Ekwador

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 25 czerwca  

Subject: Galapagos - foki, smoki i głuptaki

Obsługa lotniska w Galapagos przywitała nas w białych rękawiczkach i w maskach w obawie przed świńską grypą. W ramach prewencji spryskali nam ręce spirytusem, co chyba nie było bardzo skuteczne. Zaczęło się nie najlepiej. Spóźniłyśmy się na łódź na Isla Isabela, która odchodzi tylko raz dziennie o 14. Musiałyśmy czekać do następnego dnia.  

Morze o tej porze jest bardzo wzburzone i po dwóch godzinach na łódce miałyśmy poobijane organy, a większość chorowała. W dodatku kapitan miał złośliwą przyjemność ze zderzeń z trzymetrowymi falami. Katusze wynagrodziła nam piękna Isla Isabela. Wyspę zwiedzałyśmy same, a potem dołączyłyśmy do grupy przez pięć dni podróżującej statkiem. Tutaj to najlepszy sposób na zwiedzenie jak największej liczby wysp. Bogaci ludzie wybierają morskie cruise'y, mniej bogaci katamarany, a my łajbę o wdzięcznej nazwie "Amigo". Jej zaletami były przemiła obsługa, pyszne jedzenie i przyjazna atmosfera (tylko 16 osób). Choroba morska dziesiątkowała pasażerów. Mnie na szczęście to ominęło, ale za to byłam przeziębiona. Na wyspach zwierzęta nie boją się ludzi i spaceruje się między leniwie rozłożonymi fokami, które czasami zaczepiają dla zabawy, gniazdami z pisklakami i zastygłymi w słońcu legwanami. Informacja dla miłośników przyrody: udało mi się między innymi zobaczyć: pelikany, flamingi, niebieskonogie głuptaki, popisujące się tańcem przed partnerkami fregaty z napompowanym czerwonym balonem na szyi, ...letnie ogromne żółwie, haremy fok, morskie i lądowe legwany (dość paskudne minismoki), pierwsze czarno-czerwone, drugie czarno-żółte. Hitem było pływanie z rurką z młodymi fokami. Foczki podpływały tak blisko, że prawie stykałyśmy się nosami, i w ostatniej chwili zwinnie zawracały. Inne się gapiły do góry nogami i opływały mnie dookoła. Mogłam patrzeć na nie godzinami.

Ekwador Ekwador  Ekwador

From: Ania  

To: Przyjaciele

Date: 7 lipca 

Subject: Cotopaxi - wulkan niezdobyty

Przeziębienie kurowałam już na kontynencie, w górskiej hacjendzie, obłożona dwoma dalmatyńczykami i dwoma jamnikami przy kominku z widokiem na wulkan Cotopaxi. Tego typu miejsca prowadzą tutaj zazwyczaj obcokrajowcy zaślubieni z lokalnymi pięknościami.

Cotopaxi (5800 m) na kartkach pocztowych prezentuje się w słońcu niewinnie, wprawdzie do zdobycia samego szczytu potrzebny jest sprzęt (raki, liny i czekan), ale podejście nie jest specjalnie trudne. Wspinaczkę zaczyna się o północy, by po około pięciu godzinach zdobyć szczyt i wrócić ze zdjęciem znad brzegu krateru. Ponieważ już od dwóch dni pogoda była podła, zmrożony deszcz i silny wiatr, ludzie zawracali do schroniska już po 40 minutach. Zdecydowaliśmy (dwóch Niemców, Anglik, ja i dwóch przewodników) zacząć wspinaczkę w ciągu dnia zamiast w nocy. Wiało i padało, padało i wiało. Niemiec zrezygnował. Na lodowcu mieliśmy niebywałe szczęście, bo przejaśniło się na 15 min i mogliśmy wreszcie podziwiać widoki. Niestety potem przyszła śnieżyca i mgła. Na wysokości 5500 m n.p.m. zaczęłam mieć problemy z oddychaniem, jakby coś ciężkiego leżało na klatce piersiowej, każdy krok sprawiał ból, angielskiego kolegę bolała głowa, a ponieważ wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, zdecydowaliśmy się zawrócić. Zabrakło nam 300 m, ale i tak byłam przeszczęśliwa.

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 14 lipca  

Subject: Alao - jak sprzedawałam wiejski ser

Z turystycznego i głośnego Banos, bez zażycia kąpieli w wodach termalnych, wyruszyłam do Parku Narodowego Sangay. Utknęłam jednak w wiosce Alao. Dotarłam tam pod wieczór i się okazało, niestety, że siedziba Parku - w postaci jednego baraczku - jest zamknięta i nikt nie wie, gdzie mogę spać oraz znaleźć przewodnika. Jeden był właśnie w górach, drugi zajęty w polu, a trzeci wolał iść na fiestę. Miejscowa dziewczynka zaprowadziła mnie do sklepu, gdzie zastałam Elenę. Elena jest Metyską, miejscową nauczycielką, sklepową i właścicielką niewielkiej przydomowej wytwórni serów. Miałam szczęście, że na nią trafiłam, bo przyjęła mnie pod swój dach. Trzy dni czekałam bezowocnie na przewodnika, ale było to ciekawe doświadczenie i jedyna okazja, by poobserwować życie indigenos z bliska. Elena jest młodą wdową i mieszka jedynie z matką i 13-letnią pomocnicą. Matka i pomocnica są Indiankami - nie odzywały się do mnie przez dwa dni. Myślałam na początku, że nie rozumieją po hiszpańsku (tutejszym językiem jest keczua), ale to ich rezerwa i nieśmiałość. Dopiero trzeciego dnia wymieniłyśmy kilka słów. Do domu Eleny codziennie rano i wieczorem przychodzili mieszkańcy zdawać mleko na sery. Przez jedyną drogę w wiosce przewijali się pastuszkowie pędzący świnie i owce, jeźdźcy na koniach, kobiety z kołowrotkami z przędzą, usmarkane dzieci z psami. Czas upływał mi na pracy w sklepie (średnio jeden klient na dzień), pomocy przy robieniu serów, gotowaniu i ganianiu nieposłusznych kur. To tempo całkowicie mi odpowiadało.

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 22 lipca  

Subject: Vilcabamba - tajemnica długowieczności

Granica w La Balsa to most i biuro, gdzie urzędnik nigdy nie słyszał o Polsce. Nad szlabanem wisi siatka do gry w siatkówkę. Właśnie odbywał się mecz. Ze względu na zagrożenie grypą musiałam również zaliczyć kontrolę zdrowia, która polegała na czekaniu przez godzinę, aż doktor skończy grę i wręczy mi ulotkę pouczającą o myciu rąk i zasłanianiu buzi podczas kaszlu. Do naszego kombi weszło osiem osób, trzy z przodu, cztery z tylu i cztery plecaki w bagażniku z dodatkowym pasażerem. Zatrzymał nas policjant i wszyscy obcokrajowcy myśleli, że to z powodu przeładowania samochodu. Okazało się jednak, że policjant jako dziewiąty pasażer jedzie z nami w bagażniku.

Tym sposobem dotarłam do Chachapoyas, gdzie w zakładzie fotograficznym zaczepił mnie przewodnik, któremu wyłuszczyłam, że chciałabym poznać "prawdziwych" Indian. Dał mi kontakt do apu w San Mateo przy rzece Maranón.

Na Indian mówi się tu indigenos lub nativos, a nie Indianie, bo to obraźliwe. Plemię lub wioska to comunidad. Wódz nazywa się apu i jest wybierany przez społeczność co dwa lata. Comunidades zorganizowane sa w departamentos, czyli powiaty, i przewodzi im alcalde (burmistrz). Rozporządzeń alcalde powinny słuchać wszystkie comunidades, ale prawda jest taka, że są mocno niezależne i ostatnie zdanie należy do apu wioski.

Miałam okazję się przyjrzeć, jak upływa ich dzień. Nie jest pracowity. W tym klimacie inaczej się nie da. Rano cała rodzina z maczetami i koszykami zawieszonymi na głowie wybiera się na chacrę (poletko wyrwane dżungli), gdzie wycina chwasty, zbiera bulwy manioku i sadzi nowe krzaki (jakieś dwie godziny). Potem nie dzieje się za wiele. Matka przygotowuje posiłek, a dzieci opiekują się sobą nawzajem. Głowa rodziny przez resztę dnia nie robi nic, tylko wieczorem gra w piłkę.

From: Ania

To: Przyjaciele  

Date: 25 czerwca  

Subject: Ajachim - maniok, błoto i ayahuasca

Z uroczego miasteczka Borja wypłynęłam peke peke na spotkanie z indigenos z wioski Ajachim na końcu świata. Na miejscu poinformowano mnie, że apu jest na polowaniu i muszę czekać. Zakwaterowano mnie w domu jego syna, który mieszkał z żoną w ciąży i dwójką dzieci. Chata była dużą, z dachem ze strzechy i bez ścian, spało się na podłodze (na jednym kocu cała rodzina), w jednym rogu mieściło się palenisko i coś na kształt kuchni - zbiorowisko garnków. Przed chatą chacra (poletko) z maniokiem. Dookoła chude psy. Chata mieściła się zaraz przy rzece. Comunidad było ogromne, z wielkim placem i chatami wokół, większość z nich miała ściany z palików. Przed chatami piasek, biały jak na plaży, w tle łańcuch gór i dżungla, mnóstwo strumieni. Mężczyźni w ciągu dnia polują, idą po drewno lub pracują na chacrach (głównie maniok i banany). Kobiety zajmują się dziećmi, przygotowują posiłki, wyrywają maniok i piorą nad rzeką. Sporo czasu poświęca się też na iskanie z wszy, które się następnie rozgryza. Dzieci ganiają na golasa, ale pozostali noszą ubrania - piłkarskie koszulki cieszą się dużą popularnością. Po hiszpańsku mówią głównie mężczyźni, kobiety, dzieci i starsi raczej nie. Lokalną plaga są nietoperze, które - ssąc krew - roznoszą wściekliznę. Nie umilają życia małe, potwornie upierdliwe muszki. Pierwsze wrażenie? Sczeznę tutaj z brudu i zjedzą mnie wszy. Indigenos myją się ciągle w rzece i piorą ubrania codziennie, ale tutaj nie sposób być czystym. Błoto, pył i gorąco sprawiają, że po pięciu minutach jesteś spocony i brudny.

Dieta dość monotonna: maniok, maniok i maniok. Jako gościa uraczono mnie takimi frykasami, jak mahas (inaczej kapibara), żaba, kraby rzeczne i ryby. Poczęstowano mnie również najlepszym na świecie ananasem, podobną w smaku do pomarańczy coconą i obgotowanym owocem palmy (z czerwoną skórą i żółtym miąższem). Żeby zabić głód i w celach towarzyskich popija się masato (sfermentowany likier z manioku) i słabe wino z bananów. Oba trunki są smaczne, ale sposób przygotowania masato jest dość obrzydliwy: kobiety całymi dniami przeżuwają maniok i potem plują. To trochę przeszkadzało mi w piciu.

Zdziwiło mnie, ze nie okazują emocji, byli mnie bardzo ciekawi, ale udawali, że mnie nie widzą. Rodzina syna apu po trzech miesiącach nieobecności nie witała go uściskami, całusami czy nawet rozmową, było tak, jakby nigdy nie wyjeżdżał.

Na pytanie o tradycję odpowiadali oficjalnie, że teraz nie istnieje, bo są już cywilizowani, mają ubrania, szkołę i nową wiarę. Świętują według kalendarza ewangelickiego. Nie noszą już nawet na specjalne okazje korony z piór tukana, sukien z płótna i zdobnych opasek. Ocalały potrawy, sposób budowania chat i canoe. Trwa też tradycja ayahuasca - stosowania halucynogennej rośliny, której używa się, by zobaczyć swoją przyszłość i oczyścić organizm (wizjom towarzyszą silne wymioty). Przed oczami przewijają się obrazy, wyraziste jak klatki filmu. Indigenos wierzą, ze to sceny z ich przyszłości.

Pierwszy stopień to wąż reprezentujący królestwo zmarłych, drugi to puma - siła świata żywych, i ostatni - kondor, łączący nas z bogami. Schody w dół i schody w górę zataczają koło życia, gwarantują odrodzenie i powrót na ziemię w tej samej osobie. Imperium Inków trwało 300 lat, a główną przyczyną jego końca była królewska kłótnia rodzinna. Położyliśmy się w trawie na jednym z tarasów i zastanawialiśmy nad kolejnymi marzeniami, bo właśnie jedno się spełniło - byliśmy na Machu Picchu.

From: Ania  

To: Przyjaciele  

Date: 7 października

Subject: Arequipa - zakonne miasto w mieście

Arequipa to miasto z widokiem na wulkany, stanowią tło dla katedry i można je podziwiać z dachu każdego hostelu. Tutaj wybrałam się do klasztoru Convento Catelina, który niedawno został udostępniony turystom. Przez 391 lat był zamknięty, mieszkały w nim zakonnice pochodzące z najszlachetniejszych rodzin hiszpańskich. Nie prowadziły typowo zakonnego trybu życia: otaczały się służbą i niewolnikami, tak że pewnego dnia biskup musiał to ukrócić. Teraz można oglądać miasto w mieście, kaplice, ganki, wąskie uliczki prowadzące do ich cel. Potem zaliczyłam kolejne muzeum. W przezroczystej skrzynce prezentowano zamrożoną, skuloną w kucki Juanitę. Znaleziono ją na stokach wulkanu Ampato, wypadła z grobu, kiedy wulkan był aktywny i zaczął się topić lodowiec. Inkowie przeznaczyli ją na ofiarę. W grobie znajdowały się przedmioty codziennego użytku: torebka, buty, butelki z chichą i jedzeniem, lalki. Dziewczynka prawdopodobnie została upita chichą i zakopana żywcem. Wyglądała dość makabrycznie. Wszystko pogrążone było w półmroku, dodatkowo atmosferę budował nawiedzony glos lektorki z filmu National Geographic.

Do zakupów zachęcają ubrane w regionalne stroje Uroski. Na głowie obowiązkowy kapelusik, trochę jak melonik z frędzelkiem na boku, wiele warstw spódnic i warkocze do pasa zakończone pomponami. Jedną z atrakcji jest również pływanie tratwami, które mają wymyślne kształty. Przypomina to bardziej skansen niż prawdziwe miejsce do mieszkania. Inne oblicze odsłaniają wyspy wieczorem, kiedy odpłyną ostatnie statki z turystami. Robi się cicho i można w spokoju kontemplować zachód słońca, który ma tutaj cudnie intensywne kolory. Po bardzo zimnej nocy na słomianym materacu w słomianej chatce pod pięcioma warstwami koców wita nas poranek. Mieszkańcy robią zakupy w pływających sklepach, wyprawiają łodziami dzieci do szkół i szykują się na przybycie kolejnych grup turystów.

Na zielonej, pokrytej uprawnymi tarasami Taquile mówi się w keczua, a nie - jak na pozostałych - w ajmara. Wyraźnie widać, że mężczyźni mają tu więcej do powiedzenia niż kobiety, które często nie znają hiszpańskiego. Społeczność to około 450 bardzo dobrze zorganizowanych mieszkańców. Rodziny na zmianę prowadzą restaurację dla turystów, sklep z pamiątkami, jest też sprawiedliwa rotacja, jeśli chodzi o goszczenie przyjezdnych. Mężczyźni noszą czarne spodnie, przewiązane szerokim kolorowym pasem, lniane białe koszule i czapki w kształcie stożka zakończone dużym pomponem. Kobiety zakrywają się czarnymi chustami, też z kolorowymi pomponami. Na nogach wszyscy mają buty zrobione z pociętych opon. Zwiedzając na wyspie ruiny Inków i miejsca, gdzie składa się dary dla Pachamama i Pachatata (Matka Ziemia i Ojciec Ziemia), mija się wielu mężczyzn robiących na drutach. Zdjęcia tutaj są w cenie, każdy życzy sobie zapłaty i dość agresywnie ją egzekwuje. Gwoździem programu jest zrobienie sobie zdjęcia w stroju ludowym z goszczącą cię rodzina. Na koniec dziecko przynosi pamiątki do kupienia. Ciężko odmówić i trzeba poddać się temu rytuałowi.

Tekst i zdjęcia: Anna Ostapkowicz

Zobacz też na Logo24 :