzynowa rozpędza Korando do 193 km/h, a wysokoprężna do 181 km/h. Ta pierwsza, sprzężona z 6-biegowym japońskim automatem Aisin, robi "setkę" w 10,6 s. Z manualną skrzynią potrzebuje na to o 0,5 s mniej - rewelacji nie ma, ale kto kupuje takiego SUV-a by wygrywać wyścigi spod świateł? Aha, i jest oczywiście opcjonalny napęd 4x4! Czyli to SUV z prawdziwego zdarzenia, a nie jakiś tam podrzędny crossover.

Korea rzeczywiście potrafi

Nazwa Korando pasuje do tej generacji samochodu, jak do żadnej innej - chyba, że "Korea can do" miało odnosić się do eksplorowania szlaków offroadowych, a nie do produkcji samochodów. Nie miałem okazji sprawdzić w trakcie prezentacji właściwości terenowych nowego Korando, ale podejrzewam, że poza asfaltem lepiej sprawdziłoby się jednak stare, dobre Korando z Lublina. To nie problem, bo pod każdym innym względem nowe Korando jest znacznie lepsze od swoich poprzedników. O tyle lepsze, że SsangYong wreszcie może stawać do walki z konkurentami jak równy z równym.

Cennik nowego Korando otwiera kwota 79 900 zł.