Bo na wiosnę wszystko tutaj kwitnie. Olśniewająca roślinność o żywych barwach, mieszanka flory śródziemnomorskiej i tropikalnej, pokrywa wtedy prawie całe terytorium Libanu.

Dubajczycy i inni mieszkańcy pustynnych krajów Półwyspu Arabskiego upatrzyli sobie jako cel swoich eskapad tę Szwajcarię Bliskiego Wschodu, jak niekiedy mówi się o Libanie, zwłaszcza o jego północnej części. Tu właśnie, w otoczeniu pięknych gór znajduje się sześć nowoczesnych ośrodków narciarskich, z których najbardziej znany jest chyba Faraya-Mzaar Kfardebian.

 19 wyciągów, trasy zjazdowe dla profesjonalistów i amatorów, znakomita infrastruktura i knajpy z libańskim jedzeniem, o którym jeszcze wspomnę, bo libańska kuchnia to poezja na miarę co najmniej Dżubrana Chalila albo i lepiej.

Dżubran Chalil - największa literacka i malarska perła Libanu, żył i tworzył tuż obok dzisiejszych narciarskich tras, w niewielkim miasteczku Baszarri, w którym znajduje się jego dom, zamieniony na mauzoleum i muzeum wielkiego artysty.

Podczas słonecznych dni ze szczytów Mzaar Kfardebian rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na słynną biblijną dolinę Bekaa i góry Antylibanu oraz na miasta położone na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Przez szkła lornetki dostrzec można dzwonnice i minarety Bejrutu.

Po wizycie w Baszarri (znakomite figi na wagę!) już tylko zjazd samochodem, pośród winnic, gajów pomarańczowych i poskręcanych ze starości figowych drzew, do nadmorskiego Byblos, gdzie zanurzysz się w kojących falach al-Bahr al-Abjad czyli Morza Białego, bo tak w języku arabskim nazywa się morze po polsku zwane Śródziemnym. Narty i kąpiel morska w tym samym dniu. To doprawdy rzadkość, tylko w Libanie. A więc nie zapomnij nart...

Co było, umarło

Liban to historia. Antyczna Fenicja, Grecja, Rzym, Bizancjum, judaizm, islam i chrześcijaństwo. Rzymskie hipodromy, ruiny greckich świątyń przemieszane z maronickimi kościołami, średniowiecznymi meczetami i grobowcami szyickich świętych mężów. Francuska architektura, jakby żywcem przeniesiona z Marsylii czy Nicei - efekt francuskiego kolonializmu, greckie sklepy i restauracje i całkiem współczesne, pełne drapaczy chmur, centrum Bejrutu (stolicy Libanu), pękające od banków, supermarketów i salonów renomowanych firm z całego świata. Ach, Bejrut...

LibanLiban 

Godzinami przemierzałem jego szerokie, wysadzane palmami, smagane morskim wiatrem aleje, zanurzając się w plątaninie wąskich uliczek, jak w Paryżu czy Stambule, aby w błogosławionym cieniu stylowych kamienic zasiąść przy stoliku w małej kafejce i zapalić sziszę, popijając miętową herbatą albo piekielnie mocną kawą. Kamienic upstrzonych dziurami po karabinowych kulach - smutnym śladem walk, jakie targały tym pięknym miastem w ostatnich dziesięcioleciach.

Modne kreacje, jak z Paryża czy Rzymu, mieszają się z długimi galabijami i czarnymi niqabami, zza których widać tylko pomalowane czarnym kohlem piękne oczy kobiet. Dzwonki telefonów komórkowych i śpiewy muezinów przebijają się przez dźwięki kościelnych dzwonów i dudnienie rockowej muzyki dobiegające z klubów muzycznych, których jest tutaj - obok Tel Awiwu - największe nagromadzenie na Bliskim Wschodzie. Hałas. Nieustanny hałas. To miasto nigdy nie śpi. Do białego rana wszystko otwarte. Wystawy jubilerów kapią złotem, Givenchy, Armani, Boss, Jaguar i Ferrari. Wszystko spowite dymem z ulicznych smażalni kebabów. Widać wielkie pieniądze, podobnie jak w niedalekim Dubaju czy Abu Zabi, ale tam wszystko jest nowe, a w Bejrucie czuje się ducha historii sięgającej średniowiecza.

Bardzo stare ryby

Kiedy zapada ciepły wieczór, wszyscy ruszają na Corniche - elegancki, kilkukilometrowy nadmorski pasaż wysadzany palmami i bugenwillami.

Ghassan funduje mi kaak - przysmak sprzedawany z małych wózków, ciepłe, chrupiące podpłomyki obsypane sezamem. Z innych wózków spróbować można mrożonych owoców opuncji czy gorących kasztanów.

Przed stoiskami z napojami kolejki ludzi spragnionych świeżych, chłodnych soków z mango, pomarańczy czy granatów. Wszystko wyciskane na miejscu w niewiarygodnym tempie.

LibanLiban 

Bejrut nie jest wielki, ale stosunkowo rozległy i do tego położony na wzgórzach. Dlatego warto zwiedzać go taksówką. Można oczywiście wynająć taksówkę tylko dla siebie, ale i taniej, i przyjemniej będzie przemieszczać się po stolicy Libanu taksówka publiczną, w której obowiązuje stała opłata (ok. 3 zł). Kierowcy, krążąc po ulicach, zatrzymują się, zabierając i wysadzając kolejnych pasażerów. Można tak przejechać pół miasta ,prowadząc wesołą pogawędkę z przygodnie poznanymi ludźmi i kierowcą, który umili podróż nastawionym na cały regulator radiem z libańskimi albo amerykańskimi przebojami. Libańczycy są bardzo otwarci i wykształceni. W żadnym kraju arabskim nie spotkałem tylu ludzi mających taką dużą wiedzę o Polsce.

Ghassan śpiewa razem z radiem jakiś libański szlagier, a potem pokazuje mi najciekawsze budynki miasta, m.in. ogromny meczet Omara, strasznie zniszczony podczas bombardowań. Kiedy mijamy jakiś kościół, Ghassan na chwilę milknie, jego twarz poważnieje i mój libański przyjaciel wykonuje na piersiach znak krzyża. Jest maronitą. Ludność Libanu jest mniej więcej równo podzielona na muzułmanów i chrześcijan. Religia tutaj, tak jak i w całym rejonie Bliskiego Wschodu, jest traktowana niezwykle serio. Jeżeli wybierasz się w te strony, powinieneś o tym pamiętać. To zaskarbi ci sympatię.

Jeżeli jesteś zainteresowany historią, koniecznie każ się zawieźć do Muzeum Narodowego, z imponującą kolekcją sztuki fenickiej i rzymskiej. Ale największe wrażenie robi zbiór skamieniałych ryb, których wiek określa się na ok. 85 milionów lat! Tak myślami zbliżam się do obiadu.

Na początek baba ghanoug - kapitalna szara pacia z podwędzanych bakłażanów i sezamowego sosu. Obok sam sezamowy sos (tahina), obficie skropiony sokiem z limonek. Talerz z fantastycznym akałi - kruszonym serem podobnym do fety - i miska czarnych oliwek o smaku jak z bajki. Oczywiście, nieśmiertelny na całym Bliskim Wschodzie hummus - gęsty dip z cieciorki. Zwykłe gotowane buraki w zalewie czosnkowej wywołują u mnie ekstazę. Mlaszczemy bez żenady. Ghassan namawia nas, abyśmy skosztowali cytrynowych ćwiartek, wymieszanych z zielonymi i czerwonymi papryczkami chili. Te cytryny są kiszone - to specjalność całego świata arabskiego. Wymieszane z ostrą papryczką, smakują rewelacyjnie, ale nie każdy polubi ich specyficzny smak. Na środku stołu króluje fattoush - micha kaszy burghul wymieszanej z zieleniną, ogórkami, obficie polanej oliwą, cytrynowym sokiem i posypanej malutkimi grzankami. Obok labna - kulki z białego, słonego sera wymieszanego z jogurtem, ostrymi przyprawami i świeżą miętą. No i góra parzących palce chlebków w kształcie beretów, które nasz gospodarz zamówił telefonicznie z piekarni na dole. Chlebkami nabiera się jedzenie i wyciera talerz z resztek dipów, past i sosów. Ghassan znika na chwilę w kuchni, by się pojawić z półmiskiem smażonych bakłażanów, pomidorów, cebuli i malutkich cukinii. Wszystko pokryte gęstą warstwą za'ataru - mieszanką ziół - i posypane piniowymi orzeszkami. Można zwariować. Zatapiam się w smakach i aromatach. Nie przeszkadza mi nawet, że Ghassan do posiłku cały czas recytuje swoje wiersze po francusku, akompaniując sobie na okropnie rozstrojonym oudzie - arabskiej lutni.

A to dopiero wstęp do zasadniczego posiłku, którego opis muszę drastycznie skrócić, bo zabrałoby to lwią część mojego artykułu. Powiem tylko, że potem była jeszcze wyśmienita shorba 'ads - zupa z soczewicy, i blacha nadziewanej migdałami i orzechami kofty. Ghassan i Piotr z malutkich szklaneczek popijali podejrzany, biały płyn o intensywnym zapachu anyżku, ja poprzestałem na wodzie.

Na deser kawałki pistacjowej chałwy z akompaniamentem kardamonowej kawy. Ya hawa Beirut, ya halwa, Beirut... Jutro jedziemy na wieś, w góry.

Wesele na wsi

Wieś libańska nie przypomina wsi arabskiej znanej np. Egiptu czy Tunezji. Klimaty tutaj raczej grecko-tureckie, nawet bałkańskie. Kamienne domy ocienione wielkimi drzewami figowymi, plantacje oliwnych drzew, zadbane pola, winnice obsypane dorodnymi, granatowymi kiśćmi winogron; w Libanie miejscowi chrześcijanie od wieków wytwarzają doskonałe wina. Chateau Musar Rouge, z którego słynie przede wszystkim dolina Bekaa, znane jest i cenione przez koneserów w Europie.

Rodzina Ghassana przyjmuje nas na podwórzu okolonym bujnymi krzewami o fioletowych kwiatach. Pod ścianami i na oknach duża ilość glinianych doniczek z pelargoniami i dzikimi różami - znów widok jak z greckich wysp. Kozy leniwie zaglądają do mojego plecaka, wyszarpując sobie paczkę

Wieczorem jedziemy na ślubne przyjęcie do położonego kilka kilometrów dalej ośrodka górskiego, strzeżonego przez uzbrojonych w karabiny maszynowe żołnierzy. Na parkingu kilkaset samochodów. To tylko "małe wesele", zapowiada Ghassan. W holu głównym, gdzie odbywa się zasadnicza zabawa, jest grubo ponad tysiąc ludzi. Na zaimprowizowanej scenie kapela, odziana w ludowe stroje libańskich górali, gra muzykę tak niesamowicie rytmiczną, wciągającą i transową, że prawie wszyscy obecni zrywają się z miejsc, ruszając do zbiorowego tańca. Ten taniec to debka - taki libański polonez, tylko w zdecydowanie szybszym tempie. Prawie przez całe przyjęcie, do białego rana, muzycy wykonywali tylko debkę w różnych wariacjach, stylach i odmianach. Ani na chwilę nie przestali grać, zmieniali się tylko towarzyszące im wokalistki i wokaliści, śpiewając coraz to nowe piosenki. Nasz bejrucki przyjaciel pełnił funkcję wodzireja, prowadząc tańczący korowód setek ludzi, pląsając z butelką araku na głowie. Nigdy nie byłem na takiej imprezie. I co ciekawe: to było maronickie, nie muzułmańskie wesele, więc na wszystkich stołach stały po prostu masy butelek wina i araku. Nie zauważyłem jednak nikogo pijanego.

Następnego dnia rano pożegnaliśmy się z Ghassanem i pojechaliśmy minibusem na północ, w stronę syryjskiej granicy, do Trypolisu - drugiego co do wielkości miasta Libanu, słynnego z twierdzy krzyżowców oraz najlepszych ciastek na Bliskim Wschodzie.

Słodkie miasto

Nad miastem góruje imponująca forteca St. Gilles. Warto ją zwiedzić w środku. To rodzaj małego, średniowiecznego miasteczka z całą infrastrukturą wystarczającą na zabezpieczenie potrzeb prawie 3 tys. ludzi, bo tylu mieszkańców liczyła St. Gilles w epokach wypraw krzyżowych. Z murów rozpościera się piękna panorama Trypolisu, gór i morza. Podobno przy dobrej pogodzie przez szkła lornetek widać brzegi Cypru.

Trypolis to arabskie miasto, pełne wąskich uliczek zakończonych placami, na których rozłożyły swoje stragany suki, czyli bazary. Miasto dzieli się na ville nouvelle, gdzie w zieleni ogrodów kryją się wille i niskie apartamentowce, oraz na medinę - stare miasto, będące oryginalną mieszanką starej arabskiej i tureckiej architektury z elementami francuskimi. Tutaj znajdziesz największe atrakcje Trypolisu: Wielki Meczet z ogromnym patio modlitewnym oraz al-Qartawijję - średniowieczną medresę (religijną szkołę) ozdobioną niezwykłym portalem w kształcie plastra miodu.

Tuż obok znajduje się Hammam al-Abd, trzystuletnia turecka łaźnia, gdzie muskularne ręce milczących masażystów przywrócą formę psychofizyczną nawet najbardziej zapuszczonym pod tym względem. Dostaliśmy tam nieźle w kość. Łzy bólu spływały po brodach, kiedy masażyści poddawali nas wyrafinowanym, arabskim czy tureckim torturom. Na koniec szklanka gratisowej miętowej herbaty, a potem chce się po prostu fruwać.

No i oczywiście wspomniane już słodkości. Nie omieszkałem sprawdzić bliskowschodniej plotki o wyjątkowości trypolitańskich ciastek. Nie wiem czy są najlepsze, ale na pewno są doskonałe! Zwyczajem miejscowych cukierników jest wystawianie wielkich blach z ciastkami wprost na ulice, przed cukiernie, które nierzadko są też jednocześnie kawiarniami.

Specjalnością są tutaj kruche babeczki, nadziewane rodzajem budyniu z orzechami oraz absolutny przebój: halawat al-dżibni - słonawy, topiony ser polany gorącym, słodkim syropem i posypany pistacjami. Dziwne, cudowne pomieszanie słoności i słodkości tworzy niezapomniany, wprost fantastyczny smak.

Sprzedawcy stoją przed cukierniami, czyhając na przechodniów, aby wręcz na siłę poczęstować ich gratisowym ciastkiem, a potem zaprosić do wnętrza cukierni na słodką ucztę z kawą. Pamiętaj, żeby poprosić o achłę saadę - czyli kawę bez cukru, ewentualnie mazbut - tylko trochę słodzoną. W przeciwnym wypadku ulegniesz totalnemu zasłodzeniu. Kawiarnie i cukiernie pękają w szwach, pełne Libańczyków i turystów zajadających się ciastkami i deserami. Trypolis to rzeczywiście - jak mówią Libańczycy - il-medina hałła, słodkie miasto...

Seks na kamieniu

To miejsce (objęte  patronatem UNESCO), w którym rzeczywiście czuje się ogrom historii krain Morza Śródziemnego. Po zmroku, kapitalnie oświetlone, robi wrażenie nawet na tych, którzy nie przepadają za starożytnymi wykopaliskami (jak ja).

W Baalbeku jest jeszcze jedna rzecz warta odwiedzenia: to hadżar al-hubla, czyli kamień ciężarnej, podobno największy wyciosany kamień na naszej planecie. Ma 22 m długości i prawie 5 m wysokości, waży ok. 2 tys. ton! W czasach przedislamskich pary mające kłopot ze spłodzeniem potomka wdrapywały się na kamień, aby uprawiać na nim seks. Wierzono w cudowną moc kamienia, który jakoby obdarzał płodnością wszystkich zainteresowanych.

Zgubione miecze

Ostatni etap podróży to południe Libanu - nadmorskie miasta Sydon i Tyr. Z północnych gór docieramy tam autobusem w niespełna cztery godziny. Tyle czasu potrzeba, aby przejechać z jednego krańca Libanu na drugi. Sydon i Tyr leżą w strefie specyficznego, tropikalnego mikroklimatu. Wspomniane już widoki bananowych plantacji i gajów drzew mango rzeczywiście są niezwykłe.

Główną atrakcją Sydonu, miasta liczącego ponad 6 tys. lat, jest stara medina i XIII-wieczna twierdza krzyżowców. Pełno tu małych bazarów i średniowiecznych, przepięknych kamienic, pod murami których wylegują się stada kotów. Bazary Sydonu to miejsca, gdzie można dostać autentyczne, "nieturystyczne" dzieła sztuki libańskiej - turyści stosunkowo rzadko odwiedzają to miejsce. Biżuteria, mosiężne naczynia, wyroby z gliny i kolorowe kilimy warte są swojej (wysokiej, niestety) ceny. Warto odwiedzić XVII-wieczny karawanseraj Chan al-Farandż - zajazd dla cudzoziemców, składający się z krętych krużganków biegnących wokół dużego patio z fontanną pośrodku. Pod murami karawanseraju ulokowało się mnóstwo małych restauracyjek ze znakomitym, tanim jedzeniem. Nie, już nic nie mówię o jedzeniu. No dobrze, wspomnę tylko, że podają tutaj najlepsze w Libanie kibbeh nayi - tatara z mięsa jagnięcego lub koziego zmieszanego z kaszą burghul, orzechami pinii, za'atarem i oliwą. Do tego miseczka sosu jogurtowo-czosnkowego i gorący chleb. Do Libanu nie może przyjeżdżać nikt, kto dba o linię.

Po kibbeh nayi spacerek do Kasr al-Bahr, czyli Zamku Morskiego - twierdzy krzyżowców. Mamelucy, po wyparciu europejskiego rycerstwa, zniszczyli twierdzę, aby krzyżowcy nie powrócili już nigdy w te strony. Zamek, pomimo zniszczeń, jest jednak w bardzo dobrym stanie. Warto go obejrzeć. W środku niewielka kolekcja poszczerbionych mieczy czcigodnych panów z Lotaryngii i Prowansji.

W Bejrucie ostatni wieczór spędzamy w Blue Note Café przy sharia Makhoul. Kapitalny klub z jazzową muzyką (i nie tylko). A jaki podają tam batrakh! To arabski kawior z tuńczyka. Nigdzie nie smakuje tak jak w Libanie.           

Zdrowie

Nie ma specjalnych zagrożeń zdrowotnych. Usługi medyczne na średnim poziomie zach. europejskim, stosunkowo drogie (lekarze mówią biegle po francusku i angielsku), większość leków w aptekach można nabyć bez recepty.

Sprzedawcy

stoją przed cukierniami, czyhając na przechodniów, aby poczęstować ich gratisowym ciastkiem, a potem zaprosić do wnętrza na słodką ucztę z kawą. Pamiętaj, żeby poprosić o achłę saadę (kawę bez cukru), ewentualnie mazbut (trochę słodzoną).

Autor: Piotr Ibrahim Kalwas

Infografika: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Piotr Zieliński, Shutterstock, Forum/DPA, (montaż)

Zobacz też na Logo24 :