Kilka lat temu dochrapałem się pierwszego w życiu niemieckiego auta klasy premium. Byłem z niego tak dumny, że kiedy pewnego razu umówiłem się z kolegą, wziętym i majętnym prawnikiem, specjalnie czekałem na niego przy moim audi A4, by zobaczył, czym jeżdżę. Prawnik audika nie skomentował, wziął papiery i poszedł do swojego samochodu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem mercedesa CLS. Szczerze przyznam, że opadła mi szczęka, a A4 nagle wydało mi się bardzo skromnym pojazdem.

Pierwsza generacja CLS-a była bardzo ładna. Lecąc do Florencji na pierwsze jazdy nowego CLS-a, miałem nadzieję, że styliści nie popsuli tego dzieła motoryzacyjnej sztuki. Jedząc mikroskopijną kanapkę (ach ten kryzys!) w samolocie Lufthansy, modliłem się też, by luksusowego auta nie dotknęło cięcie kosztów. Nic z tych rzeczy. Mercedes nadał imprezie iście królewski, pardon, książęcy charakter. Dziennikarzy i samochody ulokowano w hotelu luksusowej sieci Four Seasons, mieszczącym się w pałacu należącym kiedyś do rządzących Florencją Medyceuszy. Stojące w pałacowym ogrodzie CLS-y wydawały się tam całkiem na miejscu. Ja też nie czułem się źle w swoim pokoju, którego łazienka była wielkości mojej warszawskiej sypialni.

Mercedes CLS Mercedes CLS  

Cena: od około 260 tys. Zł

Coupe czy limuzyna

Wieczorem idę do ogrodu na pierwsze dokładne oględziny. Tak jak i jego poprzednik, nowy CLS najbardziej podoba mi się z boku. Wyjątkowo długa maska i muskularny tył są bardzo sportowe. Ciągnące się wzdłuż nadwozia przetłoczenia nawiązują do sylwetki wyścigowego automobilu z lat 30. XX w. O sportowych aspiracjach przypomina też brak ram na szyby we wszystkich drzwiach. Cały przód to nawiązanie do prawie wyczynowego krewniaka, modelu SLS. Tył jest już bardziej smukły i przypomina, że CLS to również komfortowa limuzyna. Ta stylistyczna mieszanka jest w pełni uzasadniona. W końcu to czterodrzwiowe coupé, czyli samochód, który ma w sobie łączyć sportowy i luksusowy charakter. Całość ma prawie 5 m długości, co może trochę przeszkadzać w mieście. Kiedy zatrzymaliśmy się na parkingu przed sklepikiem, w którym kupowaliśmy do Polski pecorino (owczy ser) i finocchionę (salami z koprem włoskim, z którego słynie Toskania), to prawie pół naszego samochodu wystawało z tłumu włoskich autek.

Mercedes CLS Mercedes CLS  

Wnętrze rozpieszcza kierowcę i pasażerów. Jest minimalistyczne i gustowne. Wyłożona ciemną skórą deska rozdzielcza to dużo przyjemniejsze rozwiązanie niż nawet najlepszej jakości plastiki. Jak na coupé nad głową miałem zaskakująco dużo miejsca. Dla kierowcy przygotowano sporą (jak dla mnie nawet za dużą) kierownicę i fotele, w których na zakrętach automatycznie usztywniają się boki, by poprawić trzymanie. Efekt jest dziwny, jakby na każdym wirażu ktoś dawał ci sójkę w bok. W ogóle samochód robi coraz więcej za kierowcę. Kiedy wjedziesz na namalowaną na asfalcie linię, leciutko przyhamuje i sprowadzi cię na właściwy tor jazdy. Nawigacja wyświetla mijane znaki drogowe.

Diesel czy benzyna

Jeździłem dwoma różnymi CLS-ami. Pierwszy wyposażono w diesla o mocy 265 KM. Jak przystało na nowoczesnego diesla z firmy słynącej z tego typu jednostek, trudno było w nim znaleźć wady. Sześciocylindrowy silnik pracował gładko, był przyjemnie cichy, choć dało się słyszeć, że spala olej napędowy. Prawdziwy pazur pokazał na wzgórzach toskańskiego regionu Mugello. Wlecze się przed nami trzykołowy pojazd wiozący owcę, a do zakrętu już bardzo blisko? Nie szkodzi, naciskasz gaz do dechy, a potężny moment obrotowy (620 Nm przy 1600 obrotów na minutę) katapultuje samochód do przodu. Jeżeli dodamy do tego skromne zużycie paliwa (średnio 6 l na 100 km), obiecywane przez producenta, to wydaje się, że lepszego silnika nie trzeba. Z tym większą ciekawością wsiadłem do topowego modelu wyposażonego w silnik benzynowy. Ma osiem cylindrów i 408 KM. Pracuje prawie bezszelestnie, a jego największą zaletą wydało mi się to, że wyposażony w niego samochód prowadziło mi się chyba minimalnie lepiej od diesla. Być może dzięki mniej dociążonemu przodowi trochę lepiej reagował na polecenia kierownicy. Rozczuliło mnie, że i ten monstrualny model wyposażono w system start-go wyłączający silnik na każdym dłuższym postoju. Ale może tak trzeba, konstruktorzy twierdzą, że nowy silnik pali aż o jedną czwartą mniej od poprzednika. Z ręką na sercu przyznam jednak, że chyba wolałbym sporo tańszego diesla. Wszystkie CLS-y są standardowo wyposażone w 7-biegową automatyczną skrzynię biegów. Mam do niej tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje się, że w samochodzie o charakterze sportowym biegi mogłyby się zmieniać jeszcze szybciej. Mimo prawie pięciu metrów długości auto wydaje się całkiem zwinne. Spora w tym zasługa układu wspomagania. Wyczuwalny na kierownicy w czasie jazdy opór jest mało "sztuczny". W moich CLS-ach zamontowano adaptacyjne zawieszenie Airmatic. Jeździłem cały czas na ustawieniu "komfort". Było na tyle sztywne i pewne, że na krętych drogach nie odczuwałem potrzeby przełączenia go na tryb "sport". Za każdym razem, gdy odchodziłem od samochodu, układ zmniejszał ciśnienie w systemie, a ja odruchowo patrzyłem, czy nie złapałem gumy. Tak było i po zakończeniu jazd. Samochód sapnął, jakby ze smutkiem, ja westchnąłem i z żalem oddałem kluczyki. Arrivederci!     

Mercedes CLS Mercedes CLS  

Potężny grill z wielką gwiazdą Mercedesa jest dosyć agresywny, jakby wręcz mówił: "Zjedź mi z drogi".

Rozważny czy romantyczny

Ciężko się do czegoś przyczepić w tym samochodzie. To takie dziwne połączenie różnych elementów, że coś dla siebie znajdą wielbiciele luksusu, sportowej jazdy, oszczędzania i niemieckiej rzetelności. CLS trafi do sprzedaży 28 stycznia 2011 r. To właśnie wtedy Mercedes będzie świętował 125-lecie zbudowania pierwszego na świecie samochodu (czytaj o tym więcej w styczniowym numerze "Logo"). Nie mógł sobie i wielbicielom marki sprawić na urodziny lepszego prezentu.

Tekst: Cezary Jęksa

Zdjęcia: materiały prasowe (montaż)

Zobacz też na Logo24 :