Jak można przeczytać na facebookowym profilu Artura, zawiadomienia o konieczności wpisania samochodu do rejestru WKU (Wojskowej Komendy Uzupełnień) dostają aktualnie właściciele amerykańskich RAM-ów, czyli aut 4x4 z homologacją ciężarową - Artur jest jednym z nich. Choć mogłoby, wojsko nie zgłosi się przecież po tico czy matiza, które nie nadają się do jazdy poza utwardzonymi szlakami.

Dodge RAM to idealne auto na apokalipsęDodge RAM to idealne auto na apokalipsę fot. Dodge

Pod uwagę brane są więc tylko terenówki z krwi i kości (benzyny i stali?), czyli zbudowane na ramie samochody z napędem na wszystkie koła, a może nawet reduktorem. To oznacza, że kierowcy SUV-ów i crossoverów nie muszą obawiać się nagłej konfiskaty auta przez armię i mogą dalej przedzierać się przez miasto w poszukiwaniu najlepiej zaopatrzonego Rossmanna - takiego, w którym w dodatku nie ma za dużo klientów.

W razie mobilizacji lub wojny

Kluczowy jest dopisek, że "świadczenie ma być realizowane bez wezwania w czasie ogłoszenia mobilizacji i w razie wojny". A wojnę toczymy na razie wyłącznie z koronawirusem. Jak traktować pandemię? Czy to już mobilizacja? Stan zagrożenia epidemicznego, który obecnie obowiązuje w Polsce, nie jest ani stanem wyjątkowym, ani stanem klęski żywiołowej, więc nie przewiduje możliwości przejmowania przez polską armię dóbr prywatnych.

Artur i właściciele innych aut będących w kręgu zainteresowania wojska, mogą więc spać spokojnie. Do czasu. Gdy zajdzie taka potrzeba, użytkownicy terenówek będą zobowiązani dostarczyć swoje wozy "w terminie do godziny 8:00 drugiego dnia mobilizacji" do specjalnie wytyczonych parków samochodowych. Pojazdy mają być "w stanie przydatnym do wykorzystania", zapewniać "pełne ukompletowanie fabryczne" oraz mieć "pełny zbiornik (zbiorniki) paliwa". Zwrot auta nastąpi "po ustaniu potrzeby użytkowania".

Honker 900Honker 900 fot. Honker

Wszystko przez honkery

Prawdopodobnie sianie paniki masowo wysyłanymi przez wojsko zawiadomieniami nie byłoby konieczne, gdyby nie decyzja Mariusza Błaszczaka, szefa MON, o przesiadce żołnierzy z wysłużonych honkerów do nowszych wozów. Wymiana floty była oczywiście konieczna, ale rozstrzygnięcie przetargu na zakup nowych aut terenowych dla polskiej armii zbiegło się w czasie z ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego w Polsce.

Niewykluczone, że stare honkery poszły już na "żyletki" albo po prostu nie nadają się do dalszej eksploatacji, a 485 nowiutkich nissanów jest przecież dopiero w drodze. Dłuższej niż planowano, bo na przeszkodzie stanęła im szerząca się w niekontrolowanym tempie pandemia. Lepiej być przygotowanym na najgorszy scenariusz.