Nasz gościnny gospodarz Donovan McDonald wygląda jak Indianin z powieści - długowłosy, ciemnobrązowy, muskularny. Europejskie pochodzenie zdradzają jedynie oczy, błękitne i czyste jak bławatki. Jego pradziadek przywędrował do Ameryki ze Szkocji, a on sam jest żywą księgą amerykańskiej historii. Jego starszy brat nie przeżył wojny koreańskiej, a młodszy - przetrwał wietnamską, ale już nigdy nie był sobą. Żona Dona "poszła z mormonami z Utah", a on sam zrezygnował z cywilizacji, nabył długi na milę spłacheć czerwonej pustyni graniczący z rezerwatem Navajo i wybudował na nim swój własny mały raj, czyli wbitą w pagórek obszerną ziemiankę, do której energię czerpie z wiatru i słońca. Jest całkowicie niezależny. Nawet garnek do gotowania działa u niego na baterie słoneczne. Tylko wodę musi dowozić, w najbliższej okolicy jest jedynie wypełniające się raz do roku gliniastym mułem jeziorko.

- Teren ten należał kiedyś do rezerwatu i przypadł w posagu Navajo-girl, która wyszła za mąż za białego chłopaka - opowiada Don przy ognisku, w którym pieką się słodkie ziemniaki. - Postawił dla niej dom z widokiem na święte góry i przestrzeń, niestety, mieszkali tam ledwie kilka lat. Dziewczyna zmarła z dzieckiem przy porodzie, chłopak wyjechał i wystawił ziemię na sprzedaż.

- Navajo nie chcą swojej pustyni odzyskać?

- Wcześniej nie. Dopiero od kilku lat przysyłają oferty kupna dość regularnie. Ale to dobrzy sąsiedzi, szanujemy się.

Indiańska wioska, którą widać z gospodarstwa Dona, w nocy rozbłyska setkami świateł. Jeszcze kilka lat temu ledwo je było widać na horyzoncie, teraz stanowią konkurencję dla wyjątkowego, jak to na pustyni, blasku gwiazd.

- Wioska ta sama, nie jest większa - mówi Don - ale świateł przybyło, sąsiedzi mają już elektryczność.

Rzeczywiście, wioska niby ta sama - jeden sklepik, trzy pompy z benzyną, dwa stragany i psy liczące na poczęstunek, wszystko w szczerym polu - ale są i różnice. Znikła pamiętająca czasy pierwszych osadników skrzynka na pocztę, a w sklepiku nie sprzedają już wypiekanych przez babcie z rezerwatu ciastek i domowego wyrobu lizaków. Jest to, co wszędzie, i całkiem niezła jak na pustynne warunki kawa. Po większe zakupy i tak wszyscy jeżdżą do odległego raptem o 30 mil Walmartu, w którym znalazło zatrudnienie wielu Indian z okolicy. To w tym miasteczku udało mi się zobaczyć obrazek chyba najlepiej symbolizujący tamtejsze życie: młodziutka Indianka, ubrana w dżinsy i bawełnianą koszulkę, w jednej ręce trzyma zakupy, w drugiej kawałek pizzy, a na plecach niesie przytroczone skórzanymi paskami maleńkie dziecko, zamknięte w wydłubanej z jednego kawałka drewna i ozdobionej ochronnymi symbolami kolebce, takiej, jakie można obejrzeć na starych zdjęciach. Okoliczni Indianie, głównie Navajo i Hopi, zwykle pracują w pobliskich miastach, takich jak Flagstaff i Winslow, i - jak w całej Ameryce - wieczorem widać sznur samochodów wracających do domu. Tyle tylko, że to dom w rezerwacie.

Ale poza tym fajnie się gada. - Oczywiście, że wiem, gdzie leży twój kraj - przekonuje mnie Zuni, z którym siedzimy w kucki przy podwórkowym piecu i czekamy na świeży chleb. Patrzę z lekkim niedowierzaniem. - Wstąpiliście niedawno do Unii Europejskiej i Walesa jest wasz - no, teraz to patrzę jak w święty obraz.

Cóż, w Ameryce kilkaset mil w jedną czy w drugą stronę nie robi różnicy. Szczególnie w krainie, w której całymi dniami jedzie się pustynnymi drogami, mając przed sobą i za sobą jedynie przestrzeń. Nazajutrz już z daleka widać zarys wypiętrzonych skał. Ostatni etap to kręta droga, wciąż w górę i w górę, poprzez niemal pionowe ściany skalne, rumowiska i okaleczone pożarami lasy. Łatwo sobie wyobrazić, jak musiało wyglądać docieranie na szczyt wiele lat temu, gdy tereny te zamieszkiwali przodkowie dzisiejszych Indian. Jeszcze kilka zakrętów i kolejnych miejsc widokowych, od których można się oderwać wyłącznie dlatego, że robi się coraz zimniej. Nagle wprost z nagich skał wyłaniają się zburzone, kamienne zamki, wieże i warowne miasta. Ma się wrażenie, że są wklejone w skałę.

IndianieIndianie 

Nie wiadomo, dlaczego te skalne siedliska zostały opuszczone przez mieszkańców. Może w osadach zaczęło drastycznie brakować wody, może spowodowały to względy religijne albo epidemie wyniszczające ludność aż do całkowitej zagłady. Nie brakuje i wyjaśnień mniej przyziemnych. Zgodnie z nimi pierwsi mieszkańcy okolicznych jaskiń i budowniczowie skalnych puebli to kosmici, których statek uległ awarii, musieli więc jakoś przetrwać w bardzo ciężkich warunkach, aż do przybycia ekspedycji ratunkowej. Tajemnice tego miejsca zainspirowały np. twórców "Archiwum X", a stamtąd trafiły do miejskich legend. Filmowcy nieraz próbowali zresztą wtargnąć na Mesa Verde. Między innymi po to, żeby kręcić tam zdjęcia do filmu Spielberga "Indiana Jones i świątynia zagłady". Sprzeciwili się temu Hopi, najbardziej spośród współczesnych amerykańskich Indian gorliwi obrońcy tradycji. Ogłosili Mesa Verde niezwykle ważnym dla ich religii miejscem i producent odstąpił od pomysłu, choć formalnie teren nie stanowi własności żadnego szczepu.

Mesa Verde wchodzi w skład parku narodowego, więc obecnie zwiedza się niektóre obiekty trochę - jakby to ładnie powiedzieć - bez natchnienia. Płatne wędrówki przez poszczególne stanowiska rozpoczynają się w określonych godzinach i są podzielone na stopnie trudności, zresztą trochę na wyrost. Na trasie reklamowanej jako ekstremalna, na której wymagano specjalnego obuwia i zapasów wody, spokojnie dali sobie radę mocno starsi państwo. Mieli okrutnie grube okulary, które kazały przypuszczać, że nie przeczytali zbyt dokładnie, w jakiej ekstremalnej wyprawie biorą udział, więc nie mogli z niej zrezygnować. Ale buty mieli przepisowe, fakt. Ja chyba stałam się na chwilę niewidzialna, bo przeszłam przez kontrolę w sportowych klapkach, których nie zdążyłam zmienić, gnając z samochodu na ostatnią zbiórkę. Pani przewodniczka komentowała to później przy każdej okazji. Taka ciężka trasa, a takie niepoważne klapki. Idzie się w nich jednak całkiem dobrze, drabiny są strome, ale wygodne, w tunelach wszystko jedno, co się ma na nogach, a stopnie wykute w skałach są szerokie.

Jak się ma odrobinę szczęścia, można gdzieś tam, na którejś z tras spotkać pielgrzymującego do świętych miejsc przodków Indianina. Albo ducha. Naprawdę, niektóre z tamtejszych budowli znajdują się na liście nawiedzonych miejsc i szczycą się... kilkoma aktywnymi duchami.

Im więcej turystów, tym więcej miejsc pracy, choć zyski w dużej mierze zgarnia agencja turystyczna, która przygotowała infrastrukturę w tym kompletnie dzikim niegdyś miejscu. Pięknie tam jest! Choć dostęp trudny - żeby dostać się do wodospadów, trzeba zejść 13 km w dół wąziutką, stromą ścieżką, dosłownie przytulając się do góry. Z powrotem można wjechać na mule albo... helikopterem. Liczba miejsc na nocleg jest ograniczona, podobnie jak i ewakuacyjnych, więc nie wpuszcza się wszystkich chętnych. Lepiej sobie zarezerwować dzień wcześniej - na wszelki wypadek. W razie czego można wrócić do słynnej drogi 66 i przespać się w którymś z tamtejszych motelików przy drodze albo w nieco sztywnym, ale dobrze utrzymanym motelu Hualapajów w Peach Springs, znanych ze Skywalku nad Wielkim Kanionem.

IndianieIndianie 

Drogi spacer po niebie

Gdy byliśmy tam w pierwszym tygodniu po otwarciu, właśnie budowano drogę dojazdową, wielkie spycharki brnęły przez splątane kaktusy i kłujące pustynne krzewy, kurz unosił się niesamowity. Na miejscu parkowania - tłok, startujące helikoptery i śmigłowce wzbijały tumany kurzu, przenośne toalety podskakiwały, zamknięte w nich kobiety piszczały, nieco zdezorientowani ludzie biegali to tu, to tam. Okazało się, że dalej, do samej podkowy, można dojechać jedynie transportem zorganizowanym - i to była pierwsza zasadzka na turystów. W komunikatach podawano, że wejście na szklany taras kosztuje 25 dol. I to prawda, tyle tylko, że trzeba je wykupić w pakiecie. Najtańszy: dojazd autokarem, indiański poczęstunek, wstęp na platformę, zwiedzanie terenu, odebranie w sklepiku z pamiątkami dyplomu, powrót na parking - to 75 dol. od osoby. Ten sam program można mieć z dżipem, koniem albo helikopterem, występami itp. - za 150-250 dol. Z tym, że ceny się zmieniają, więc proszę je traktować jedynie jako wskazówkę.

Trzeba jeszcze odebrać dyplom umieszczony w strategicznym punkcie sklepiku z pamiątkami i można jechać dalej - na indiański poczęstunek, na stołach rozstawionych na krawędzi kanionu. Czarne, olbrzymie kruczyska już się nauczyły dopominać o swój udział w uczcie.

A sama podkowa - rzeczywiście niesamowita - wybiega dwadzieścia metrów w głąb, szkło jest grube, idealnie przezroczyste, stąpa się po nim z odruchową ostrożnością, nawet jeśli się wie, że konstrukcja ma spokojnie wytrzymać wiejące tu z prędkością 160 km/h wiatry. To zresztą tylko pierwsza część projektu. W przyszłości do podkowy ma być dobudowane olbrzymie kasyno z lądowiskiem, będzie można przylecieć z Las Vegas i zagrać sobie w ruletkę, a następnie wyjść z cygarem na szklany taras podziwiać naturę, którą pewnie z tej okazji podmalują i podświetlą. Dla mnie to wizja ze złego snu. Ale to teren Hualapajów, nie mój. Przejeżdżaliśmy przez ich rezerwat kilka lat przed powstaniem podkowy, wiem, jaką biedę klepali, więc ostatecznie wolę być skalpowana przez nich niż przez takiego Trumpa, który na trwałe oszpecił wybrzeże w Atlantic City pretensjonalnymi do bólu budynkami kasyn.

Szamani i hippisi

Nie chciało mi się kompletnie wspinać na jeden z vortexów i z niesmakiem spoglądałam na rześkich łykaczy energii, lecących pod sam szczyt. Zarzuciwszy buntowniczo nogi na deskę rozdzielczą, oddałam się rozmyślaniom, z których wynikło szybko i niezbicie, że porządny vortex musi działać również tu, nie tylko pod szczytem. Uspokojona już zupełnie, poczułam, że ktoś mi się bacznie przygląda. W fordzie bronco obok mnie siedział sobie staruteńki, pełen godności Indianin w pełnym, że tak powiem, rynsztunku, z siwymi warkoczami spętanymi rzemykami, w ozdobach z turkusów, ze skórzanym woreczkiem zawieszonym na szyi. Podniósł otwartą dłoń w tym charakterystycznym, znanym chyba każdemu, geście - tak, Indianie się tak czasem witają i jest to piękne przeżycie - ja natychmiast odruchowo zrobiłam to samo, jeszcze nie do końca wierząc, że to nie wizja. Spojrzeliśmy sobie w tym momencie prosto w oczy i uśmiech, a nawet chichot porozumienia ponad wszystkimi światami i kulturami przeleciał między nami. Oto spotkało się dwoje ludzi bezwzględnie wierzących, że kosmos, jak ma dać, to i tak da, bez całej tej wspinaczki w zimny wiatr. Nigdy nie wiesz, gdzie przeniknie cię tchnienie Manitu.               

Zobacz też na Logo24 :