Niech będzie epicko, znaczy na bogato. Wyobraź sobie taką sytuację: chcesz odpocząć, naładować baterie i przy okazji zrobić coś odjechanego, o czym już dawno myślałeś. Co robisz? Szalejesz w Las Vegas? Jedziesz na wycieczkę po Edynburgu tropem szkockiej whisky? A może urządzasz sobie beztroski wypad na rajskie plaże albo grasz w golfa w Algarve? Zanim podejmiesz tę arcytrudną wyimaginowaną decyzję, przypomnę tylko, że możesz przenieść się, gdziekolwiek chcesz, i przeżyć najbardziej wymarzoną przygodę. To może być również start w… najmroźniejszym wyścigu na świecie, jak North Pole Marathon na biegunie północnym, gdzie odczuwalna temperatura wynosi -50°C. Właśnie w ten sposób najlepiej relaksuje się Piotr Suchenia, ekstremalny biegacz z Gdyni. Pierwszy Polak, który posmakował zwycięstwa w maratonach na obu biegunach.

„Nie ma czasu na nicnierobienie. Życie stygnie”

Ma 39 lat. Nigdy nie był zawodnikiem wyczynowym, nie trenował z żadną kadrą. Jest typowym amatorem, który w dodatku pracuje na trzy etaty. Zawodowo zajmuje się organizacją imprez w Gdyńskim Centrum Sportu. Jest magistrem wychowania fizycznego, dyplomowanym trenerem lekkiej atletyki, blogerem oraz właścicielem firmy Run-Passion.pl (pracuje jako trener personalny). Prowadzi również szkolenia i wykłady motywacyjne dla firm. W sumie czasem zdarza się, że pracuje po kilkanaście godzin. W jaki sposób skompletował biegową Koronę Ziemi?

– Najważniejsze to upór i determinacja. Podstawą była oczywiście dobra logistyka. Część treningów robiłem przed pracą, a większość wieczorami między 19 a 21. Zakładałem czołówkę, wybiegałem do lasu. Tam przynajmniej nie ma tego smogu. Nawet zimą w nocy jest pięknie i do tego, proszę mi wierzyć, że o wiele bezpieczniej niż w mieście. Nie ma czasu na siedzenie i nicnierobienie. Życie stygnie. Chęci i odpowiednia organizacja potrafią zdziałać cuda. Nagle okazuje się, że możemy znaleźć czas na pracę, dom i trening. Naprawdę da się! – zapewnia.

„Dwa dni dochodziłem do siebie”

16 listopada 2014 r., Tajlandia. Maraton w Bangkoku. Gorąco, parno i duszno. Duża wilgotność, prawie 100%. Piotr z wynikiem 2 godz., 51 min i 41 s zajmuje piąte miejsce. Na mecie czuje się, jakby ktoś wyłączył mu zasilanie. Był niefunkcjonalny.

– Zaczęły dopadać mnie skurcze, mocno umęczyłem mięśnie czworogłowe, miałem wykręcone wątrobę i śledzionę, ale w miarę rozumiałem, co się dookoła działo. Dwa dni dochodziłem do siebie, ale gdy robisz to, co kochasz, ból staje się przyjemnością – opowiada. – Po tym biegu stwierdziłem jednak, że muszę znaleźć nowy cel. Miałem już dosyć „ścigania się z zegarkiem”, czyli przebierania nogami tylko na czas. Przebiegłem ponad 20 maratonów i potrzebowałem nowego bodźca, niebanalnych wyzwań, które mnie pochłoną. Chciałem też połączyć pasję do podróżowania ze sportem. I właśnie będąc w Tajlandii, postanowiłem, że w ciągu pięciu lat zrobię Maratońską Koronę Ziemi, czyli ukończę co najmniej jeden bieg na królewskim dystansie na każdym z siedmiu kontynentów. Azję miałem już zdobytą!

9 kwietnia 2017 r. Biegun północny

Być może jeden z ostatnich takich biegów w tej części naszej planety. Coraz bardziej widać tam efekty zmian klimatu. Zawody rozgrywane są na zamarzniętym Oceanie Arktycznym. Niestety, powstaje tam coraz więcej szczelin. Z roku na rok lodu ubywa.

Polarny krajobraz. Biel, cisza, spokój i śnieg. Wygląda niewinnie i błogo, ale zamarznięty Ocean Arktyczny i ekstremalnie niska temperatura nie biorą
jeńców. Cały czas trzeba uważać i być mocno skoncentrowanym.Polarny krajobraz. Biel, cisza, spokój i śnieg. Wygląda niewinnie i błogo, ale zamarznięty Ocean Arktyczny i ekstremalnie niska temperatura nie biorą jeńców. Cały czas trzeba uważać i być mocno skoncentrowanym. archiwum prywatne

– Wylądowaliśmy w Barneo Ice Camp, około 19:15. Było zimno, nawet bardzo. Po krótkiej sesji zdjęciowej na płycie lotniska miałem już pierwsze objawy odmrożenia, czyli biały nos, chociaż wcale tego nie czułem. Richard, organizator, wychwycił to momentalnie. „Peter, you have a white nose” – i chwycił mnie za niego. Ponoć to najprostszy i najszybszy sposób na uniknięcie odmrożenia – relacjonuje.

Później szybka kolacja: ryba, purée, kiszona kapusta i informacja od organizatorów: „Start o 22:30!”. Ale jak tu biec, kiedy temperatura wynosi grubo poniżej -30°C? Piotr ryzykuje. Na górę wrzuca cienką bieliznę i wełnianą bluzę, kurtkę przeciwwiatrową stormshell do zadań specjalnych i kamizelkę. Na dół gatki z domieszką wełny, wełniane getry i na to ocieplane zimowe getry do biegania. Na stopy dwie pary skarpet, jedne thermo – ciepłe, drugie cienkie, kolarskie oraz buty Inov-8 xclaw 275. Na głowę kominiarka i cienka czapka. Niestety, bez membrany i to był błąd. Na dłonie dwie pary rękawiczek i ogrzewacze chemiczne, które niby miały grzać 12 godzin. Na szyję zakłada jeszcze buffa. Twarz kilka razy smaruje kremem „wszystkoodpornym”, a na policzki i na nos nakleja zwykłe plastry. Do tego okulary. Do kieszeni chowa jeden żel energetyczny. Trochę mało, lecz na punkcie, czyli tzw. pit stopie, ma odłożone jeszcze cztery.

Start. Trasa składa się z 12 okrążeń, z czego 400 m po pasie startowym. Reszta prowadzi przez pola lodowe, czyli przez bliżej nieokreślony teren. Sypki, grząski śnieg, przeszkody lodowe, torosy, rowy i inne tego typu atrakcje czekają na 54 uczestników z całego świata.

– Wystartowaliśmy. Wiedziałem, że jest jeden bardzo mocny Nepalczyk Samir, który z powodzeniem ścigał się w m.in. w Mount Everest Marathon i wielu innych biegach ultra. Okazało się, że ma równie mocnego kolegę Bhimę i razem będziemy walczyć o zwycięstwo. Niedługo po starcie pojawiły się problemy z okularami. Zdjąłem je po połowie okrążenia. Parowały jak wściekłe i pokrywały się szronem. Nic nie było widać. Próbowałem oddychać nosem i ustami, bo myślałem, że to może mieć wpływ na parowanie, ale nic z tego. Robiłem swoje. Trochę bałem się o oczy, że coś mi się stanie. W końcu słońce świeciło jak wściekłe i odbijało się mocno od śniegu. Kąciki oczu zamarzały. Oczywiście ust i nosa też nie zasłaniałem. Buffka momentalnie zamarzała i robiła się sztywna i twarda – opowiada Suchenia.

Pierwsze polskie zwycięstwo w North Pole Marathon.Pierwsze polskie zwycięstwo w North Pole Marathon. archiwum prywatne

I dodaje: – Podzieliłem pętle na cztery części. Pierwsza od startu do końca pasa startowego, gdzie można było przyspieszyć. Druga od pasa do skrętu w lewo o 90 stopni, która była trudna z uwagi na wiejący wiatr. Powodował okrutny ból w czaszce. Trzecia najtrudniejsza, gdzie do pokonania było kilka rowów, kopny śnieg i sporo zakrętów wymuszających zmianę rytmu. Tam trzy razy zaliczyłem glebę. Ostatnia – mająca może 300 m długości, z której dobrze było widać metę, a nawierzchnia była całkiem przyzwoita. Cały czas widziałem Bhima. Zasuwał jak młody bóg. Samir nie wytrzymał naszego tempa. W końcu objąłem prowadzenie. Może to zabrzmi idiotycznie, ale nie spieszyło mi się do mety. Celebrowałem każdą chwilę. Każdy metr tego magicznego miejsca, każdy metr tej koszmarnie ciężkiej trasy. Wbiegając na ostatnią prostą, zobaczyłem, że organizatorzy rozwijają szarfę i wokół rozstawili się reporterzy. Chwyciłem flagę Polski, przeciąłem szarfę, przekroczyłem metę i padłem na kolana. WygrałemNorth Pole Marathon! Byłem w szoku. Końcowy wynik Piotra to 4 godz. i 6 min. Gdy kończył bieg, temperatura wynosiła -35°C. Potem spadła do -40°C. Wiatr wiał z prędkością 5 m/s, co powodowało, że odczuwalne zimno wynosiło nawet -50°C!

13 grudnia 2018 r. Antarktyda

W trakcie przygotowań do kolejnego ekstremalnego wyzwania, czyli Antarctic Ice Marathon, Suchenia uczestniczy m.in. w maratonach na Grenlandii (zajmuje drugie miejsce) i Spitsbergenie (jest pierwszy). Na Antarktydzie jest w życiowej formie. Podczas przygotowań postawił przede wszystkim na siłę. Robi bardzo dużo kilometrów, biega po lesie i pagórkowatym podłożu, aby jak najbardziej wzmocnić nogi. Stara się ciągle biegać po górkach, ewentualnie jak ma więcej czasu w weekendy, to zasuwa po plaży. Do tego wykonuje bardzo dużo ćwiczeń ogólnorozwojowych. Podczas tak ekstremalnych biegów zazwyczaj zawodnicy nie trzymają prosto sylwetki. Warunki są trudne, wieje porywisty wiatr, więc ciało buja się na boki. Utrzymanie odpowiedniej koordynacji na śniegu jest wtedy niezbędne. Na metę dobiega z ponad 30-minutową przewagą nad drugim zawodnikiem, Australijczykiem Isaakiem Thyerem!

– To efekt taktyki, którą zacząłem realizować już od pierwszych kilometrów. Od razu narzuciłem mocne tempo. Rywale byli zaskoczeni. Chyba przestraszyli się takiego rozpoczęcia w moim wykonaniu. Może myśleli, że szybko opadnę z sił? Ale wiedziałem, co robię. Podobna strategia dała mi zwycięstwo na biegunie północnym i Spitsbergenie. Teraz też się sprawdziła. To specyficzne miejsca do biegania. Człowiek do końca nie wie, czego się spodziewać, zarówno po swoim organizmie, jak i nieznanym terenie. Wiedziałem, na co się piszę. Byłem dobrze przygotowany. Powiedziałem sobie: „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Tyle trenowałem, że nie miałem się czego bać. Trzeba było po prostu pokazać swoją najlepszą wersję – opowiada Suchenia.

W przeciwieństwie do startów na biegunie północnym i Spitsbergenie na Antarktydzie jest zaskakująco ciepło. Około -10°C. – Ale kiedy biegliśmy pod wiatr, to jestem pewien, że odczuwalna temperatura spadła do -20°C. Nie przebierałem się w trakcie biegu. Operowałem zamkami w kurtce i w kamizelce. Gdy było mi zimno, to kurtkę chowałem w getry, żeby ograniczyć dostęp powietrza. Wtedy bardziej kisiłem się w środku, ale jak jeszcze założyłem kaptur, to było mi ciepło. Z kolei gdy temperatura wzrastała, wyjmowałem kurtkę, ściągałem kaptur i tak sobie radziłem – wyjaśnia.

Jeszcze tylko dwa okrążenia i będzie można schować się do ciepłego
namiotu.Jeszcze tylko dwa okrążenia i będzie można schować się do ciepłego namiotu. archiwum prywatne

Co się je podczas tak ekstremalnego wyścigu? – Postawiłem głównie na żele energetyczne. Zdziwiłem się jedynie tym, że musiałem bardzo dużo pić. Normalnie na tego typu maratonach rzadko kiedy piję w takich ilościach. Tym razem powietrze było bardzo suche. Po trzech, czterech kilometrach byłem już lekko odwodniony. Ale w sumie nie powinienem się dziwić. W końcu Antarktyda to wielka pustynia i najbardziej suchy kontynent na świecie – opowiada. Do czego można porównać zwycięstwo w maratonie na Antarktydzie? – Ja bym to porównał do mistycyzmu. To coś absolutnie wyjątkowego. Nie da się tego poczuć na ulicznych biegach. Startuje bardzo mało osób, zaledwie kilkudziesięciu uczestników. Otacza nas dzika, surowa i siermiężna przyroda. I w takich miejscach tak naprawdę człowiek dopiero łapie oddech i przestaje się przejmować codziennymi problemami. Wtedy skupiam się nie tylko na biegu, na walce o zwycięstwo, ale również na tym, jak niezwykła jest nasza planeta. Wiem, że inni zawodnicy mają podobne odczucia. Nabiera się jeszcze większej pokory wobec natury, od której przecież jesteśmy uzależnieni, a obecnie tak łatwo ją zaniedbujemy.

I z rozbrajającą szczerością kontynuuje: – Znudziło mnie bieganie po mieście. Kocham kontakt z naturą. Z tą dziką naturą, niedotkniętą przez człowieka. Muszę powiedzieć, że podczas tych wyjazdów właśnie najlepiej odpoczywam. Choć wysiłek maratoński zawsze jest wymagający dla organizmu, to takie biegi są dla mnie relaksem i ładowaniem baterii.

Największym problemem po powrocie do Polski z takich miejsc jest oswajanie się z zanieczyszczonym powietrzem. – Mój organizm fatalnie zareagował na ten smog. Tuż po powrocie powietrze zaczęło mnie drażnić. Mieszkam w Redzie, gdzie bardzo dużo osób pali w piecach. Niektórzy sami chyba nie wiedzą, co do nich wrzucają. W gardle mnie od razu coś drapało. Niestety, najmocniej to czuję podczas treningów. Za to na Antarktydzie jest bajka. Megaświeżutkie powietrze. Można oddychać pełną piersią. Inny świat – mówi.

Po biegu. Ponad cztery godziny
biegania w temperaturze -50°C
potrafią z człowieka wycisnąć
siódme poty i solidnie sponiewierać.
Dobrze, że już po wszystkim.Po biegu. Ponad cztery godziny biegania w temperaturze -50°C potrafią z człowieka wycisnąć siódme poty i solidnie sponiewierać. Dobrze, że już po wszystkim. archiwum prywatne

Korona zdobyta. Co dalej?

Do skompletowania biegowej Korony Świata Piotr potrzebował jeszcze ukończenia maratonu w Afryce. Dokonał tego 23 listopada 2018 r. Triumfując w Ugandzie (ponad 1500 m n.p.m.) w bardzo wymagającym maratonie (80% wilgotności, przewyższenia sięgające 900 m), zakończył swój pięcioletni projekt życia.

– Kiedyś chciałem pobiec na królewskim dystansie poniżej 2 godzin i 30 minut. Zrobiłem to. Teraz sięgnąłem po Koronę Świata. Ile na to wydałem pieniędzy? Nie wiem, nie chciałem liczyć. Co dalej? Na pewno wkrótce coś wymyślę. Staram się tak to swoje życie organizować, żeby co jakiś czas wyznaczać nowe cele i je po kolei osiągać. Tak chyba trzeba żyć, mierzyć wysoko i sięgać gwiazd. To mnie napędza i czyni szczęśliwym człowiekiem.