Było stromo. Tak bardzo, że przednie koła wspinającego się pod górę ursusa C328 uniosły się w powietrze. Dwaj greccy przewodnicy Petrulia i Adonis, którzy towarzyszyli maszynie na koniach, spojrzeli z przerażeniem. Siedzący za kierownicą Marcin Obałek też był już mocno wystraszony, ale wiedział, że nie może sobie pozwolić na panikę, bo dotarł do punktu, od którego nie było już odwrotu. Ursus przestał go słuchać, zaczął „pływać” i nie można było bezpiecznie zawrócić. O zjechaniu na wstecznym w takich warunkach nie było mowy. Marcin przejechał po głazie i przyblokował traktor. Wtedy mógł bezpiecznie wysiąść. Liną holowniczą przywiązał do przedniej osi duży kamień. Był na tyle ciężki, że przednie koła znów wsparły się na górskiej drodze. Dawno temu zbudowali ją greccy żołnierze. Nikt do tej pory nie wjeżdżał nią na Olimp traktorem.

Gdy samolot uderzył w wieżę

Ta historia zaczęła się pod koniec października 1998 r., gdy Marcin wyruszył na siedem miesięcy z Poznania do Indii. Był klasycznym backpakerem, który parł do celu koleją, autostopem, na wielbłądzie i pieszo. Poruszał się klasycznym Jedwabnym szlakiem i po przebyciu Iranu dotarł do Pakistanu, gdzie otworzyła się przed nim Dolina Indusu – kolebka pierwszej cywilizacji na terenie subkontynentu indyjskiego. Obszar ten jest dziś intensywnie eksploatowany rolniczo. Marcin, wędrując wśród upraw i kanałów irygacyjnych, dostrzegł polski akcent. Pługi, brony i przyczepy ciągnęły stare ursusy C330.

– To nasunęło mi pewien pomysł – wspomina Marcin. W 2000 r. zastukał do drzwi Zakładów Przemysłu Ciągnikowego „Ursus” w Warszawie. – Chcemy objechać świat ursusem, żeby promować markę. Będziemy spotykać się z dilerami sprzętu rolniczego i rolnikami – oświadczył dyrekcji fabryki.

Nikt nie potraktował poważnie tego planu, ale Marcin się nie poddał i w kolejnym roku pojawił się w „Ursusie” po raz drugi z dopracowaną prezentacją kampanii promocyjnej. Tym razem pomysł padł na dobry grunt. Telefon zadzwonił 11 września 2001 r. – chwilę po tym, jak porwany przez terrorystów boeing 767 uderzył w drugą wieżę World Trade Center. Marcin usłyszał w słuchawce głos Tomasza Horbala, ówczesnego dyrektora Biura Handlu Zagranicznego fabryki: „Mam dla pana dobrą wiadomość. Damy panu model 6014 na wyprawę”. Celem miały być znowu Indie, ale po ataku USA na Afganistan przejazd drogą lądową w Himalaje przestał być rozsądnym szlakiem bez konwoju wojska, a i to nie gwarantowałoby bezpieczeństwa. Marcin i jego kumple, którzy zgłosili akces do podróży, musieli wymyślić nowy cel.

– Zastanawialiśmy się nawet nad Australią, ale to jednak było za daleko. Ktoś zaproponował Skandynawię, lecz ją postanowiliśmy sobie zostawić na emeryturę. Poważnie zastanawialiśmy się nad Saharą, jednak tam też zrobiło się nieciekawie. Wzięliśmy więc przykład z Dakaru, który z Afryki Północnej przeniósł się do Ameryki Południowej. Nie miałem o tym kontynencie zielonego pojęcia i właśnie dlatego pomyślałem, że to świetny pomysł – mówi Marcin.

I kto miał kogo holować?

Dotarcie traktorem z Polski do Ameryki Południowej jest nierealne. Nawet jeśli traktor ma napęd na cztery koła, turbosprężarkę i 83 KM. Marcin poprosił więc o pomoc Morską Agencję w Gdyni. Usłyszał: „Pływamy dookoła Ameryki Południowej, gdzie was zawieźć?”. – To było pytanie za sto punktów. Wysłałem listy do konsulatów prawie wszystkich państw południowoamerykańskich. Pierwszy odpowiedział Urugwaj – wspomina Marcin.

Traktorem w Andach. Cerro de los Siete Colores - Góra Siedmiu Kolorów
w Argentynie.Traktorem w Andach. Cerro de los Siete Colores - Góra Siedmiu Kolorów w Argentynie. archiwum autora

Ich ursus był praktycznie nowy, bo wyjechał prosto z garażu zakładów doświadczalnych, gdzie przepracował zaledwie kilkadziesiąt motogodzin. Jednak dla pewności zorganizowali dwa pojazdy. Drugim była wyprawowa ciężarówka: buda od stara 266 na podwoziu od starego ciągnika siodłowego marki Mercedes. W kabinie urządzili sobie całkiem wygodne lokum.

– Liczyliśmy, że w razie czego to ciężarówka weźmie na hol traktor – wspomina Marcin. Ostatecznie wylądowali w Buenos Aires. Byli w takim szoku, że wyjazd z miasta zajął im trzy dni. Potem ruszyli w drogę, która trwała trzy i pół roku i była podzielona na dziewięć etapów. Najdłuższy był pierwszy, trwający osiem miesięcy. Wylatywali do kraju, żeby zarobić pieniądze, a potem wracali do swojej przygody. Tak pokonali 20 tys. km, przejeżdżając przez Urugwaj, Argentynę, Boliwię, kawałek Peru, Chile i wracając do Argentyny. Ciężarówka rozsypała się już w Boliwii. Ursus holował ją przez prawie 1000 km, aż w końcu ją porzucili.

– Musieliśmy wybudować dom na kółkach jak z cygańskiego taboru. Znalazłem starą dwuosiową przyczepę. W warsztacie wyspawaliśmy konstrukcję. Na nią narzuciliśmy plandekę – mówi Marcin.

Kiedy dotarł wraz z towarzyszem podróży Zbyszkiem Grześkowiakiem do La Paz, w Boliwii wybuchła rewolucja. – Ludzie strzelali do siebie i płonęły budynki. Zostawiali traktor u poznanych po drodze rolników, farmerów, gauchos i zapoznanych Indian. W trakcie rewolucji ludzie, którzy zaopiekowali się ich traktorem, musieli go chronić przed tłumem plądrującym zabudowania.

W Boliwii przejechali też przez indiańską wioskę, w której akurat celebrowano dzień Świętej Barbary. Indianie ułożyli na ołtarzu liście koki i zaczęli polewać je spirytusem. – Byłem mocno zaskoczony, ale co kraj, to obyczaj – mówi Marcin o gościnności Indian. W Ameryce Południowej dokonał pierwszego spektakularnego podjazdu. Prowadzony przez niego ursus wjechał pod wulkan Licancabur.

– Pobiliśmy rekord wysokości, na jaką wjechała maszyna rolnicza. 5016 m. Minęliśmy wycieczkę Niemców, którzy parę kilometrów wcześniej zostawili swoje toyoty land cruisery – opowiada Marcin. – Później nasz rekord pobili Hindusi, którzy wjechali na 5400 m w Himalajach.

Dzielny polski traktor został w Ameryce Południowej. Jednym z powodów była likwidacja fabryki Ursusa, która była partnerem wyprawy. Dziś, po latach, Marcin z poznanymi wówczas brazylijskimi przyjaciółmi weryfikuje polskie firmy i produkty chcące wejść na ten rynek. Do Polski za jego pośrednictwem płynie z kolei kawa i śruta kakaowca.

Z córkami Leną i Bereniką na południu Serbii,
tuż po przekroczeniu granicy z Macedonią.Z córkami Leną i Bereniką na południu Serbii, tuż po przekroczeniu granicy z Macedonią. archiwum autora

Ogień z rury

– Masz prawo jazdy na traktor? – pytam Marcina. – No co ty? Zgodnie z przepisami mogę prowadzić traktor, bo mam prawo jazdy kategorii B. Nie mogę tylko ciągnąć przyczepy, która ma więcej niż jedną oś – tłumaczy.

Na traktorowy szlak wrócił w 2017 r. Ursus, jadąc w płaskim terenie 24 km/h, ciągnie przyczepę kempingową N126, czyli kultowy „Niewiadów”. Towarzyszką podróży jest teraz żona Monika, która także prowadzi traktor. Od niedawna są z nimi dwie córki. Tym razem wyruszyli z Odrzechowej w Bieszczadach do Afryki. Ich ciągnik to ursus C328 z 1961 r.

– Jest starszym bratem modelu C330, czyli pierwszego i ostatniego traktora, który został skonstruowany w Polsce. Potem ursusy były już hybrydami łączonymi z czeskim Zetorem lub traktorami produkowanymi na licencji Masseya Fergusona – mówi Marcin.

Wystartowali zimą. Było -5oC. Gdy dotarli do Sidziny i Węgierskiej Górki, słupek rtęci opadł do -30oC. – Jechałem w goglach narciarskich i futrzanej czapce, zawinięty dosłownie we wszystko, co się do tego nadawało. Samochody zatrzymywały się, bo ludzie myśleli, że coś się stało – mówi Marcin.

Konferencja prasowa przed Traktorijadą.
Marcin w asyście Milana Stojkovicia Godzy, wiceprezedenta Leskovaca.Konferencja prasowa przed Traktorijadą. Marcin w asyście Milana Stojkovicia Godzy, wiceprezedenta Leskovaca. archiwum autora

Tak zaczęła się trwająca z przerwami niemal do teraz wyprawa przez Słowację, Węgry, Słowenię, Włochy, Chorwację, Bośnię, Czarnogórę, Albanię, Macedonię, Grecję i Serbię. W Grecji Marcin zaatakował swoim C328 Olimp. Jego traktor ma osiem przełożeń skrzyni biegów: trzy wolne, trzy szybkie i dwa do tyłu. Wolne w terenie odgrywają rolę reduktora. Jazdę w trudnych warunkach ułatwia włączana nogą blokada mechanizmu różnicowego tylnej osi, na którą przekazywany jest napęd. Marcin ruszył na Olimp starą drogą zbudowaną przez wojsko. Po tym jak uporał się z unoszącymi się przednimi kołami, udało mu się dotrzeć 700 m pod szczyt, w miejsce, gdzie nie dojechała przedtem żadna maszyna rolnicza. Tam spędził dwie noce po czym zawrócił i zaczął się zjazd.

– Można było hamować tylko biegami, bo traktor nie ma tak wydajnego hamulca. Ponieważ nie gazowałem, to w komorach cylindrów zaczęło się gromadzić paliwo. W pewnej chwili z rury wydechowej eksplodował żywy ogień. Na serio bałem się, że traktor za chwilę wybuchnie – mówi Marcin. Ursus jednak ostygł, a potem – już w następnym etapie – zawiózł ich do Serbii.

Może rakiju?

– Jesteśmy przyzwyczajeni, że ludzie do nas machają. O, jadą wariaci na traktorze! – mówi Marcin. – Ale tym razem czuliśmy, że to wszystko jest mocno przerysowane. W końcu podszedł do nas jakiś facet i pokazał nam, co się dzieje. Zobaczyliśmy portale społecznościowe i zdjęcia z setkami tysięcy odsłon. To zaczęło się od medialnego newsa, że z Polski przyjechał traktor. Każdy, kto się na nas natknął, dokumentował to i wysyłał zdjęcia do gazety, która tworzyła mapę przejazdu naszego traktora – mówi Marcin.

Zawodnicy na starcie I Międzynarodowych Wyścigów Traktorów
w miejscowości Gornja Jajina w Serbii.Zawodnicy na starcie I Międzynarodowych Wyścigów Traktorów w miejscowości Gornja Jajina w Serbii. archiwum autora

Wszędzie gdzie się zatrzymywali, pojawiali się przyjaźni miejscowi. – Dowiedziałem się, że najpopularniejszym serbskim zwrotem jest: „Może rakiju?” – mówi Marcin. Po przejechaniu 5 tys. km dotarli do miejscowości Gornja Jajina, malowniczej górskiej wioski, gdzie ich pojawienie się stało się pretekstem do wydania tygodniowej fiesty. Dotarła nawet telewizja z Belgradu, a Marcin i Monika zorganizowali wyścig traktorów.

– Zainteresowanie przerosło nasze oczekiwania. Na plac zjechało ponad 30 maszyn, a uroczyste otwarcie pierwszych międzynarodowych zawodów traktorzystów w Serbii celebrował wiceprezydent pobliskiego Leskovaca – mówi Marcin. Ten kontakt także zaowocował praktycznymi korzyściami, bo na następnej wystawie rolniczej będą tam polskie produkty.

Afryka na horyzoncie

– Chcemy dotrzeć do Afryki. Ale na drodze znów stanęły nam konflikty. Przeczekaliśmy dwie zimy w Grecji, licząc że sytuacja się poprawi, lecz na granicy Turcji dzieją się teraz takie rzeczy, że odpuściliśmy. Wracamy więc do Polski i chcemy wysłać traktor do Afryki statkiem – mówi Marcin. Tam z Moniką zamierzają zrealizować ambitny plan, czyli stworzyć montownię maszyn rolniczych. Ich wyprawy to nie tylko włóczęga w poszukiwaniu przygód, ale raczej kontynuacja programu, który był podstawą pierwszej eskapady.

– Wszędzie promujemy polską myśl techniczną, pokazując, że maszyna wyprodukowana ponad pół wieku temu nadal świetnie daje sobie radę. Przypominamy o wspaniałej historii fabryki w Ursusie.

Jeszcze w latach 80. co roku wyjeżdżało z niej 50 tys. traktorów. To był jeden z największych producentów ciągników na świecie. Dziś w Polsce jeżdżą dwa miliony traktorów, z czego milion to ursusy – mówi Marcin. – Dlaczego upadła taka fabryka? – pytam. – Na to pytanie najprościej odpowiedzieć sobie, patrząc, kto sprzedaje teraz u nas najwięcej ciągników – odpowiada Marcin zagadkowo.

14 czerwca odbędzie się pierwszy zlot zabytkowych ursusów. Oczywiście w Ursusie.

– Zapraszamy sympatyków polskiej motoryzacji – mówi Marcin i dodaje: – My, czując się spadkobiercami tradycji, jedziemy dalej, wierząc, że Ursus objedzie świat dookoła.