Ale jak to - ani maseczki, ani rękawiczek?

Pracownik Stacji Kontroli Pojazdów zachowywał się, jakby żadnej zarazy nie było. Odłożył kanapkę i gołą ręką wziął ode mnie dowód rejestracyjny. Potem z rozbawieniem patrzył, jak się gimnastykuję próbując dłonią w rękawiczce wyłuskać z portfela kartę płatniczą.

Pokręcił głową i zaczął kontrolę auta. Po wszystkim mruknął: - Niezła szopka z tym wirusem, nie?

Skrzywiłem się pod maseczką. Wziąwszy to za aprobatę, diagnosta podszedł i rzekł cicho: - Wmówili ludziom bóg wie co. By zaostrzyć prawo. By mieć wszystkich pod kontrolą. By wytrzepać ludzi z kasy. Wie pan, o co chodzi…

Uniosłem brwi.

- Nie wierzy pan, że…

- Panie – diagnosta obejrzał się na boki. - Ja nie wierzę, ja wiem!

Milczałem. On widząc, że słabo kojarzę, postanowił mi pomóc.

- No przecież to było zaplanowane. Weź pan to Wuhan: jaki targ, jaki nietoperz? Tam Chiny mają tajne laboratorium. Wypuścili wirusa, żeby dokopać Ameryce. Za te cła handlowe, co im Trump wprowadził.

- Ale przecież ludzie umierają…

- Ale jacy? Starsi! A mniej emerytów to mniej emerytur, proste! Czyli więcej kasy zostanie dla… wiemy kogo.

Diagnosta mrugnął okiem i patrzył z uśmiechem, jak bolesna prawda, zaczyna do mnie docierać. Nie chcąc wyprowadzać go z błędu czym prędzej odjechałem. W aucie przejrzałem się w lusterku: czy to ja zwariowałem, czy wszyscy wokół?

„To sztuczna epidemia”

Jak żyję nie słyszałem tylu bzdur z tylu ust. A to Chiny, a to Stany, a to Ruscy, a to wielki kapitał. Jak nie Big Pharma, to Bil Gates lub sieć 5G. W każdym razie ktoś MUSIAŁ wcisnął guzik. I cyk! - mamy pandemię.

Ta mnie nie dziwi. Za to szokuje reakcja ludzi. Stach, stres, lęk przed nieznanym? Nie wiem. W każdym razie wielu jakby zgłupiało. Szukają logiki, przyczyny, sprawcy. Nie tam, gdzie trzeba.

Pandemia była kwestią czasu. Ba, prosiliśmy się o nią. Każdy biolog to powie. Wystarczy spojrzeć na jeden wykres: liczby ludzi na Ziemi. Aż do XIX wieku przypominał dywan na podłodze – krzywa ledwo odstawała od osi odciętych. I nagle wystrzeliła jak rakieta. W 1999 r przebija pułap sześciu, a w 2011 r. – siedmiu miliardów. W 2024 dojdzie kolejny miliard. A każdy człowiek, by choćby powłóczyć nogami, potrzebuje dziennie przynajmniej 1600 kalorii. Najlepsze źródło tychże? Białko zwierzęce, bo ma wszystkie niezbędne aminokwasy. Skutek? Coraz więcej ludzi będzie żarło coraz więcej zwierząt. Będziemy je hodowali, sprzedawali, kupowali, przyrządzali. Problem w tym, że zwierzęta mają wirusy. Swoje, nie ludzkie. A to oznacza kłopoty - epidemie, a nawet pandemie. Jak ta.

Przepis na pandemię

Cały ten klops z Covid-19 wziął się stąd, że wirus z nietoperza (nietoperze nie chorują, bo mają wbudowane fragmenty kwasu nukleinowego odpowiadające wirusowi) przeskoczył na człowieka. Zwykle na tym się kończy – delikwent umiera, a wirus (z reguły anonimowy) razem z nim. Ten jednak zmutował tak, że mógł zarażać kolejnych ludzi już bez udziału zwierząt.

Ssaki i ptaki są zbiornikami – uwaga – 800 tys. różnych wirusów, które mają to do siebie, że mutują, a więc się zmieniają, a więc są nieobliczalne. To m.in. dlatego nie przeszczepia się ludziom organów świni – by nie „obudzić” jakiegoś chorobotwórczego patogenu, który zbyt dobrze poczułby się w ludzkim ciele (nota bene osłabionym przez leki immunosupresyjne, które biorca musiałby przyjmować do końca życia, by utrzymać przeszczep).

Pamiętasz epidemię z 2009 r? Zabiła 280 tys. osób. Sprawcą okazał się szczep A/H1N1, czyli zmutowana wersja wirusa świńskiej grypy. A epidemię z 2003-6 roku? Ponieważ wirus H5N1 wylazł z farmy drobiu, tę odmianę grypy nazwano „ptasią”.

Cóż, mięsożerność skazuje nas na zwierzęta. Także wegetarian - wiele chorób odzwierzęcych przenoszą komary, pchły i kleszcze. Aż połowa wszystkich chorób zakaźnych to zoonozy, czyli pochodzące od zwierząt. Szczególnie niebezpieczny jest koktajl: dzikie zwierzęta + dużo ludzi + słaba higiena, co wyjaśnia, dlaczego główne wylęgarnie epidemii to Azja, Afryka i Meksyk.

Krótko mówiąc – epidemie są skutkiem naszej awersji do mydła, lecz też, a nawet głównie, słabości do seksu i mięsa. Ponieważ tym ostatnim zawdzięczamy istnienie, zarazki są wpisane w ludzkie losy oraz… DNA – pewne sekwencje kwasów nukleinowych to pamiątki po wirusach, które zlały się z nami w jedno.

„To tylko taka grypa”

Otóż nie. Typowa grypa sezonowa ma prawie 40 razy niższą śmiertelność (0,095 vs 3,7 proc. zakażonych zdiagnozowanych) i krótszy czas zakażania – dzień przed wystąpieniem objawów i tydzień po wyzdrowieniu chorego. Tymczasem nosiciel SARS CoV-2 rozsiewa wirusy długo przed (od 3-5 dni) i długo po (do 10 dni) wystąpieniu objawów (niektórzy pacjenci zarażają przez ponad trzy tygodnie). Zaś same objawy są zwykle tak łagodne, iż chory nawet nie wie, że choruje. A więc chodzi, pracuje i przy okazji zaraża innych. Paradoksalnie, ta łagodność to najsilniejsza broń SARS CoV-2. Gdyby był tak agresywny jak SARS z 2002 r. (objawy już po dwóch dniach, śmiertelność - 10 proc.), MERS-CoV z 2012 r. (śmiertelność – 37 proc.), czy Ebola z 2014 r. (śmiertelność – 50 proc.) nie rozpleniłby się na cały świat i nie posłał tyle osób na zieloną trawkę lub dwa metry pod nią. Najbardziej śmiercionośne wirusy nie wywołują pandemii, najwyżej lokalną panikę.

Ten jest relatywnie łagodny za to bardzo zakaźny. Pokazał to przypadek mężczyzny, który w trakcie przejażdżki autobusem w prowincji Hunan zakaził dziewięciu pasażerów, w tym dwóch oddalonych o 4 metry i jednego, który… wsiadł pół godziny po jego wyjściu. Skąd to wiadomo? Większość autobusów w Chinach ma kamery na pokładzie.

Średnio jedna osoba z SARS CoV-2 zakaża dwie następne (R=2). Tak jak grypa hiszpanka, która sto lat temu zabiła 25-100 mln ludzi. Dla porównania – w grypie sezonowej trzy osoby zakażają w sumie cztery następne (R=1,3).

Owszem, są jeszcze bardziej zaraźliwe wirusy. Choćby Variola vera, czyli ospa prawdziwa, której możliwości ilustruje przypadek niemieckiego studenta: złapał ją w Pakistanie, wrócił do Niemiec, trafił do szpitala, a siedząc w izolatce otworzył okno, by potajemnie zapalić papierosa. Raz. To wystarczyło, by zakaził 17 osób dwa piętra wyżej.

Ale nic nie przebije odry. Pewien chory w Stanach poszedł do pracy zanieść zwolnienie. Wszedł, zostawił, wyszedł. Choć był tam tylko chwilę zakaził osobę przebywającą dwa piętra wyżej.

A jednak to SARS CoV-2 okazał się najgroźniejszym wirusem ostatnich dwóch dekad. Co czyni go tak skutecznym?

Katiuszą w kieszonkowca

„Wirus to zła wiadomość zapakowana w białko.” Te słowa brytyjskiego noblisty Petera Medewara pasują tu jak ulał. Nowy koronowirus okazał się sprytniejszy od już poznanych, bo łączy ich najgorsze cechy:

? jest tak zaraźliwy (czyli bardzo), jak cztery koronowirusy odpowiedzialne za sezonowe infekcje górnych dróg oddechowych (nos i gardło), lecz…

? podobnie jak MERS-CoV atakuje też dolne drogi oddechowe (płuca), co miewa tragiczne skutki (główna przyczyna zgonów to obustronne śródmiąższowe zapalenie płuc).

Jak może pamiętasz z biologii (którą z przyjemnością studiowałem na UW), wirus poza organizmem gospodarza ma w sobie tyle życia, co drobinka kurzu. Ożywa dopiero w komórce. Także SARS CoV-2. Jak się do niej dostaje? Pomysłowo: przeciąga na swoją stronę komórkowego bramkarza - białko transbłonowe ACE2 (enzym konwertujący angiotensynę 2) pokrywające m.in. komórki płuc. Co robi? Obniża ciśnienie krwi i łagodzi przebieg infekcji. Jednak nowy koronowirus łączy się z ACE2, które nie tylko przestaje chronić komórki, lecz jeszcze pomaga wniknąć intruzowi do ich środka. Tam SARS CoV-2 wycisza białka, które mogłyby zaalarmować układ odpornościowy i zmienia komórki w wysokowydajne drukarki samego siebie. Te zaś, wyczerpane nowym zadaniem, rozpadają się po 6-8 godzinach uwalniając miliony kopii wirusa.

Ponieważ organizm nie zetknął się z nim wcześniej bywa, że reaguje z opóźnieniem. I często przesadnie. Przejawem tego jest tzw. burza cytokin, czyli lawinowa odpowiedź immunologiczna organizmu. To tak, jakby szajkę kieszonkowców grasujących w Luwrze potraktować salwą z katiuszy. Nic dziwnego, że ofiarami immunologicznej rzezi masowo padają też zdrowe komórki płuc. W skrajnych przypadkach chory nie ma czym oddychać, dusi się i umiera - wirus wykańcza go jego własną bronią.

Sekcje zwłok zmarłych na Covid-19 obnażają rozmiar zniszczeń. Choć głównym polem bitwy są płuca, obrywają też nerki, serce, naczynia krwionośne, jelita, a nawet mózg (wszędzie tam występuje enzym ACE2).

Masz to w nosie

Eskadra F-16 w bazie Andrews, zamknięta przestrzeń powietrzna w promieniu 48 km, co najmniej trzy strefy wokół budynku i schron przeciwatomowy pod jego wschodnim skrzydłem. W sumie siedem poziomów ochrony jednego człowieka - rezydenta Białego Domu.

Jak dla mnie, zdrowie moich bliskich i moje warte jest więcej niż bezpieczeństwo Donalda T. Postanowiłem więc wzmocnić swą ochronę przeciwwirusową. Choćby o jeden poziom. Wykorzystując słaby punkt tego wirusa. Bo… jest taki.

Tknęło mnie, gdy usłyszałem, że część zakażonych SARS CoV-2 traci węch - przestają czuć zapachy na kilka dni przed wystąpieniem pierwszych objawów. Jak choćby suchy kaszel. Czego trzeba, by nie mając kataru stracić węch? Zniszczenia komórek węchowych. Co może je zniszczyć? Wirus intensywnie namnażający się w śluzówce górnych dróg oddechowych. Dopiero gdy jest go dużo zabiera się za płuca. Lecz nim to zrobi, rozsiewa się wraz z kaszlem, korzystając z tego, że złuszczający się nabłonek drażni gardło. A dla wirusa przenoszonego drogą kropelkową nie ma nic lepszego niż kaszlący (roz)nosiciel. Kaszel i długi (4-14 dni) okres inkubacji (od zakażenia do rozkwitu objawów) ogromnie zwiększają pandemiczny potencjał SARS CoV-2.

Trzymajcie go mocno!

Reasumując – atakuje dwuetapowo: najpierw gardło i nos, potem płuca. Im mniej namnoży się go w górnych drogach oddechowych, tym słabej (lub wcale) narozrabia w dolnych (taki jest scenariusz lekkich przypadków).

Dlaczego dwuetapowy atak to dobra wiadomość? Porównajmy organizm do domu, gdzie gardło i nos to przedsionek, a płuca to salon. Jeśli dojdzie do włamania, dużo łatwiej wyrzucić intruza z przedsionka. Gardło i nos to ostatnia linia przeciwwirusowej obrony, na którą masz wpływ. W dodatku najważniejsza, bo praktycznie tylko tędy wirus dostaje się do organizmu (oczami też, lecz w znikomym stopniu). Ale nie od razu jest groźny. Musi odpowiedni licznie wniknąć do komórek nabłonka (jeden wirus może zaatakować tylko jedną komórkę) i namnożyć się w nich tak, by zagrozić płucom. Tym, co ułatwia mu pierwszy etap inwazji są wszelkie uszkodzenia śluzówki, niedoleczone zęby, obniżona odporność, inne infekcje, itp. Te uchylone furtki to domena ludzi starszych, z którymi SARS CoV-2 rozprawia się najostrzej. Jednak niezależnie od wieku warto przeganiać go z przedsionka. Jak? Płucząc gardło czymś, czego wirus nie lubi. Najlepiej prewencyjnie. Alkohol? Odpada. Słaby nie robi na nim wrażenia, mocny (70 proc.) odwadnia organizm i podrażnia śluzówkę. Woda utleniona? Roztwór soli? Są obrzydliwe i też podrażniają śluzówkę. Napary ziołowe? Za słabe. Więc?

Sześć lat temu miałem ropień okołomigdałkowy. Przełykając ślinę czułem, jakbym połykał tłuczone szkło. Po dwóch nieprzespanych nocach wylądowałem na ostrym dyżurze. A tam chirurg z Białorusi. Popatrzył, przeprosił i zawołał kolegów. Gdy chwycili mnie za ręce wyjaśnił, że musi mi wyrwać kawałek podniebienia. „Tylko wtedy cała ropa zejdzie”.

Kiedy już ocierał z niej swoje długie szczypce pomyślałem, że był to mój ostatni problem z gardłem. Muszę znaleźć jakiś sposób. I znalazłem. U siebie w łazience. W zakurzonej butelce. Listerine. To najmocniejsze. Tak, wiem, „stosuję niezgodnie z przeznaczeniem”, bo płuczę nim gardło, a nie tylko jamę ustną. I wiem, że „na wirusa za słabe, bo ma 23 proc. alkoholu”. Ale ma też fluorek, chlorek cynku, chlorowodorek estru etylowego i parę innych substancji od których język kołkiem staje. Istny zanzajer (teraz są łagodniejsze). Lecz skuteczny. Pozwolił mi zapomnieć o gardle i wydłużyć sezon motocyklowy do listopada. Całkiem bezkarnie. A więc jeżdżę sobie przy 5 st. C jakby nigdy nic. Drapie mnie w gardle? To gulgam i zapominam o sprawie.

A w czasie zarazy? Ilekroć wracam ze sklepu (bo kontakt z ludźmi) i gdy kładę się spać (bo noc to eldorado dla zarazków – nie jemy, nie pijemy, rzadko przełykamy ślinę – stąd przykry oddech nad ranem). Dwa razy na dobę. Wystarczy. To mniej kłopotliwe niż maseczki, a podejrzewam, że nie mniej skuteczne. I też działa w obie strony (chroni nas i przed nami).

Co na to producent tego kosmetycznego WD-40 (lista niestandardowych zastosowań Listerine jest zaskakująco długa)? Twierdzi, że niektóre jego odmiany usuwają większość szkodliwych bakterii (nawet do 99,9 proc.) i wirusów z jamy ustnej, ale żadna nie została przetestowana pod kątem SARS CoV-2.

Wiem, co sobie myślisz: to zbyt proste, by było skuteczne.

OK. Tylko mówię. Nie namawiam. Uważam, że dowolna antyseptyczna płukanka do ust może osłabić inwazję wirusa. Już na wstępie. A jedyne, czym ryzykujesz to… nieco bardziej świeży oddech.