Chcecie zobaczyć raj na Ziemi? No to ruszcie się - strofuje nas Carl, 50-letni postawny facet, Afrykaner. Zakochany w Namibii, choć tak naprawdę pochodzi z położonej nieco niżej na mapie Republiki Południowej Afryki. - Kocham ten kraj, bo jest tu pusto i cicho. Byłem raz w Europie. Nie podobało mi się. Za dużo ludzi - krzywi się na nasze pytania. Gdy po raz pierwszy wsiadamy z nim do białej furgonetki Toyoty na lotnisku w Windhuk, nie mamy jeszcze pojęcia, jak piękna, dzika i zaskakująca okaże się namibijska przygoda.

Kilka minut później pędzimy już bezkresnymi przestrzeniami środkowej Namibii, najpierw po asfalcie, później po pogrążonej w tumanach kurzu "autostradzie donikąd". Tak będzie przez tydzień, asfaltu nie zobaczymy prawie wcale, choć po kurzu i piasku podróżować będzie się całkiem komfortowo. Jest gorąco, sucho i niemal zupełnie bezwietrznie.

Bądź czujny

Namibia to kraj ogromny. Powierzchniowo równy dwóm Polskom, mimo że z niemal 20-krotnie mniejszą, ledwie 2-milionową populacją. Dawna niemiecka kolonia, niedawne terytorium zależne RPA, obecnie jeden z najbardziej kwitnących regionów czarnej Afryki. Kraj zaskakująco czysty, nieźle zorganizowany, wcale nietani, za to urokliwy i pociągający. Od razu warto zaznaczyć, że do zwiedzania wyłącznie samochodem. Najlepiej terenowym albo furgonetką, choć i zwykły osobowy z odpowiednim "kopem" powinien się sprawdzić, drogi Namibii utrzymane są bowiem bardzo dobrze. Przed nami dwa i pół tysiąca kilometrów do przejechania, od stolicy Windhuk (nowoczesne, stylowe

Z początku wieje grozą. Wystarczy jedna awaria i będziemy prażyć się przez kilka dni na obrzeżach wyludnionej pustyni Namib, w otępiającym słońcu, wśród suchych krzaków, skał, krętych, przyprawiających o dreszcze serpentyn dróg, pijąc tylko przeogromne zapasy wody mineralnej i pogryzając suche kanapki. Furgonetka jedzie jednak sprawnie, Carl okazuje się świetnym kierowcą i doskonałym obserwatorem. Potrafi zahamować z piskiem opon, aby pokazać stojącą na baczność przy drodze maleńką pustynną wiewiórkę, której jedynym zajęciem zdaje się być wypatrywanie, czy jej podziemnej norce nie grozi stratowanie przez słoniową nogę czy żyrafie kopyto.

- Jak ją dostrzegłeś? - pytamy. Carl, zaciągając się papierosem, mówi: - W Namibii musisz być czujny. Nie, żeby cokolwiek ci tu groziło, ale wiele możesz przegapić.

Panie ober, zebrę proszę!

Zmęczeni, przepoceni, docieramy wreszcie do kompleksu luksusowych bungalowów w sercu namibijskiej sawanny. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, wystarczy krótki wypad terenówką pod nieodległe wzgórza, aby zauważyć dostojny bieg stada afrykańskich strusi czy nostalgiczny marsz antylop. Nocleg - rewelacja!

Następny dzień - gigantyczne, olśniewające w słońcu czerwone wydmy. Choć mają obłe kształty, wspinamy się na nie jak na alpejskie szczyty. Po godzinie jesteśmy na górze. Co za widok! Wydmy na Saharze wydają się przy namibijskich jedynie niewielkimi kupkami piachu. Jeszcze spacer "granią", a potem jak dzieci zbiegamy w dół, grzęznąc w osuwającym się spod nóg pomarańczowym piasku. Dookoła krajobraz iście księżycowy, wyschnięte na pieprz krzaki, spękane na biało dna jezior sprzed milionów lat, gdzieniegdzie kości zwierząt, którym nie udało się ujść przed drapieżnikami. Podróżujemy terenowymi autami, mniejsze nie przejadą zasypanymi piaskiem, dostrzeganymi tylko przez wprawnych kierowców autochtonów drogami. Jedziemy w stronę wybrzeża. Po drodze jeszcze wąwóz z gigantycznymi, pełzającymi po skałach pajęczakami, z bacznie wypatrującym ofiary orłem i trującymi jak diabli krzakami, z których ukrywający się przed naszymi oczami namibijscy Buszmeni produkują słynne, zabójcze dla żywych organizmów strzałki-plujki. - Uwaga, kupa słonia - krzyczy nagle Carl, podając nam w ten sposób dość elektryzującą informację, że przed chwilą w poprzek drogi spacerował król afrykańskiej zwierzyny (albo i kilka słoni).

Opatrunek u Angeliny Jolie

Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, pustynie przechodzą w sawannę, sawanna w krzaczaste lasy, lasy w skały, skały znów w wydmy, wydmy wbijają się w ocean. Kiedy spacerujemy brzegiem Atlantyku pod Walvis Bay (dawne kolonialne miasteczko, znakomite miejsce wypadowe do surfingu i wypraw na ryby), pod naszymi stopami chrzęszczą miliony pękających muszli. Ogromne ślimaki, trudne do zidentyfikowania skorupiaki, całość sklejona aromatycznymi glonami, sprężystymi i ciągliwymi jak guma do żucia. Szosą nad samym brzegiem pędzą terenowe samochody. To niemieccy, holenderscy, amerykańscy i brytyjscy turyści, których wcale - z racji ogromnego terytorium Namibii - nie widać tak wielu. Jedni nurkują, inni surfują, jeszcze inni ścigają się po pustyniach quadami. Właśnie, quadami...

Namibia, AfrykaNamibia, Afryka Namibia, Afryka

Quady pod Walvis Bay wspominać będziemy długo. Jeszcze nigdzie nie pędziliśmy z taką prędkością wśród bezkresnych wydm, gór, ton piasku, które z jednej strony zachęcają do szaleńczej jazdy, z drugiej budzą oczywisty respekt. Nagle... mamy wypadek. Wskutek własnej brawury i nieostrożności spadamy z wielkiej wydmy, która, zamiast opadać łagodnie, ścięta jest pustynnym wiatrem niczym świeżo odkrojony kawałek tortu. Wali się na nas ciężki jak diabli quad, gdyby nie kaski, nie czytalibyście pewnie tego tekstu. A tak sińce i pokrwawienia polewamy wodą utlenioną w budynku wypożyczalni pod wielkim zdjęciem Angeliny Jolie z rodziną (aktorka adoptowała dwójkę namibijskich dzieci i kupiła tam sporą posiadłość). Potem mamy jeszcze okazję przetestować namibijską służbę zdrowia. Bez kolejek i problemów z rezerwacją trafiamy do świetnie mówiącego po angielsku lekarza w eleganckiej przychodni. - Mieliście szczęście, te quady to istne przekleństwo. Nieraz zdarzało nam się tu składać złamane kości - mówi. Nam przepisuje maść i mrugając okiem, zaleca wzajemne masaże.

Potem pędzimy już bez przystanków, by jeszcze przed zachodem słońca zdążyć do Twyfelfontein. W tym cudownym, ukrytym wśród brązowych jak lana czekolada skał, miejscu z zieloną trawą i niskim buszem czeka nas niespodzianka - zmierzające wolno do wodopoju i machające trąbami stado słoni. Twyfelfontein to szczególny punkt na naszej trasie - na skałach pradawne ludy wyryły pismo obrazkowe - wyżłobione w kamieniu żyrafy, lwy i antylopy wskazywały niegdyś szlaki polowania. Dziś wszystko to wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W sąsiedztwie mnóstwo przedziwnych form skalnych, z których każda liczy sobie wiele milionów lat. Jak chcesz, możesz polatać po okolicy dwupłatowcem albo zrobić sobie wycieczkę na tereny polowań lwów i innych kotowatych. To już zwiastun tego, co czeka nas w położonym nieco na północ dzikim parku Etosha. Powietrze wilgotnieje, robi się nieco chłodniej, a w myślach odzywa się oczekiwany z niecierpliwością pomruk skradającego się na polowanie lwa.

Po maści się nie chce

Furgonetki innych ciekawskich mkną już równo z nami. Wieść o największym w tej części Afryki naturalnym zwierzyńcu roznosi się bowiem lotem błyskawicy. Etosha to miejsce, gdzie nie wychodząc z samochodu, nie zatrzymując się na siatkach czy drutach, możesz obserwować słonie, żyrafy, oryksy, gibkie springboki czy kudu.

Musisz jednak uważać, zwłaszcza na agresywne słonie. Koniecznie pamiętaj, by trzymać stopę przygotowaną do wciśnięcia pedału gazu, bo jeśli kilkanaście razy większy od samochodu olbrzym ruszy w twoim kierunku, będziesz miał niewiele czasu na reakcję. A zderzenie z ogarniętym furią słoniem nie należy do przyjemnych, pracownicy parku informują o niebezpieczeństwach i czuwają w odpowiednich miejscach.

Wolno suniemy przez park, a nad koronami drzew widać głowy żyraf, zdarza się, że któraś przegalopuje, poruszając śmiesznie swymi długimi nogami, tuż przed maską samochodu. Wszędzie wokół zebry. Jest ich tak dużo, że czasami przed oczami mamy tylko paski. Wieczorem czujemy się nieco niezręcznie, gdy na kolację znów serwują mięso z zebry i oryksa.

Dwa i pół tysiąca kilometrów, zrywanie się o szóstej rano, skwar, suchość, odludzie. A mimo to trudno się opędzić uczuciom, że Namibia to jeden z najbardziej uwodzicielskich krajów. Nie wspominając o urodzie tamtejszych ludzi, zarówno pięknych, smukłych kobiet o hebanowej skórze, jak i postawnych, przystojnych mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z żurnala mody. Na tym bowiem polega namibijska przygoda: im dłużej włóczysz się po Namibii, tym bardziej ci jej później brakuje. Powrót do Europy okazuje się szokiem: jak tu głośno, jak huczno, jak szybko. I tak hojnie nie leją amaruli ani nie częstują suszonym antylopim mięsem do żucia...

Odurzające springboki

Springboki można podziwiać, jeść i... pić. Ta mała antylopa należy do najbardziej gibkich i zwinnych, jakie spotykamy na namibijskiej sawannie. Springboki potrafią szybko biegać, wykonywać śmieszne podskoki, a także walczyć zaciekle na rogi. W niektórych rejonach widać je na każdym kroku. Może dlatego, że jest ich tak dużo, ich mięso trafia często na talerze. Smakuje nieźle. Ale springbok to też nazwa ulubionego drinka przewodników safari. Składa się z amaruli (południowoafrykański likier) wymieszanej z likierem miętowym. W tej wersji springboki są zielone i wyjątkowo odurzające.

Ceny pobytu

Namibia jest droga. Najtańsza wersja to wynajęcie samochodu, a potem noclegi na kempingach lub prywatnych farmach.

Czasem bardziej opłaca się wykupić w jednej z licznych agencji turystycznej wycieczkę objazdową. Ma się zapewnione miejsce w samochodzie plus noclegi z wyżywieniem. Rozpiętość cen ogromna - zależy od standardu zakwaterowania.

Przykładowe ceny (zakładamy, że w samochodzie podróżują cztery osoby): 9-dniowy indywidualny objazd z noclegiem na kempingu ok. 400 euro na osobę, z noclegiem w tanim hotelu lub chatkach - ok. 600 euro. Za 21-dniowy objazd odpowiednio - 900 euro i 1700 euro.

Czytaj też na Logo24 :

Tekst i zdjęcia: Magdalena Kursa, Rafał Romanowski