Co dzieje się z powypadkowym samochodem Tesla, który przez 3 tygodnie zalega na złomowisku? Z docierających do nas właśnie ze Stanów Zjednoczonych informacji wynika, że auto… staje w płomieniach, a jego ugaszenie wymaga sporej kreatywności. A przynajmniej takie są doświadczenia strażaków Sacramento Metropolitan Fire District, którzy zostali wezwani do takiego pożaru i próbowali ugasić samochód za pomocą wody. 

Niestety auto wciąż zapalało się na nowo, bo ogień w środku akumulatora rozprzestrzenia się 

efektem domina z komory do komory - nawet położenie auta na boku, co pozwoliło na uzyskanie dostępu do baterii, okazało się niewystarczające. Na szczęście strażacy wpadli na pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę, a mianowicie wykopali na miejscu głęboki dół, w którym umieścili płonący samochód, a następnie wypełnili go wodą.

Dopiero wtedy Tesla na dobre przestała płonąć, a strażacy mogli przy okazji ograniczyć zużycie wody niezbędnej do ugaszenia pożaru. Na miejscu wylali jej ponad 17 tysięcy litrów, ale w przypadku pożarów samochodów elektrycznych trzeba często dużo więcej, tj. nawet 150 tys., czyli ilości porównywalne z wielogodzinnym gaszeniem budynków (dla porównania do ugaszenia samochodu z silnikiem spalinowym wystarczy średnio 4 tys. litrów).

I choć tego typu historie to woda na młyn przeciwników elektryków, którzy próbują przekonywać, że pożary samochodów elektrycznych to prawdziwa plaga, to w rzeczywistości sytuacja wygląda inaczej. Analizy amerykańskiego portalu ubezpieczeniowego AutoinsuranceEZ pokazują, że najwięcej pożarów na 100 tys. sprzedanych aut występowało wśród samochodów z hybrydowych, drugie miejsce zajmują samochody z silnikami spalinowymi, a ostatnie elektryki.

Prawdą jest jednak, że ich gaszenie to duże wyzwanie dla jednostek straży pożarnej, również przez brak niezbędnego wyposażenia oraz doświadczenia w temacie i tę lekcję trzeba odrobić, skoro dążymy do szybkiej elektryfikacji.