Bracia Kaczyńscy kochali jeszcze Lecha Wałęsę, Niemcy z Monachium potrzebowali wizy, żeby pojechać do Drezna, a Agnieszka Radwańska dopiero wymachiwała grzechotką w kształcie rakiety tenisowej, kiedy po raz pierwszy zająłem się baseballem. Miałem wtedy 14 lat, z wizyty w USA przywiozłem kij, piłkę i rękawicę, a po nocach roiłem sobie, że rozświetlę ciemną Polskę kagankiem baseballowej oświaty. Szybko mi przeszło. Kolegom mój entuzjazm udzielał się przez dwa tygodnie, ja sam wkrótce też wydoroślałem i pojąłem, że żaden sport nie może się równać z piłką nożną. Ale życzliwość do baseballu i znajomość jego reguł pozostały mi do dziś.

W tym wszystkim najzabawniejsze było to, że dotąd nigdy nie widziałem ani jednego meczu zawodowej ligi baseballu, amerykańskiej MLB. Okazja nadarzyła się wreszcie w ubiegłym roku w Miami, gdzie miejscowe Marliny podejmowały Metsów z Nowego Jorku.

Ale tego, że borykają się z najniższą w zawodowych ligach USA frekwencją, nie wiedziałem. Bywa, że na liczącym 70 tysięcy miejsc Dolphin Stadium jest mniej zagorzałych fanów niż widzów na filmach Andrzeja Żuławskiego.

Zaraz, kogo? Zagorzałych fanów? Nonsens. Sklerotyczni dziadkowie i okoliczne pijaczki, których pamiętam z trybun milicyjnej Olimpii Poznań w latach 80., mieli więcej wspólnego z fanatycznymi kibicami niż ta banda rozlazłych Amerykanów, kompletnie niezainteresowanych wydarzeniami na boisku.

pań siedzących w moim sektorze i przeciskającej się w kierunku stoiska z piwem i popcornem. Majówkowej atmosfery dopełnia fakt, że kibice siedzą na widowni zupełnie wymieszani. Po naszej prawej stronie i z przodu siedzą fani Metsów. Po lewej i za nami - Marlinów. Zero agresji, zero niechęci, skoczę panu po piwko, pani pozwoli, piękna dziś pogoda, nieprawdaż?

Na dwóch gigantycznych telebimach w każdej przerwie (czyli co ok. 5 minut) wyświetlane są krótkie filmy, w których lokalna maskotka, Marlin Billy, pokazuje, co można zrobić z koszulką Metsów (wysmarkać nos, użyć jako szmaty lub wycieraczki itp.). Wyobrażacie sobie coś takiego w Europie, nawet wśród najspokojniejszych kibiców piłkarskich? Po pierwszym filmie trybuny spłynęłyby krwią, a gwałty i pożoga nie miałyby końca. A tu miejscowi chichoczą, nowojorczycy zaś krzywią się z rozbawieniem jak przedszkolaki, kiedy któreś z dzieci puści bąka. Po szóstym inningu (jedna z dziewięciu części meczu baseballowego) jest wynik 2:2. Jeśli ktoś przyszedł tu - jak ja - oglądać mecz, to ma problem, bo dla większości nawalonych już kibiców ważniejsze są konkursy, pokazy cheerleaderek i wyczyny Marlina Billy'ego, który co chwilę obmacuje najładniejsze dziewczyny na widowni. Dużo większą zabawę ma moja żona, którą baseball obchodzi tyle, co mnie losy bohaterów serialu "Na Wspólnej".

Ewakuujemy się ze stadionu. Już w hotelu CNN informuje nas, że na boisku najciekawszy był ósmy inning, w którym Marliny zmasakrowały Metsów (cały mecz zakończył się wynikiem 7:3). 

Tekst: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Mikołaj Kirschke, SHUTTERSTOCK

Czytaj też na Logo24 :

Jazz na lodzie  (hokej)

Do śmierci lub bankructwa  (polo)

Park ostrego rocka  (Hard Rock Cafe)

Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża (USA)