Na południu jest wszystko, z czym obcokrajowcom kojarzą się Indie; kobiety w kolorowych sari, mężczyźni w białych koszulach lub w bawełnianych portkach omotanych między nogami jak pielucha. Świątynie różnych wyznań, święte krowy i świątynne słonie. Są pałace i koszmarne slumsy. A wszystko skąpane w tonach wszechobecnej muzyki z Bollywood i zapachu masali połączonej z wonią jaśminu i smrodem ulicy.

Życie na ulicy

Gdziekolwiek nie wylądowałoby się w Indiach, pierwszym szokiem jest ulica. Nawet w uważanym ponoć za najczystsze indyjskie miasto Bangalore, skąd my zaczynamy podróż. Królują tu pył, spaliny i wilgoć, tworzące lepką powłokę, która natychmiast pokrywa każdego od stóp do głów.

Stałym mieszkańcem wszystkich indyjskich ulic jest krowa. Na wsi skubie resztki suchej trawy. W miastach buszuje w śmieciach. Bo sacrum i profanum idą tu w parze.

Wolnoamerykanka na drodze

Podróżując po południu Indii, przejechaliśmy ponad 3 tys. km. Jeśli przemnożyć to przez jakość tutejszych dróg, to zrobiliśmy dwa razy tyle, a jeśli dodać styl jazdy tutejszych kierowców, to jakbyśmy objechali kulę ziemską dookoła.

Bo na indyjskich drogach pierwszą zasadą jest brak zasad. No, może z wyjątkiem tej, że kto większy, ten pierwszy. Ciężarówki gnające na czołowe zderzenie są standardem. Kiedy ich kierowcy zechcą wyprzedzać, nie przejmują się nadjeżdżającym z przeciwka samochodem osobowym. To mniejszy musi ratować się ucieczką na pobocze.

Światła są wyjątkowym luksusem. Pozycyjne, stopu, kierunkowskazy? A któż by się nimi przejmował. Ich rolę pełni klakson. Na każdej ciężarówce wypisane jest z tyłu: "Sound Horn" - czyli trąb. To nic, że większość kierowców to analfabeci - o czym się przekonaliśmy, gdy nasz kierowca zabłądził w drodze do Hampi. Nie potrafił przeczytać drogowskazu, a coś takiego jak mapa, którą wyciągnęliśmy z plecaka, widział pierwszy raz w życiu.

O ile ciężarówki to królowe szos, to królami są autobusy publiczne, zwane w Indiach "government cars" - samochody rządowe. One mają bezwzględne pierwszeństwo, czy to na górskiej serpentynie, na której autobusowi kierowcy wcale nie zdejmują nogi z gazu, czy na autostradzie.

Błogosławieństwo słonia

Pokonanie tych 3 tys. km to cena, jaką trzeba zapłacić za dotarcie do najciekawszych miejsc południa Indii. Po pierwsze Hampi - od 1986 r. na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Stolica średniowiecznego państwa Widżajanagar, którego ruiny do dziś zachwycają. W pałacu królowej kamienne kolumienki grają pod dotykiem wiatru. A Lotus Mahal ma konstrukcję zapewniającą przewiew niczym klimatyzowany pałac nawet w indyjskim upale.

W jego sąsiedztwie stoją potężne, kamienne stajnie słoni. Zaś prawdziwy, żywy słoń służy w tutejszej świątyni Wirupakszy i błogosławi trąbą tych, którzy włożą mu do niej pieniążek.

Kto odważny, wyrusza z Hampi do Badami, mijając po drodze średniowieczne świątynie. W Badami nie ma właściwie bazy turystycznej. Jedyny hotel z przyzwoitą liczbą gwiazdek, przeznaczony wyłącznie dla zagranicznych turystów, zapewnia typową indyjską atrakcję - dodatkowych lokatorów w pokoju. W naszym przypadku - szczura w szafie.

Ale Badami warte jest grzechu ze względu na tutejsze jaskinie świątynne. Datowane na IV-VII w., wykute w skałach nisze wypełniają płaskorzeźby przedstawiające wcielenia Wisznu i Sziwy. Trzy groty są bramistyczne, czwarta dżinistyczna.

Trzeci hit południowego stanu Karnataka to Mysore - miasto chętnie odwiedzane nie tylko przez turystów, ale także tłumnie przez samych Hindusów. Magnesem jest pałac maharadży, a zwłaszcza jego widok w sobotni wieczór, gdy rozbłyska światłem 60 tysięcy żarówek.

Warto pojechać kilkadziesiąt kilometrów dalej, do nie opisywanego w przewodnikach skupiska pięciu tysięcy Tybetańczyków. W Namdorling niewielu jest turystów, za to na każdym kroku można spotkać przyjaznych mnichów, flagi modlitewne powiewające na wietrze, młynki modlitewne, dzwonki i świątynie buddyjskie urzekające pięknem swojej architektury.

Herbata na drzewie

Gdy planowaliśmy podróż po południu Indii, żelaznym punktem programu były dla nas pola herbaciane w okolicach Munnaru. Położone w górach miasteczko cieszy nos rześkim powietrzem, a oczy widokiem wzgórz pokrytych plantacjami herbaty. Niektóre pola rozciągają się nawet na dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza i zwykle skąpane są w mgłach. Kobiety w spódnicach z grubej ceraty zagłębiają się w pola herbaciane i zbierają do koszy zawieszonych na głowach, zupełnie jak na reklamach, młodozielone, górne listki. Dodatkową atrakcją jest to, że wiele miejsc noclegowych znajduje się wprost na drzewie, na plantacjach herbaty. My spaliśmy w domku osadzonym w konarach potężnego eukaliptusa, osiem metrów nad ziemią. Domek składał się z łóżka przytulonego do pnia drzewa i miniaturowej łazienki. Miał światło i wodę oraz drabinę, po której trzeba się wspiąć, by do niego wejść. Warto zaryzykować, bo o świcie budzi śpiew ptaków tuż nad głową, a widok z okna na herbaciane wzgórza zapiera dech w piersiach.

W podróży po Nilgiri Hills wciąż balansuje się na granicy stanów Tamil Nadu i Kerali. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza wożąc ze sobą whisky czy dżin (stosowane, naturalnie, w celach higienicznych, m.in. do odkażania). Alkohol podlega bowiem ocleniu przy przekraczaniu granic stanowych, bo każdy stan w Indiach ma własne taksy.

Komunistyczny luksus

Naszą podróż kończymy na wybrzeżu Kerali. To stan rozciągnięty jak bagietka wzdłuż zachodniego wybrzeża południowych Indii. Tu kupuje się najpiękniejszą w Indiach srebrną biżuterię. A na targach przy plażach, niemal prosto z łodzi, świeżo złowione ryby, langusty i homary, które następnie zanosi się do okolicznych restauracyjek. Te żyją z tego, że przyrządzają przyniesione im stwory. Oczywiście wszędzie trzeba się długo targować: i kupując owoce morza, i negocjując ich przyrządzenie.

W Koczin, gdzie kiedyś przybył słynny portugalski żeglarz odkrywca Vasco da Gama i gdzie jest jego symboliczny grób, można nawet samemu złowić rybę, używając do tego ustawionych na wybrzeżu potężnych chińskich sieci. Ważące kilkaset kilogramów chińskie sieci obsługuje pięć-sześć osób. Ciągną za liny poruszające system przekładni.

Tak naprawdę jednak magnesem Kerali są backwaters, czyli potężne rozlewiska na styku lądu i oceanu, poprzecinane siatką liczących 1500 km kanałów.

Warto jednak wydać więcej i wynająć choćby na dobę house boat, czyli pływający dom. W zależności od liczby osób łodzie oferują od jednej do pięciu klimatyzowanych sypialni z łazienkami oraz otwarty salon, gdzie siedząc na fotelach, podziwia się mijane widoki i podgląda życie ludzi mieszkających w domach przycupniętych na skrawkach lądu między kanałami a polami ryżowymi.

Spowici w jedwabie

Wreszcie wracamy do Bangalore, indyjskiego centrum produkcji jedwabiu. Niedaleko od miasta są targi jedwabników. W wielkich skrzyniach leżą żółte i białe kokony, z których, jeśli nie trafią do przędzalni, wyjdą w ciągu kilku dni motyle.

Każdy kierowca zawiezie swych gości do fabryczki jedwabiu, gdzie w ciasnych klitkach huczą maszyny włókiennicze, a wciśnięty w nie Hindus ustawia piękne ściegi. Bele materiału, zwykle od sześciu do dziewięciu metrów, bo tyle potrzeba na jedno sari, trafiają następnie do położonego obok sklepu. Jego ściany od podłogi po sufit wypełniają kolorowe, przetykane złotą lub srebrną nicią kupony, czyli gotowe na suknię płachty jedwabiu.

Na krzesłach przed nimi siedzą kobiety i wybierają materiał na swoje sari. Jedwabne jest luksusem kosztującym około 200-300 dol. Na co dzień kobiety chodzą w bawełnianych - po kilka dolarów za sztukę. Choć większość kobiet w Indiach ubiera się w sari, trudno na ulicy spotkać dwa identyczne wzory.

Prócz kuponów dla kobiet, są i kupony dla mężczyzn. Służą do omotania się wokół pasa, a następnie spięcia powstałej w ten sposób spódnicy między nogami w gigantyczny "pampers". Odkryliśmy, że męskie kupony idealnie nadają się na bajecznie kolorowe obrusy.

Ostatniego dnia wraz z Sylwestrem i Elą, znajomymi, którzy ugościli nas w swej pięknej kolonialnej willi w Bangalore, udaliśmy się do lokalnego sklepu monopolowego, by kupić słynną indyjską whisky (bagpiper) i rum. Tubylcy, kupujący alkohol na małe szklaneczki, z zazdrością przyglądali się moim pełnym torbom z zakupami. Bagpiper w kolorze ciemnej słomki stoi w barku do dziś - nie mogę się przekonać do jego smaku. Rumu już nie ma - nie był wcale gorszy niż ten z Karaibów. Kiedy dręczy nas chandra, parzymy sobie herbatę z masalą i wspominamy najbielszy i największy ryż w naszym życiu - ryż z czerwonej Kerali.  

karimatę. Hotele średniej klasy, w których nocowaliśmy, zapewniają łazienkę z ciepłą wodą i śniadanie w cenie ok. 20-30 dol. za noc.

Wypożyczenie samochodu i podróżowanie na własną rękę to w tym kraju misja kamikadze. Jako grupa 7-osobowa wybraliśmy opcję: samochód z kierowcą, który za całe dwa tygodnie kosztował nas łącznie kilkaset dolarów.

Jedzenie jest tanie, nawet perwersyjny - jak na krainę świętych krów - stek w restauracji dla cudzoziemców kosztuje w granicach 5-7 dol.

Napiwki liczone są w rupiach

(1 dol. to 48,5 rupii) - 50 rupii to przyzwoity datek, także dla żebraków czy dla pilnujących buty przed świątyniami hinduistycznymi. Biorąc pod uwagę plecaki pełne zakupionych podczas wyprawy pamiątek, w postaci tybetańskich młynków modlitewnych, słoniowych dzwonków i jedwabnego sari, całość zmieściła się w ok. 6 tys. złotych.

Dieta masala

Pisząc o Indiach, nie można pominąć masali - czyli mieszanki ziół, którą dodaje się do wszystkiego. Masalą przyprawia się mięso, warzywa, ryż, herbatę, nawet słodycze. W związku z czym wszystko ma ostry, wypalający usta posmak. Pierwsze dwa dni takiego jedzenia to zachwyt egzotyką, potem jest już coraz gorzej. Pocieszeniem dla podniebienia są chlebki, które powinno się moczyć w owych pikantnościach. Dla nas stały się dodatkiem do kupowanych na straganach bananów. Anty-masal-dieta okazała się w naszym przypadku tak skuteczna, że po dwóch tygodniach ważyliśmy wszyscy o kilka kilogramów mniej.

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Pawlicka "Przekrój", Jacek Pawlicki "Gazeta Wyborcza"

Zobacz też inne podróże po Azji na Logo24 :

Czytaj w Znam.to: Kulinarny przewodnik po 12 krajach - książka dla głodnych świata!