Ach, stereotypy i uprzedzenia... Nie, w Erytrei nie ma już wojny od kilkunastu lat, a jedzenie jest po prostu wyborne. Od czasu kiedy ten nadmorski pas Abisynii po długotrwałej, wycieńczającej wojnie, odłączył się od Etiopii, w kraju panuje spokój. I o ile do Etiopii, znanej ze swoich historycznych zabytków i z przepięknych krajobrazów, przybywa coraz więcej turystów, sąsiednia Erytrea pozostaje miejscem dziewiczym i z rzadka tylko odwiedzanym. A naprawdę warto tam się udać. Jest bardzo bezpiecznie. Bezpieczniej niż w Polsce.

Europejski spokój

O niepopularności tego niedużego (jak na Afrykę) kraju świadczy fakt, że z ogromnego boeinga Lufthansy, który przywiózł mnie do stolicy Erytrei - Asmary, wysiadło razem ze mną 12 osób. Lot był z Frankfurtu, przez Kair. Do Kairu samolot był pełen ludzi, głównie spragnionych widoku piramid i Sfinksa niemieckich turystów i Egipcjan. W Kairze był dwugodzinny postój, podczas którego prawie wszyscy opuścili pokład. Zostałem tylko ja, kilku Erytrejczyków i paru pracowników miejscowej placówki ONZ.

Lądowaliśmy w środku nocy, w dużej mgle. Na ekranie telebimu pokazującego wysokość samolotu nad poziomem morza widniała liczba 2350 m, kiedy boeing łagodnie dotknął kołami lotniska. Asmara leży właśnie na tej wysokości, w górach Sahel, dzikich, porośniętych drzewami pomarańczy, poskręcanymi ze starości wiekowymi oliwkami, aromatycznymi eukaliptusami i drzewami figowymi, z których niektóre mają podobno ponad dwa tysiące lat. Pięknych, tajemniczych górach, pełnych skłębionych chmur i judeochrześcijańskich klasztorów, jednych z najstarszych na świecie.

Lotnisko w Asmarze to dwa startowe pasy i kilka niedużych budynków, do których pasażerowie z samolotu udają się na własnych nogach. Wszystko oświetlone skąpym, bladym światłem kilku latarni. Cisza, zaskakujący jak na Afrykę chłód i zupełna pustka. Dwóch czy trzech pracowników lotniska podstawiło schody do drzwi boeinga, nikogo więcej. Tylko silny wiatr przypominał, że jesteśmy na górskim płaskowyżu. Wysiadałem z samolotu jako ostatni. Wielokrotnie latałem do Afryki. Lotniska Czarnego Lądu zawsze witały mnie falą gorącego powietrza, ludzkim gwarem, ostrym, oślepiającym słońcem i jaskrawymi kolorami afrykańskich strojów. Tu nic z tych rzeczy: ciemność, cisza, pustka i orzeźwiający chłód gór. Musiałem wyglądać na trochę zdumionego, bo niemiecka stewardesa spojrzała na mnie, roześmiała się, i wskazując dłonią na malutkie, senne lotnisko, powiedziała: tak, to tutaj.

W budynku był sklepik wolnocłowy, mała kawiarenka i czarna pani w mundurze, która sprawdzała paszporty. Spod policyjnej czapki wystawała jej wielka burza misternie skręconych, ufarbowanych henną, malutkich warkoczyków. Sprawdzała - to za dużo powiedziane. Z szerokim uśmiechem śnieżnobiałych zębów rzuciła tylko okiem na wizę i cichym, łagodnym głosem powiedziała: Welcome to Eritrea.

Taksówkarz za 11 dolarów zawiózł mnie do hotelu. Mimo że uśmiech nie schodził mu z brązowej, pooranej nacięciami twarzy, oprócz podania sumy należnej za kurs nie odezwał się do mnie ani słowem. Jechaliśmy przez kompletnie puste miasto, szerokimi ulicami wysadzanymi strzelistymi palmami. Ulicami pełnymi cieni bezszelestnie przesuwających się kotów i sporadycznie przemykających ludzkich postaci. Pomimo mroku dostrzegałem tutaj jakiś dziwny, jakby nieafrykański porządek, intuicyjnie wyczuwałem spokój i bezpieczeństwo, już nie miałem w sobie tego napięcia, które zawsze mi towarzyszy, kiedy po wylądowaniu taksówką przemierzam nieznane afrykańskie miasto. Nieliczne, świecące słabym światłem, reklamy w języku tigrinia, po arabsku i włosku nadawały nocnej Asmarze nastroju tajemniczego odrealnienia, które jednak złożyłem na karb zmęczenia.

W recepcji małego Sheghay Hotel przywitał mnie zaspany recepcjonista i równie zaspany, leżący na blacie biały kot. Ten pierwszy wręczył mi klucz do pokoju i pokazał palcem do góry. Nic nie powiedział. Tylko się promiennie uśmiechał.

Włoska stolica

Wcześnie rano obudziły mnie dzwony kościołów i śpiew muezina wzywający na pierwszą modlitwę. Wyszedłem na miasto w poszukiwaniu śniadania i od razu się zorientowałem, że moje odczucia z taksówki mnie nie myliły. To było miasto spokoju. Cisza, nieznana z żadnej innej afrykańskiej stolicy, uderzyła mnie od pierwszych kroków po zadbanych, czystych ulicach, na trotuary których wystawione były krzesełka niezliczonych kafejek i barów pełnych pochylonych nad płachtami gazet czarnych i brązowych panów w garniturach i nieskazitelnie białych koszulach. Towarzyszyły im przepiękne kobiety w długich, powłóczystych szatach, podzwaniające srebrnymi bransoletkami za każdym razem, gdy podnosiły z blatów małych stolików filiżanki z kawą czy gorącą czekoladą.

To było niesłychane: czułem, że jestem w Afryce, tropikalna roślinność, minarety meczetów, kolor ludzkiej skóry i stroje przypominały mi o tym na każdym kroku, a jednocześnie miałem wrażenie, jakbym znalazł się w jakimś kalabryjskim czy sycylijskim mieście, pełnym europejskich kamienic, pokrytych suszącym się praniem, i ciężkich budynków o charakterystycznych kształtach włoskiej architektury lat trzydziestych. Mieście, po którego ulicach przesuwają się stare, zdezelowane fiaty 600 i chmary skuterów z chłopakami w modnych T-shirtach i lustrzanych okularach. Jak w starych filmach włoskiego neorealizmu.

Restauracje reklamowały spaghetti, pizzę i pikantną indżirę (rodzaj naleśnika) z sosem piri-piri. Dookoła czułem intensywny aromat kawy z ekspresów, zapach świeżych ziół i smażonych kebabów, sprzedawany przez brodatych mężczyzn w białych galabijach. Kelnerzy, jak z włoskich knajp, tylko że czarni, roznosili na tacach puchary z truskawkowymi lodami, lukrowane rożki i wielkie kawały czekoladowych tortów. Ulicami przesuwał się tłum, ludzie w tradycyjnych, erytrejskich szatach przemieszani byli z kobietami i mężczyznami jakby żywcem wyjętymi z włoskich czy francuskich żurnali. Liberation Avenue - główna ulica Asmary - pękała od ludzkiej ciżby, samochodów, skuterów i ciągniętych przez osły kolorowych wózków, pełnych mango i daktyli, ale było niezwykle cicho, tylko stada małych papużek w koronach palm wrzeszczały niemożebnie.

Torrefazione Mohammed Abu Hamid - tak nazywała się moja kafejka. Dostałem w niej wyborne caffé marocchino con brioche za tak śmiesznie małe pieniądze, że nawet nie warto o tym pisać. I do tego wielką garść uśmiechów, to za darmo, i o tym trzeba pisać, bo to charakterystyczny znak tego niedużego, pięknego kraju, to symbol tego narodu. Uśmiech, bezinteresowny uśmiech. Takie było moje pierwsze afrykańskie śniadanie w Erytrei.

A, i jeszcze jedno. Coś dziwnego. Trochę obsceniczne, ale warte odnotowania. Kiedy siedziałem w kafejce i popijałem swoje marocchino, na skrzyżowaniu, na czerwonym świetle zatrzymała się fala samochodów i skuterów (tak, w Erytrei kierowcy respektują sygnalizację uliczną; to ewenement na skale afrykańską!) i jeden z młodych chłopaków, nie wyjmując papierosa z ust, przełożył nogę przez siedzenie vespy, rozpiął rozporek i zaczął sikać na środku ulicy. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Ale najdziwniejsze było to, że nikt na to nie zwrócił uwagi. Popatrzyłem po twarzach ludzi siedzących przy stolikach, nie było na nich cienia zdziwienia czy oburzenia. Zapaliło się zielone światło i chłopak odjechał z piskiem opon. Potem jeszcze raz widziałem coś równie zdumiewającego w Massaui: elegancko ubrany starszy pan, nie przerywając czytania gazety, wysikał się pod palmą na centralnym placu miasta.

Dopiero ostatniego dnia dowiedziałem się od jednego Erytrejczyka, że jest w Erytrei mała grupa etniczna (niestety nie zapamiętałem nazwy), której członkowie od wieków praktykują publiczne wypróżnianie się. Są dobrymi, prawymi i pełnymi kultury ludźmi - co wcale im nie przeszkadza oddawać mocz na oczach wszystkich. "Świat jest pełen form, a i w treści niebiedny" - jak powiadał poeta Edward Stachura. Jutro jadę na północ, do Nakfy i Massaui.

Podziemne miasta

Za opłotkami Asmary kończy się włoska bajka, a zaczyna afrykańska. Do położonej prawie 200 km na północ od stolicy Nakfy wiedzie droga pełna strasznych dziur i wybojów. Kręta, wijąca się szosa pokryta żwirem i resztkami asfaltu prowadzi przez dzikie góry o zapierających dech w piersiach przepaściach i wąskich tunelach, w których ledwo mieszczą się dwa samochody. Kierowca już na dworcu w Asmarze wyrecytował kilka wersetów z Biblii, po czym wcisnął gaz do dechy. W dodatku miał wyraźnie słabo działające hamulce, które wydawały z siebie potworne zgrzyty i piski przy każdym hamowaniu na stromych spadkach. Nie czułem się komfortowo. Przed oczami śmigał mi w zawrotnym tempie górski krajobraz pełen małych wiosek z domami pokrytymi dachami z trzciny i błotem, otoczonych palmowymi gajami i wysokimi kaktusami, oraz zardzewiałych wraków czołgów - echa wojny z Etiopią.

Kierowca pędził jak oszalały, niemal ocierając się o ściany wąwozów. W pewnym momencie puściły mi nerwy i zacząłem się wydzierać, żeby zwolnił. Po polsku. Ludzie, trochę zdziwieni, popatrzyli na mnie tak, jakby opętańcza jazda był dla nich czymś zupełnie naturalnym. Siedzący obok mnie stary, brodaty mężczyzna, wyglądający jak grecki mnich, monotonnym głosem recytował z małej książeczki religijne wersety. Na głowie miał malutką czapeczkę zwieńczoną jeszcze mniejszym krzyżem podłączonym bez wątpienia do ukrytej pod czapką bateryjki, albowiem krzyżyk cały czas pulsował kolorowym światełkiem. Widziałem tu takie elektryczne czapeczki na bazarach w wioskach i miasteczkach. Kiedy zacząłem wrzeszczeć na kierowcę, stary człowiek nawet na chwilę nie przerwał czytania świętego tekstu, tylko delikatnie wziął mnie za rękę. Siedząca w rzędzie po przeciwnej stronie zakwefiona kobieta karmiła przytulone do jej piersi niemowlę, w czasie gdy jej mąż niespiesznie wystukiwał coś na klawiaturze leżącego na kolanach laptopa. Chyba nigdy przedtem tak silnie nie odczułem afrykańskiej religijności i fatalizmu, jak wtedy, w erytrejskich górach. Do tego ten stary, rozklekotany, 50-letni grat, zapełniony odzianymi w tradycyjne stroje ludźmi, którzy ani na chwilę nie przestawali się modlić i rozmawiać przez telefony komórkowe najnowszej generacji. Na przemian docierały do mnie dźwięki telefonicznych dzwonków oraz SMS-ów i religijne zaśpiewy, zarówno chrześcijańskie, jak i muzułmańskie. Ten rozpędzony, zdezelowany autobus, pozostałość po europejskim kolonializmie, stanowił doskonałą alegorię współczesnej Afryki. Kierowca chyba mnie zrozumiał, bo zwolnił, i szczęśliwie wyjechaliśmy z górskiego pasma. Potem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów przez płaskowyż porośnięty lasami eukaliptusowymi, akacjami i ogromnymi baobabami. Już jest gorąco, strasznie gorąco. To Afryka, nie ma żadnych wątpliwości. Małe małpy rzucają w autobus kamykami i przegniłymi owocami. A autobus nie ma szyb. Zakrywam twarz plecakiem i wygrażam pięścią wrzeszczącym zwierzakom. Tak jak i Erytrejczycy w autobusie. Potem wszyscy się z tego śmiejemy i dzielimy się indżirą i owocami. Indżira to narodowe danie Erytrei i Etiopii. Wielki, miękki placek z brązowej mąki, w który zawija się wszystko, co znajduje się na stole: mięso, dżem, miód, owoce. Niektóre indżiry mają średnicę metra. Pamiętam, jak w jednym z hotelików w Keren kanadyjska turystka wzięła taką wielką indżirę za obrus i rozłożyła ją sobie na stole, troskliwie wygładzając brzegi. Zresztą dokładnie tak, jak to się robi w Erytrei. Podszedł do niej kelner i wylał na środek indżiry gęsty mięsny sos, co Kanadyjka przyjęła krzykiem oburzenia.

Ale teraz jestem jeszcze w zdezelowanym autobusie marki Fiat, który pamięta wczesne filmy Felliniego. Za oknem, pozbawionym szyby, widać namioty nomadów otoczone stadami wielbłądów i czarnych kóz. Po wyjechaniu z gór autobus często zatrzymuje się przy naprędce skleconych szałasach. Obwieszone srebrem kobiety, z wytatuowanymi twarzami, sprzedają coca-colę i smażone mięso zawijane w brązowe, pachnące olejem i ziołami indżiry...

W Nakfie - małym, pokrytym piaskiem i kurzem miasteczku przypominającym trochę ghost-towns z westernów - znajdują się słynne Podziemne Miasta - budowle, schrony i bunkry połączone tajemnymi korytarzami i przejściami. W czasie wojny z Etiopią były w nich szpitale, apteki, sklepy, szkoły, a nawet sale koncertowe i teatry.

Rano, po obowiązkowej kawie i indżirze z dżemem mango, pożegnałem się z Izajasem i wyruszyłem w stronę morza, do portu Massaua.

Turecki port

Wybrzeże Morza Czerwonego przywitało mnie potworną wilgocią i temperaturą 46 stopni. To nie była ta wilgotność, którą znamy z Krety czy Szarm el-Szejk. To było po prostu coś niewyobrażalnego: człowiek jest non stop mokry od stóp do głów, noc prawie wcale nie przynosi ulgi. Biorąc prysznic w hotelu w Massaui, wychodziłem spod niego cały mokry. Od potu. Wszystkie rzeczy: garderoba, kosmetyki, papierosy, książki, notatki były pokryte wilgocią. Nawet banknoty w portfelu. A morze - przepiękne i turkusowe, jak z pocztówek - wcale nie daje ulgi. Wydawało mi się, że jak pójdę na tutejszą plażę, to trochę ochłonę. Nic z tych rzeczy, kiedy stanąłem nad morskim brzegiem, poczułem, jakbym stanął przed otwartym, rozpalonym hutniczym piecem. Żar był po prostu niebywały. Ratunkiem jest tylko pokój z klimatyzacją albo przynajmniej z wielką marwahą - wiatrakiem u sufitu.

Okna zakryte drewnianymi, pięknymi maszrabijami - starymi, arabskimi okiennicami; przepiękne, masywne, drewniane drzwi, zdobione koranicznymi inskrypcjami, śpiew muezinów ponad dachami. Arabskie podcienia, tureckie domy, wąziutkie uliczki. W knajpach mężczyźni w białych dżelabach popalają szisze i popijają miętową herbatę z metalowych kubków. Na każdym rogu stare meczety ze strzelistymi minaretami. Chrześcijanie erytrejscy zamieszkują w górach i w głębi lądu, muzułmanie na wybrzeżu. Przystań portowa pełna dhow - drewnianych łodzi do dzisiaj budowanych bez użycia gwoździ. Wszystko senne, leniwe, nierealne, spowite upałem i białą mgłą...

Dzień w Massaui dzieli się na dwa etapy: przedpołudniowy, od 6 rano do 12, i wieczorny - od 5 po południu do późnej nocy. W środku dnia życie ustaje, taki niebotyczny żar leje się z nieba. Kto może, ten śpi.

Rekinie łowy

Ale wieczorem trzeba przemóc tropikalne zmęczenie i koniecznie udać się do jednej z jemeńskich knajpek (mieszka tutaj duża społeczność jemeńska), żeby spróbować massaueńskiego specialité - samak yemeni - marynowanej w chilli i sosie czosnkowym ryby smażonej w piecu tandoori, serwowanej z ciepłymi podpłomykami, świeżym jogurtem z ogórkami i suszonymi pomidorami w oliwie. To kapitalne danie, w którym czuć wpływy arabskie, włoskie i tureckie. Potem jeszcze makboussa, czyli mus z daktyli polany gorącym miodem, roztopionym masłem i orzechami. Niewiarygodnie dobre! Do tego koniecznie qahva muhr - fantastyczna, mocna jak diabli, przesycona przyprawami jemeńsfka kawa, i gratisowy dzbanek lodowatej wody z kranu, której pod żadnym pozorem nie wolno pić. Zapłaciłem za taki obiad mniej niż 12 zł. No i na koniec obowiązkowo szisza z owocową melasą. Trzy kwadranse rozkoszowania się aromatycznym dymem i obserwowania rybaków w portowej przystani wyrzucających z łodzi jeszcze się ruszające, ponaddwumetrowe rekiny. Ich płetwy eksportuje się do Japonii i Korei Płd. Podobno tutejsze rekiny mają wyjątkowo dobry smak.

W nocy spadł deszcz. Ogromna, tropikalna ulewa. Po prostu urwanie chmury, ściana wody. Trwało to może z pół godziny. Skończyło się równie niespodziewanie i gwałtownie, jak się zaczęło. Kiedy rano zszedłem na dół, recepcjonista powiedział mi, że to pierwszy deszcz od dwóch lat... Kiedy to mówił, zauważyłem, że jego zęby są spiłowane. Nieduże i ostre, jak u drapieżnej ryby. Jestem przyzwyczajony do różnych anomalii czy defektów u Afrykanów i zawsze zachowuję się taktownie. Nigdy nie zadaję pytań, a tym bardziej nie celuję w takich ludzi obiektywem aparatu, ale w przypadku recepcjonisty wiedziałem, że to nie choroba, tylko rytuał i tradycja. Czasami znak godny najwyższego szacunku, nobilitujący taką osobę w jej społeczności. Zapytałem więc recepcjonistę o zęby. Chłopak wyjaśnił mi, że pochodzi z grupy etnicznej Afarów, wśród których w niektórych rodzinach praktykuje się bardzo stary zwyczaj piłowania zębów. Po co? - Żeby wszyscy wiedzieli, że jestem Afarem - odpowiedział i roześmiał się, jak to Erytrejczyk.

Duże łowi się tylko harpunem albo po prostu nożem. Do dzisiaj żyją na Wyspach Dahlackich łowcy rekinów, którzy polują na te groźne ryby uzbrojeni tylko w krótki, ostry sztylet.

My złowiliśmy chyba z dziesięć sztuk, które Erytrejczycy od niechcenia rzucili na dno łodzi, a potem usiedli na jeszcze żywych i kłapiących szczękami rybach i beztrosko palili papierosy. Jakby siedzieli na ławce w parku. Ja chodziłem po łodzi na palcach, obserwując w oddali małe łódki poławiaczy pereł, którzy, w poszukiwaniu konch, zanurzali się w zielonych, przejrzystych wodach Morza Czerwonego, nic sobie nie robiąc z kłębiących się wokół oszalałych od zapachu krwi rekinów...

Na największej wyspie archipelagu Dahlak Kebir zwiedziłem ruiny ludzkich siedzib sprzed 1,5 tys. lat i grobowce o prawie tysiącletniej historii. W jedynym na wyspie hoteliku chciałem wynająć małe, przerdzewiałe na wylot suzuki samurai, ale mimo usilnych starań terenówka nie chciała zapalić. Zaproponowano mi w zamian osła, z czego ochoczo skorzystałem i zwiedziłem wyspę na grzbiecie tego sympatycznego zwierzęcia. Na Dahlak Kebir mieszkał na początku XX w. szejk Khalifa Abdul Wahab, który, jak mówią, miał największą kolekcję pereł na świecie. Ruiny jego willi do dzisiaj stoją nad brzegiem morza.

Dahlak to świetne miejsce do nurkowania (podobno najlepsze na Morzu Czerwonym). Pełno tu koralowych raf i wraków angielskich oraz tureckich okrętów, pomiędzy którymi przesuwają się stada rekinów i płaszczek.

To było raptem 150 km i trzy kwadranse lotu rzeczywiście wysłużonym, amerykańskim mooneyem, w którym wszystko trzeszczało, nie domykały się okna i drzwi, a silnik wył jak oszalały. Yasin spytał mnie, czy wolę lecieć wyżej czy niżej, a ja wybrałem tę drugą opcję, więc z wysokości kilkudziesięciu metrów mogłem oglądać krajobraz Erytrei, łącznie ze stadami hien, które przerażone rykiem samolociku pędziły przez pustynię, ujadając wściekle w naszą stronę. Yasin w czasie lotu ani na chwilę nie przestawał opowiadać mi historii swojego życia (był pilotem w Eritrean i Djiboutian Airlines), którą roztaczał przede mną, mieszając angielski, włoski, francuski i arabski - koniec końców prawie nic z tego nie zrozumiałem. Od czasu do czasu przetykał swój życiorys wspomnieniami różnych katastrof lotniczych, śmiejąc się do rozpuku i waląc mnie solidnie po plecach swoją wielką dłonią. Kiedy schodził do lądowania na mikroskopijnym lotnisku w miasteczku Akordat, wyłączył kontakt z wieżą lotniczą (oświadczył, że ich nie lubi) i przez komórkę konwersował wesoło z kolegą z Asmary. Spociłem się jeszcze bardziej niż podczas spaceru po Massaui.

W 15-tysięcznym Akordat nie ma nic ciekawego. No, może oprócz małego hoteliku o nazwie Lem Lem, a to ze względu na fotografię Stanisława Lema, najwyraźniej wydartą z okładki książki i przyczepioną pinezką w recepcji przez podróżników z Polski...

Zanim ruszyłem do klasztorów na pograniczu erytrejsko-etiopskim, udałem się bush-taksi, czyli wieloosobową taksówką, do położonej około 30 km na wschód od miasta małej wioski leżącej nad brzegiem mulistej rzeki Gasz.

Żyje tam niewielka, niezwykle ciekawa wspólnota Tacaruri (tacaru w języku tigriniya znaczy "czarny"). Tacaruri zajmują się polowaniem na małe krokodyle mieszkające w rzece i graniem na bębnach o membranach z krokodylej skóry własnej odmiany hip-hopu, a właściwie melorecytacją religijnych tekstów z zachodniej Afryki. Tak, tak, z zachodniej, to nie pomyłka. Do tego Tacaruri posługują się językiem będącym mieszanką arabskiego i dialektów z grupy hausa z północnej Nigerii, bo stamtąd właśnie pochodzą. Ponad sto lat temu przodkowie erytrejskich Tacaruri wyruszyli na wielbłądach z terenów dzisiejszej Nigerii do Mekki w Arabii Saudyjskiej. Po roku wędrówki dotarli na miejsce. W drodze powrotnej na terenie Erytrei, właśnie w okolicach rzeki Gasz, padły im wszystkie wielbłądy i zmuszeni byli zostać. Nie chcą wracać do Nigerii, mimo że, jak twierdzą, jest tam dużo więcej krokodyli niż w Erytrei.

Na koniec mojej erytrejskiej włóczęgi z plecakiem pojechałem w góry, na granicę z Etiopią. Na niedostępnych, często pokrytych śniegiem szczytach stoją klasztory i ortodoksyjne kościoły z czasów wczesnego judeochrześcijaństwa. W monasterze Debre Libanos z VI w. dzięki uprzejmości miejscowych mnichów zwiedziłem unikalną bibliotekę pełną manuskryptów, pisanych w starożytnym etiopskim języku g'eez, aramejskim, starogreckim i arabskim. Gościnni mnisi pokazali mi także katakumby z kolekcją kilkudziesięciu zasuszonych ciał ich braci sprzed wieków. Do tego zupełnie gratis klasztorna cela i prycza z kozią skórą, a na śniadanie kozi ser z indżirą i krystaliczna woda z górskiego strumienia. I morze uśmiechów. Jak wszędzie w Erytrei.     

Jak i za ile?

Erytrea to bezpieczne miejsce, przestępczość pospolita jest prawie nieznana. Nie należy zbaczać z głównych szlaków - do dzisiaj w ziemi tkwią miny z czasów wojny z Etiopią.

Obywatele polscy wjeżdżający do Erytrei muszą mieć wizę pobytową (30 USD) na miesiąc. Można ją uzyskać na lotnisku, ale przezorniej jednak będzie zdobyć ją przed wyjazdem. Najbliższa Ambasada Erytrei znajduje się w Berlinie.

Lufthansa oferuje połączenie z Warszawy przez Frankfurt za ok. 4500 zł. Można dostać bilet w promocji za ok. 3000 zł.

Walutą obowiązującą jest nakfa. 1 nakf = 0,2PLN. Na miejscu jest bardzo tanio. Całkiem dobry hotel (pokój 2-os.) to wydatek rzędu 40-50 zł. Obiad w lokalnej restauracji - 10 zł. Filiżanka kawa - 60-70 gr. Drogie jest wynajęcie samochodu terenowego z kierowcą - ok. 80-100 dol. za dzień i paliwo.

Erytreę można odwiedzać praktycznie przez cały rok, z wyjątkiem okresu od czerwca do końca sierpnia, kiedy w części górzystej trwa pora deszczowa, a na wybrzeżu Morza Czerwonego upały dochodzą do 55 stopni. Na wybrzeżu Morza Czerwonego przez cały rok występuje zagrożenie malarią.

Zobacz też na Logo24 :