Pierwszy raz byłem na teście samochodu o ambicjach terenowych, który zorganizowano w mieście. Ale moda na niewielkie samochody o podwyższonym zawieszeniu, dzięki któremu będziemy lepiej widzieli korek, w którym stoimy, i napędzie 4x4, który pomaga wjechać na krawężnik, zatacza coraz szersze kręgi. Po Suzuki SX4 i Nissanie Juke przyszedł czas na MINI. Na miejsce pierwszych jazd wybrano Hamburg i okolice. Pewnie po to, by podkreślić, że to samochód dla młodych mieszkańców metropolii nagle odkrywających, że nie mają już po 20 kilka lat, a samochód służy nie tylko do romantycznych wycieczek we dwoje. Kiedy na tylniej kanapie pojawią się paczki z pieluchami i trzeba się będzie pozbyć ukochanego MINI, nie pójdą do konkurencji, bo BMW będzie miało dla nich countrymana.

Na lotnisku czekał na nas lśniący nowością szereg samochodów. Wyglądały trochę jak samoloty, bo wszystkie były białe. Dzisiaj ten właśnie kolor najlepiej pasje do sportowych aut, a MINI bez względu na model lubi się chwalić swoim sportowym wizerunkiem. Może jestem konserwatywny, ale nadal najbardziej podoba mi się trzydrzwiowy hatchback. Lecz gdybym był młodym ojcem, który szuka uniwersalnego samochodu dla rodziny, to pewnie zmieniłbym zdanie.

Nie takie MINI

Już na pierwszy rzut oka widać, że to największe MINI w historii (4097 mm długości). I po raz pierwszy wyposażono je w czworo drzwi. W sumie większość wad estetycznych jest pochodną dążenia do zwiększenia praktyczności auta. Rozdęty tył kryje całkiem pojemny bagażnik. Dziwne trzecie okienko boczne to efekt próby optycznego zamknięcia linii wymuszonej przez dodanie tylnich drzwi. Plus niedodające wdzięku wysokie zawieszenie. W sumie w sylwetce jest coś dynamicznego i przyciągającego uwagę. W środku podobało mi się o wiele bardziej. Wyraźnie poprawiła się jakość materiałów użytych do wykończenia kabiny. Zniknęło nawet znienawidzone przeze mnie pokrętło sterujące głośnością radia. Wykonane z plastiku godnego najgorszych chińskich fabryk, było hańbą dla samochodu segmentu premium.

Cała deska rozdzielcza jest nareszcie miękka i miła w dotyku. A okrągłe nawiewy powietrza są wprost zniewalające. Dzięki nim można szybko zapomnieć o towarzyszących MINI od samego początku produkcji przyciskach otwierających szyby, umieszczonych na środkowym panelu, czy sportowych fotelach ze słabym podparciem bocznym. Widać powodzenie psuje nie tylko kobiety. Jak przystało na ikonę lansu MINI oferuje kilka świeżych gadżetów. Mnie najbardziej spodobała się szyna między siedzeniami, na której można umocować pojemnik, podłokietnik czy iPhone'a. Oczywiście, system audio jest zintegrowany z najsławniejszym telefonem świata. Mamy też dostęp do internetowego radia. Countryman powstał z myślą o ludziach, dla których zwykłe MINI jest za małe. Nie będą zawiedzeni. Bagażnik ma 350 litrów pojemności, czyli tyle, ile oferuje większość samochodów kompaktowych. W kabinie nad głowami jest mnóstwo miejsca. Z przodu nareszcie nie potrąca się siedzącego obok pasażera. Kiedy rozsiadłem się wygodnie w fotelu kierowcy (mam 180 cm wzrostu), siedząca za mną długonoga rzeczniczka prasowa polskiego BMW nadal podróżowała bardzo wygodnie.

Jazda z trzymanką

Najważniejszym miejscem w mini jest fotel kierowcy. Siedzi się w nim w pozycji bardziej wyprostowanej niż innych wersjach. Kierownica i rozmieszczenie przycisków sterujących są bez zarzutu. BMW podkreśla stylowe, brytyjskie pochodzenie Countrymana, ale ten model jest najbardziej niemiecki ze wszystkich. System obsługi nawigacji, audio i komputera działa jak iDrive w BMW. Samochód powstaje w austriackim Grazu, w fabryce Magna Steyr.

Szczerze przyznam, że dla mnie i pewnie większości Polaków ta "niemieckość" jest raczej zaletą niż wadą. Wyjechaliśmy właśnie z portowego Hamburga, więc można wreszcie trochę poszaleć po równych jak stół prowincjonalnych drogach landu Schleswig-Holstein. Jadę topową wersją Cooper S ALL4 z manualną skrzynią biegów. Silnik ma 184 KM wyciśnięte z 1,6 litra. Przy takiej pojemności można by się spodziewać, że dosyć duże i ciężkie (1380 kg) auto będzie dostawało zadyszki. Nic z tych rzeczy. Wciskasz gaz do dechy i silnik wkręca się na obroty jak oszalały. Według danych fabrycznych przyśpieszenie do setki zabiera mniej niż 8 sekund. Jeszcze przyjemniejsze jest wyprzedzanie. Dzięki turbodoładowaniu niewielki benzynowy silniczek dysponuje imponującym momentem obrotowym: 240 Nm dostępnych pomiędzy 1600 a 5000 obr./min. Dzięki funkcji overboost po gwałtownym dodaniu gazu można osiągnąć wartość nawet 260 Nm. W sumie samochód nie wydaje się obłędnie szybki, ale za to daje kierowcy poczucie, że poradzi sobie w każdej sytuacji drogowej.

Jedno małe zastrzeżenie: w czasie jazdy odgłos silnika jest zawsze dobrze słyszalny. Ale mini - nawet countrymana - nie kupuje się po to, by podróżować w ciszy. Bardzo mnie ucieszyło, że inżynierowie w imię wygody prowadzenia nie poświęcili "gokartowskiego" układu kierowniczego. Nadal jest jak brzytwa, reaguje na każdy ruch ręki, ale trzeba uważać na zakrętach. Układ jest tak skalibrowany, że zawsze wiesz, co dzieje się z kołami i w jakim kierunku auto zmierza. Jedyna wyraźna zmiana dotyczy zastawów zawieszenia. Nadal nie da się przewieźć bez szwanku koszyka z jajkami, ale czuć, że niemieckich inżynierów zmuszono, by zamienili betonowe sprężyny i odlane z litej stali amortyzatory na lepiej tłumiące wyboje elementy zawieszenia. To oczywiście żart, lecz właściciele "normalnych" mini dobrze wiedzą, o czym mówię. Podejrzewam, że countrymanem można będzie bez zmęczenia przejechać kilkaset kilometrów, ale już dłuższą podróż wolałbym odbyć wygodniejszym samochodem. Po drodze nie było za dużo zakrętów, ale na tych nielicznych można się było przekonać, że mimo podwyższenia o 10 mm samochód jedzie po nich jak przyklejony. To nawet trochę ryzykowne, bo zachowuje się tak, jakby się nie dało go przewrócić, a wiadomo, że "praw fizyki Pan nie zmienisz, nie bądź Pan głąb". Warto uważać. W czasie normalnej jazdy Countryman jest samochodem przednionapędowym, ale w skrajnych przypadkach system o nazwie ALL4 może przekazać na tylne koła nawet 100 proc. mocy. Organizatorzy jazd testowych wykazali się rozsądkiem i nie przygotowali trudnego odcinka offroadowego.

Mogłem za to przejechać kilkaset metrów po piaszczystej, leśnej drodze. Było OK. Gdy przednie koła traciły przyczepność, tylne włączały się do akcji błyskawicznie. Nie czuć też było żadnych szarpnięć. Co do ekonomiczności, trudno się o niej wypowiadać po przejechaniu 300 kilometrów. Testowany samochód miał na liczniku około 4 tys. kilometrów. Według komputera pokładowego średnie spalanie wyniosło 9,3 litra na 100 km. Samochód wyposażono w system stop & go wyłączający silnik po zatrzymaniu i włączający z powrotem po naciśnięciu sprzęgła lub wrzuceniu biegu. Ja tego urządzenia nie lubię, bo uważam, że nie po to się kupuje mini czy bmw, by oszczędzać paliwo.

Z malucha robi zucha

To hasło reklamujące dziecięcy kanał telewizyjny MiniMini dobrze pasuje do nowego Countrymana. Z uroczego miejskiego "ściganta" BMW zrobiło uniwersalny samochód rodzinny. Wygląda na to, że firma podjęła się karkołomnego zadania. Chce stworzyć MINI dla każdego. Niedługo na rynku pojawią się wersje coupé i roadster. Tylko czekać, aż zobaczymy MINI statek kosmiczny. Dowodem na to, że ten plan ma szanse powodzenia, jest Countryman. Zupełnie nowy model, ale z pozostałymi wersjami łączy go niesamowita mieszanka walorów jezdnych. I chyba zachował to niesamowite "coś", dzięki któremu od 10 lat MINI sprzedaje się jak świeże bułeczki. Jeżeli chodzi o mnie, to - o ile wszystkie następne modele będą się prowadziły tak dobrze jak dotychczasowe - mogę jeździć nawet MINI rikszą.

Teks: Cezary Jęksa

Zdjęcia: Wikipedia, materiały prasowe (montaż)

Zobacz też na Logo24 :