Sześciotysięcznik od zawsze marzył się mojej żonie. Co ważne, chciała go zdobyć bez przewodnika, grupy, sprzętu. W Nepalu podczas naszych dwóch trekkingów – wokół Manaslu i Annapurny – wchodziliśmy na przełęcze na wysokości ponad 5400 m. W Peru też byliśmy wysoko w trakcie spektakularnego trekkingu Ausangate. Dla mojej żony to wciąż jednak było za mało. Będąc już w Chile, wyszukaliśmy wulkan Aucanquilcha – 6176 m n.p.m. Złe warunki pogodowe nie pozwoliły nam jednak na podejście. Kierując się naszą terenówką coraz bardziej na południe w stronę Patagonii, znaleźliśmy kolejny cel – szczyt Cerro Las Tortolas, 6160 m n.p.m.

Przeskoczyliśmy jeszcze do sąsiedniej Argentyny. Jechaliśmy legendarną drogą nr 40 (Ruta Cuarenta), czyli najdłuższą drogą w Argentynie, która ciągnie się przez 5000 km od granicy z Boliwią w La Quiaca aż do Patagonii. Jeszcze do niedawna słynęła również z tego, że prawie w połowie była nieutwardzona. Obecnie z szutru nie zostało za wiele. Zastąpił go równiutki asfalt ułatwiający podróżowanie. Po minięciu Salty, Cafayate i Belen odbiliśmy w prawo w drogę krajową nr 60, która prowadziła do granicy z Chile.

PRZECZYTAJ TEŻ: Wyprawa na Galapagos

Wulkan San Francisco

Do przejścia granicznego (Paso de San Francisco) dotarliśmy o godz. 17:00 – dokładnie w momencie jego zamknięcia. Udało nam się przebłagać urzędników, którzy śpieszyli się do domów, i wjechaliśmy ponownie do Chile. A dokładniej na pas ziemi niczyjej, bo do granicy argentyńskiej mieliśmy około 100 km. To właśnie w tym rejonie znajduje się Nevados Ojos del Salado – najwyższy wulkan na Ziemi. Ma 6893 m n.p.m. Jest drugim najwyższym szczytem górskim na półkuli zachodniej, drugim na półkuli południowej (po Aconcagua 6960 m) i najwyższym w Chile. Na niego wybierzemy się jednak innym razem. Aby go zdobyć, potrzebny jest sprzęt i dłuższa aklimatyzacja. Jeżeli nie masz dużego doświadczenia, niezbędny jest przewodnik. Dla nas to więc za droga impreza.

Droga w okolicach Salty w Argentynie i słynny most, który pojawił się w filmie 'Dzikie historie'.Droga w okolicach Salty w Argentynie i słynny most, który pojawił się w filmie 'Dzikie historie'. ZEBRUN AK

Kilka kilometrów za granicą widzimy zieloną tablicę informacyjną. Na niej dwa wulkany: San Francisco – 6016 m i Incahuasi – 6621 m. Od razu zapala mi się lampka. Może to jest nasza szansa. Zatrzymuję samochód i patrzę pytająco na Hanię. Długo nie muszę czekać na szeroki uśmiech na jej twarzy. Podejmujemy decyzję. Wchodzimy! A przynajmniej próbujemy. Pytań jest wiele. Wcześniej nie czytaliśmy nigdzie o tych wulkanach. Nie wiemy, jak tam dojechać, czy da się wejść bez raków, czekanów i lin. Musimy kogoś podpytać o szczegóły.

Z pomocą przychodzi nam żołnierz pracujący na przejściu granicznym. Zatrzymał się, widząc nasze auto na poboczu na światłach awaryjnych. Już po 15 minutach wiedzieliśmy wszystko. Ruszamy więc dalej. Zgodnie ze wskazówkami po 10 km, tuż za starym opustoszałym budynkiem, skręcamy w lewo, widząc na horyzoncie nasz cel. Plan jest prosty. Dziś musimy wjechać naszym nissanem xterrą (model produkowany w USA) na wysokość 5100 m, a następnego dnia wcześnie rano ruszyć w górę. O aklimatyzację się nie martwimy. Od dłuższego czasu przebywamy na wysokości 3-4 tys. m n.p.m. Droga mocno się wije. Pniemy się ostro do góry. Coraz większe kamienie i wulkaniczny pył utrudniają jazdę. Wrzucam więc napęd 4x4, a już za chwilę 4x4 low. Koła wolno się kręcą, ale i tak kilka razy się zakopujemy. Brakuje mi blokady mechanizmu różnicowego, a i nasze opony są już mocno starte. Z wielkim trudem pokonujemy strome podjazdy i po godzinie parkujemy na małym wypłaszczeniu. Dalej już nie pojedziemy.

W drodze naszym domem na kółkach.W drodze naszym domem na kółkach. ZEBRUN AK

Pod prawe koła podkładam dwa duże kamienie i powoli na nie wjeżdżam. To sprawia, że nasze łóżko w samochodzie jest mniej więcej w poziomie. Słońce powoli zachodzi, rozświetlając niebo na pomarańczowo i czerwono. Robimy szybką kolację i pakujemy plecaki na jutro. Wiatr przybiera na sile. Temperatura szybko spada. W oddali widzimy światła. Z każdą minutą zbliżają się. Tak, to samochód, który pokonuje tę samą drogę co my. Po 30 minutach wyłania się duży pikap Ford F150. Zatrzymuje się obok nas. Z auta wyskakuje trzech mężczyzn. Witają nas po angielsku, ale z charakterystycznym wschodnim akcentem. Okazuje się, że to Rosjanie mieszkający od 20 lat w Chicago. Przyjechali do Chile na dwutygodniowe górskie wakacje. Umawiamy się więc na wspólne wejście. Zawsze to raźniej i bezpieczniej. Po kolacji wskakujemy w śpiwory, zakładając wszystkie nasze ubrania. Jest 22:00, a temperatura spada już poniżej zera.

PRZECZYTAJ TEŻ: Narcos na żywo - relacja z wyprawy do Kolumbii

Saga śniegu i lodu

Budzik podrywa nas o 6:15. Jest ciemno, a szyby pokryte są lodem. Jemy śniadanie, pakujemy ostatnie rzeczy do plecaków i razem z naszymi nowymi znajomymi ruszamy do góry. Robi się coraz jaśniej. Tempo mamy całkiem dobre. Idziemy wąską ścieżką. Podejście nie jest trudne technicznie, ale męczące. Jest stromo, a pył wulkaniczny sprawia, że co chwila się zsuwamy. Kije trekkingowe się przydają.

Granica argentyńsko-chiliska.Granica argentyńsko-chiliska. ZEBRUN AK

Około 7:50 zza krawędzi wulkanu wychodzi słońce. Idealnie naprzeciwko nas. Cieszymy się, bo będzie trochę cieplej. Od razu sięgamy po okulary przeciwsłoneczne. Zakładam swoje, ale Hania coraz bardziej nerwowo szuka swoich. Niestety okazuje się, że podczas porannego pakowania przy minusowej temperaturze zapominamy jednej pary. Nie przejmujemy się tym jednak zbyt długo. Adrenalina zagłusza zdrowy rozsądek. Sama myśl, że mielibyśmy wracać godzinę do samochodu, sprawia, że machamy ręką i idziemy dalej. Będziemy się zamieniać. Nie przepadam za okularami przeciwsłonecznymi. W Nepalu przecież chodziliśmy trzy tygodnie po Himalajach, przebywaliśmy na ośnieżonych przełęczach, a ja nie miałem nawet przez chwilę okularów na nosie i nic się nie stało.

Kolejne godziny mijają nam na mozolnym podejściu. Wysokość coraz bardziej daje nam się we znaki. Ciężej się oddycha. Jeden z naszych rosyjskich towarzyszy zdecydował się na powrót. Nie dał rady. My pniemy się dalej. Jesteśmy już na 5900 m n.p.m. Z wczorajszej rozmowy z lokalnym wojskowym wynikało, że na szczycie nie ma za wiele śniegu. Dlatego możliwe jest podejście bez sprzętu. W pewnym momencie zdajemy sobie jednak sprawę, że sytuacja wygląda inaczej. Ostatni odcinek jest dosłownie zasypany śniegiem. Na szczęście niska temperatura sprawia, że dość łatwo idziemy dalej, nie zapadając się. Przed nami teraz inny problem. Wulkany mają to do siebie, że trudno gołym okiem ocenić, który z wierzchołków jest najwyższy. Tu z pomocą przychodzi nam aplikacja Maps.me. Ruszamy. Przed nami ostatnie superstrome podejście. Zostało 80 m. Jak się szybko okazuje, to, co było naszym sprzymierzeńcem, teraz jest naszym największym wrogiem. Zlodowaciały śnieg sprawia, że co kilka metrów ześlizgujemy się na stromym podejściu. I tak w kółko – trzy metry do góry, dwa w dół i szukanie innej drogi.

Podejście do 5950 m zajęło nam około czterech godzin. Ostatnie metry pokonujemy jednak kolejną godzinę. Gdybyśmy mieli raki, weszlibyśmy tam w 10 minut. Zmęczeni, ale szczęśliwi stajemy jednak na szczycie wulkanu San Francisco. 6016 m n.p.m. zdobyte. Marzenie żony spełnione! Lubimy góry i jesteśmy niesamowicie szczęśliwi. Robimy sobie zdjęcia, podziwiamy widoki.

Po dłuższej chwili dołącza do nas Siergiej – jako jedyny z trójki Rosjan dał radę. Zejście jest już znacznie prostsze, choć obawiałem się go bardzo. Mały błąd i ślizgasz się kilkadziesiąt metrów w dół. Można byłoby się nieźle poobijać. Na szczęście w tym czasie, kiedy cieszyliśmy się naszym sukcesem, mocno operujące słońce zdążyło roztopić czapy lodowe. Z dużą łatwością zbiegliśmy ze szczytu. Żeby nie było tak idealnie, musieliśmy się pomęczyć w topniejącym śniegu, co rusz zapadając się po kolana. Euforia z osiągnięcia celu niosła nas jednak do przodu.

Zdobywcy San Francisco na szczycie. Jeszcze nie przeczuwaliśmy, co się wkrótce stanie.Zdobywcy San Francisco na szczycie. Jeszcze nie przeczuwaliśmy, co się wkrótce stanie. ZEBRUN AK

Zejście do samochodu zajęło nam około trzech godzin. Wyczerpani wrzuciliśmy plecaki do auta i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zjazd okazał się dużo prostszy. Na nocleg wybraliśmy okolice Laguny Verde. To tam śpią wszyscy, którzy wspinają się na okoliczne wulkany. Miejsce znaleźliśmy na niezawodnej i bardzo pomocnej podróżnikom aplikacji iOverlander.

PRZECZYTAJ TEŻ: Muay thai i nocne światła Bangkoku

Znikający obraz

Zaparkowaliśmy nasz mały dom na kółkach blisko wody z pięknym widokiem na otaczające lagunę klify. Dzień powoli dobiegał końca. Hania zrobiła szybką kolację. Usiedliśmy na przednich siedzeniach, wspominając dzisiejszą przygodę. Zajadając makaron z pomidorami, cebulą i tuńczykiem, w pewnym momencie dostrzegam, jak szara mgła pokrywa skały po drugiej stronie. Kolejne ruchy widelcem i ponownie spoglądam w tamtym kierunku. Mgła dość szybko przemieszcza się w naszą stronę. Coś jednak mi nie gra. Przecież cały dzień mieliśmy piękną pogodę, słońce. – Widzisz te klify po drugiej stronie?

Twierdząca odpowiedź Hani wzbudza mój niepokój. Patrzę na nią, a po sekundzie wracam wzrokiem w kierunku laguny. Laguny jednak już też nie widzę, tak jak i maski samochodu. Patrzę w prawo i z przerażeniem stwierdzam, że nie widzę również żony. Wszystko jest rozmyte. Po zejściu bolały nas oczy, ale uznałem, że to po prostu zmęczenie od wysiłku i wiatru. W ułamku sekundy ból jednak potęguje. Okropne uczucie. Przy otwartych powiekach czułem tysiące igieł wbijanych w gałki oczne. Po zamknięciu mam wrażenie, jakby ktoś wsypał mi tonę żwiru pod powieki. Mogę śmiało powiedzieć, że był to największy ból w życiu. No i kompletnie nic nie widziałem.

Zacząłem wpadać w panikę. Dla mnie zmysł wzroku jest najważniejszy. Ciężko jest to oczywiście porównywać, ale łatwiej byłoby mi poradzić sobie z utratą słuchu. Hania stara się mnie uspokajać. Powoli analizujemy, co się dzieje. Dodajemy dwa do dwóch i wychodzi nam, że musi to być ślepota śnieżna. Jestem wściekły, bo przecież mamy spore doświadczenie podróżnicze. Jeden błąd, zapomnienie, głupota i będę ślepy do końca życia. W tamtym momencie takie myśli kłębiły mi się w głowie, choć Hania starała się racjonalnie mi tłumaczyć, że przecież himalaiści często podczas wypraw mają takie problemy i nic im się nie dzieje. Trzeba spokojnie przeczekać. Jednak spokój to była ostatnia rzecz, którą miałem w mojej zmęczonej głowie.

– Daj mi chociaż coś przeciwbólowego! – krzyczę do żony. Słyszę, jak Hania otwiera naszą dobrze zaopatrzoną apteczkę, chwilę w niej szpera, po czym mówi: – Nie mogę ci pomóc. Ja też już nie widzę…

Szopa 5-gwiazdkowa

Tego już było za wiele. Nie dość, że ja nic nie widzę, to fakt, że cierpimy we dwoje, strasznie mnie wkurzył. Trzeba działać. Na szczęście zapamiętałem, gdzie rozłożyli się z namiotami nasi przyjaciele Rosjanie. Wychodzę powoli z samochodu i po omacku, krok za krokiem drepczę w ich kierunku. Po dłuższej chwili potykam się o linkę namiotu. Pukam w tropik i po angielsku wołam chłopaków. Po sekundzie wyskakują z namiotu. Od razu mi pomagają. Przede wszystkim uspokajają, że ślepota śnieżna powinna sama przejść. Musimy tylko siedzieć w ciemności i odpoczywać. Dają nam garść środków przeciwbólowych i odprowadzają pod rękę do auta. Bierzemy z Hanią leki, które w połączeniu z ekstremalnym zmęczeniem sprawiają, że udaje nam się zasnąć.

Przy naszej szopie nad Laguną Verde, gdzie w ciemnościach dochodziliśmy do siebie.Przy naszej szopie nad Laguną Verde, gdzie w ciemnościach dochodziliśmy do siebie. ZEBRUN AK

Budzę się następnego ranka. Nie mam pojęcia, która jest godzina. Oczy mam wciąż zamknięte. Czuję spory ból. Boję się trochę je otworzyć. Ropa pozlepiała mi rzęsy. No nic, trzeba sprawdzić. Delikatnie otwieram lewe oko, a potem prawe. Mgła nie ustąpiła. Widzę tylko kontur wnętrza naszego bagażnika, w którym śpimy. Ból ze zdwojoną siłą wraca jak bumerang. Hania też już się przebudziła i tak jak ja nic nie widzi. Próbujemy jeszcze chwilę pospać, ale słońce dość szybko nagrzewa wnętrze samochodu. Musimy się ewakuować. Na szczęście przy lagunie stoi stara drewniana szopa. Są tam dwa puste pokoje bez okien z brudnymi materacami. Do tego komórka dwa na dwa metry z gorącym źródłem termalnym. Dla nas jednak jest to wybawienie. Lepsze niż pięciogwiazdkowy hotel. Możemy tam zabrać nasze karimaty, śpiwory i w ciemności spędzić cały dzień.

Jedyny problem to toaleta. Ta umiejscowiona została jakieś 100 m od obozowiska, tuż przy skałach. Dojście do niej zajmowało nam piętnaście minut w jedną stronę. Prowadziliśmy się pod rękę, próbując nie potknąć się o liczne kamienie.

Czy jest tu lekarz?

Nad lagunę zaczęli się zjeżdżać kolejni wspinacze. Nasza historia szybko rozniosła się po obozowisku. Do szopy przychodziło coraz więcej osób chcących nam pomóc. Okazało się nawet, że w jednej grupie był lekarz – Rafael. Młody mężczyzna z chilijskiego Valparaiso sprawdził nasze oczy. – Widziałem gorsze przypadki, ale też lepsze. Musicie czekać w ciemności. Rogówka powinna się zregenerować. Dobrze jednak, jakbyście pojechali do szpitala na kontrolę.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Do najbliższego szpitala, ba, do najbliższego większego miasta Copiapo w Chile mieliśmy grubo ponad 200 km. Rafael podarował nam nawilżające krople do oczu i co kilka godzin zaglądał do nas.

Kolejny dzień już był lepszy. Czuliśmy znaczną poprawę. Oczy mniej bolały. Zaczęliśmy już trochę lepiej widzieć. Leżąc w naszej ciemnej szopie, słyszymy za ścianą rozmowę. Po dłuższej chwili jestem pewien – to nasi rodacy. Wołam więc do nich: „Dzień dobry!”.

PRZECZYTAJ TEŻ: Chinlone - w co się gra w Birmie?

Nurkowanie wysokościowe

Kamil i Marcin przyjechali do Chile trochę się powspinać, ale ich głównym celem jest nurkowanie. Od razu się polubiliśmy. Opowiedzieli nam o swojej niebezpiecznej pasji. Kamil to specjalista nurkowania na wysokości. W Nepalu schodził pod wodę na 5270 m n.p.m., w wulkanie na granicy Boliwii i Chile na prawie 6000 m. To coś niesamowitego. Już samo wejście na takie wysokości nie jest łatwe. Do tego trzeba na plecach wnieść tam cały sprzęt, wyciąć piłą otwór w lodzie, a na koniec zanurkować w zimnej wodzie.

Nurkowaliśmy w Hondurasie. Zrobiliśmy nawet podstawowe uprawnienia do 18 m. Potrafię więc sobie wyobrazić, jak ekstremalne jest to, co robią. Następnego dnia chłopaki testują kombinezony i butle. Nurkują testowo w lagunie, wzbudzając olbrzymie zainteresowanie wszystkich dookoła. Z Kamilem umawiamy się na wywiad po powrocie do Polski. Jestem przekonany, że jego historia wszystkich zainteresuje. My za to czujemy się już zdecydowanie lepiej. Oczy co prawda jeszcze bolą, ale widzimy. Na tyle dobrze, że po południu postanowiliśmy ruszyć w drogę.

Na śniadaniu spotykamy się jeszcze z Rafaelem i jego grupą. Wczoraj zdobyli Ojos. Jest to niemały wyczyn. Przy okazji dobijamy mały biznes z jednym ze wspinaczy z Chile. Na wyprawę przyjechał z dwójką synów, którzy po kilku dniach stwierdzili, że góry nie są dla nich. Został więc z dwoma parami prawie nowych, profesjonalnych okularów przeciwsłonecznych. Długo się nie zastanawiamy. W porównaniu z naszymi to jak bolid F1 przy maluchu. Dostaliśmy nauczkę do końca życia. Teraz nie ruszamy się nigdzie bez okularów, a już na pewno nie wyjdziemy bez nich w wysokie góry.

Nasze obozowisko
nad Laguną Verde
widziane z góry.Nasze obozowisko nad Laguną Verde widziane z góry. ZEBRUN AK

Po kilku miesiącach z naszym wzrokiem jest wszystko w porządku. Hania widzi idealnie, ja niedowidzę jak zawsze. Okulista sprawdził jednak wszystko i nawet nie muszę nosić okularów. Cieszymy się bardzo ze spełnionego marzenia, choć zostało okupione sporym bólem. To doświadczenie pokazuje, że chwila nieuwagi, lekkomyślności może kosztować bardzo wiele.