Parowóz i Chrystus

W Tel Awiwie i na pustyni

Samochód wynająłem w Tel Awiwie. Wyżelowany agent trzy razy powtórzył, że nie mam prawa jeździć na Zachodni Brzeg Jordanu ani do Strefy Gazy. Trzy razy przytaknąłem, po czym prosto z jego biura pomknąłem w stronę palestyńskiego Jerycha - najstarszego miasta na świecie. A dlaczego niby nie! Autostrady Tel Awiw-Jerozolima nie powstydziłby się nawet rząd Tuska. Izrael zdobył Święte Miasto w 1967 r. Wtedy też Izraelczycy zabrali Jordańczykom Palestynę. Jerozolima dzieli się dziś na część żydowską i arabską. Pierwsza wygląda jak miasto amerykańskie. Szerokie ulice, wzdłuż nich palmy. Niskie, zadbane budynki.

I nagle, zza zakrętu, wyłania się zupełnie inne miasto - to jego arabska część. Zmiana jest całkowicie zaskakująca. Domy z parterowych zmieniają się w kilkupiętrowe, ulice z wysprzątanych w zawalone śmieciami (śmieciarki dużo rzadziej przyjeżdżają do palestyńskich dzielnic), a krajobraz z nizinnego nagle przeskakuje w górski.

W depresji i w meczecie

Kilka kilometrów dalej brązowy znak wskazujący atrakcje turystyczne poleca zjazd w prawo, żeby zobaczyć "poziom morza". Co to może być - zachodzę w głowę. Okazuje się, że jest to tylko kreseczka namalowana na górze. Od tej pory będzie niżej i niżej, aż nad Morzem Martwym wysokość (niskość?) wyniesie 400 m poniżej poziomu morza. To największa depresja na świecie.

Kolejny znak znów poleca skręt w prawo. Tym razem do Nebi Musa . Musa to po arabsku Mojżesz. Świetnie! Skręcam. Trafiam do stareńkiego meczetu, koło którego stoi kulawy wielbłąd, a pamiątki sprzedaje facet o wyglądzie włoskiego mafiosa. Wchodzę do środka. Zaczepia mnie gość z brodą, której chłopaki z

- Tu jest łatwiej, bo jesteśmy na pustyni. Trudno kupić narkotyki. A obecność świętego proroka wycisza. Wiesz, kiedyś przyjechał tu diler. Myślał, że sprzeda dużą działkę naraz. Ale moi chłopcy zdrowo mu dokopali. Więcej się nie pokazał.

Na górze i na obiedzie

Żeby wjechać do Jerycha, trzeba wytłumaczyć wszechobecnym izraelskim żołnierzom, co konkretnie będzie się tam robić. Tłumaczę więc, że będę zwiedzał większą atrakcję okolicy - górę, na której szatan kusił Chrystusa naj. Żołnierze kręcą trochę nosami, ale puszczają. Zaraz za ich posterunkiem zawieszam na antenie arafatkę - symbol walki o wolność Palestyny. Znajomi radzili, żebym tak zrobił - auto na białych izraelskich numerach wyróżnia się wśród żółtych tablic palestyńskich.

Na Górę Kuszenia prowadzi kolejka linowa. Reklamuje się jako najniżej położona kolejka górska na świecie. Wjazd na szczyt zajmuje kilka minut, a kosztuje sporo, postanawiam więc wdrapać się o własnych siłach. Nagle pod górę podjeżdżają dwa autokary z pielgrzymami z Etiopii, a ja przypominam sobie nazwiska wybitnych etiopskich biegaczy. Dlaczego? Bo czarni bracia w wierze dosłownie wbiegają pod dosyć stromą górę.

Widok z góry nie zapiera tchu w piersiach, ale jest przyjemny. Tutaj Chrystus pościł czterdzieści dni. Zastanawiam się chwilę, czy umiałbym tak samo... Nie, nie umiałbym. Prosto z góry idę na talerz ukochanego humusu - pasty z ciecierzycy, którą mógłbym jeść na kilogramy. Z radością odnotowuję, że ceny w Palestynie są o ponad połowę niższe niż w Izraelu. Samo Jerycho słynie z malutkich, pysznych bananów. Pytam sprzedawców, jak to możliwe, że dwie torby warzyw i owoców mam u nich za cenę paczki ziemniaków w Izraelu. - Izraelczycy biorą wszystko ze swoich kibuców - mówi arabski sprzedawca. - Kibuce są drogie, ale kupowanie tam to objaw patriotyzmu. My sprowadzamy z Egiptu i Syrii, gdzie jest tanio. - Szkoda, że hotele nie są takie tanie - wzdycham, bo Palestyna oferuje wyłącznie wyższą półkę cenową. Niespodziewanie sprzedawca warzyw bierze mnie na noc do siebie do domu. - Tylko nie chrap, bo cię wygonię z powrotem do Izraela - śmieje się.

Potem spaceruję po starówce. Na każdym kroku widzę plakaty z męczennikami - chłopcami w wieku moich młodszych braci - którzy wysadzili się w powietrze, by Palestyna rosła w siłę. Ubrani w najlepsze ciuchy (jeden nawet w koszulę z napisem Spiderman), pozują do zdjęć z wielkimi karabinami i bazookami. Większość już nie żyje. Koledzy wznoszą ku ich czci ołtarzyki. Tu, w Nablusie, ołtarzyków jest najwięcej.

Między wąskimi uliczkami starego miasta znajduję poturecki hamam, czyli łaźnię. Za 30 szekli dostaję kawałek gąbki i ręcznik. Wchodzę do stareńkiego budynku. W pierwszym pomieszczeniu jest gorąca podłoga. W drugim - trochę pary. W trzecim - takie jej kłęby, że kompletnie nic nie widać. Siedzę trochę tutaj, wybiegam pod zimny prysznic, znów idę do pary - i tak kilka razy. Na koniec za dodatkowych 10 szekli zamawiam masaż. Facet od masażu ma biceps wielkości mojego uda. Kiedy wbija mi kciuk w łydkę, chcę zrezygnować. Niestety - nie mówi po angielsku. Uśmiecha się tylko i powtarza - good, good. Masuje mi plecy, ręce, a na koniec skręca kark i wysyła do kasy.

Żołnierze, którzy pilnują ciała Arafata, pięknie pozują do zdjęć, ale jak tylko schowam aparat, zostawiają wodza samego i idą zapalić papierosa. Dopytują mnie, kim jestem, skąd przyjechałem i co robię w Palestynie. Nie ma tu wielu turystów, więc dobrej okazji do pogadania z kimś ze świata nie odpuszcza się łatwo. Jednego z nich zabieram ze sobą do Hebronu. Całą drogę, łamanym angielskim, opowiada coś o swojej siostrze, która ma wielki sklep gdzieś w Jerozolimie. Słucham przez grzeczność, a potem odwdzięczam się historią o wujku, który za komuny miał wypożyczalnię kaset wideo.

Na dachu i w kawiarni

Hebron to najsmutniejsze miasto, w jakim byłem. Pół starówki jest wymarłe. Wszystko przez izraelskie osiedle, wybudowane w samym jej sercu. Miasto na pół podzielił Abraham. I Żydzi, i Arabowie wierzą, że jest on pochowany w meczecie w środku miasta. Kłócą się o ten jego grób okrutnie. Chrześcijanie też wierzą, że tu jest grób Abrahama, ale z nikim się nie kłócą. Dlatego mogą wejść do świątyni albo od strony muzułmańskiej, albo od żydowskiej. Obie oddzielone są od siebie kuloodporną szybą - jedni rzucali w drugich kamieniami, a nawet strzelali.

Zasiedziałem się w małej kawiarni i zostałem bez noclegu. Znów jednak palestyńska gościnność załatwiła sprawę za mnie. Dwóch facetów pokłóciło się poważnie, u którego mam spać. Żaden nie chciał nic w zamian. Jeden obiecywał śniadanie, wybrałem więc jego. Okazało się, że mieszka w 800-letnim domu, na samej granicy z osadnikami. Na sąsiednim dachu swoje stanowisko mieli izraelscy żołnierze. Nocą siedzieliśmy na dachu, paliliśmy fajkę wodną i słyszeliśmy, jak żołnierze dzwonią do swoich dziewczyn. Gospodarz miał na imię Mustafa i tłumaczył mi z hebrajskiego, co mówią. - Teraz mówi, że kocha... Że będzie w piątek w ich mieście... Że pójdą gdzieś razem... Z Hebronu jadę jeszcze do Betlejem, odwiedzam Grotę Narodzenia i... kościół Świętego Mleka. Wybudowano go w miejscu, gdzie Maryi pociekło mleko w czasie karmienia. W moim prywatnym rankingu miejsc kuriozalnych zajął pierwsze miejsce. Drugi był klasztor w Jerychu, wybudowany przy drzewie, na które wdrapał się jeden z apostołów.

Jak tam dotrzeć?

Ceny:

Tekst i zdjęcia: Witold Szabłowski

Czytaj też na Logo24 :

Mrówki na przystawkę  (Australia)

Koleją na Dach Świata  (Tybet)

Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża  (USA)

Heban i kość słoniowa  (Wybrzeże Kości Słoniowej)