Chyba każdemu, kto czytał o arabskich szejkach, choć raz w życiu przebiegła przez głowę myśl: ależ to są szczęściarze. Nie dość, że mają ropę, rozbijają się wielbłądami, to jeszcze trafia im się po pięć, osiem albo i dwanaście żon na głowę! I choć rację będą mieli ci, co powiedzą, że lepiej mieć jedną żonę i pięć, osiem albo dwanaście kochanek, to i tak do niedawna miałem szejków za największych szczęściarzy wśród miliardów ludzi zamieszkujących najlepszy ze światów.

Zmieniłem zdanie dopiero, gdy przeczytałem o małym afrykańskim państewku o nazwie Suazi. Jego król - ostatni absolutny monarcha w Afryce - nie dość, że kasy i żon ma nie mniej niż szejkowie, to jeszcze raz do roku, z okazji urodzin swojej mamusi, sprasza do stolicy kraju wszystkie dziewice. Paradują przed nim - i mamusią rzecz jasna - rozebrane do rosołu. Trzęsą trzcinami, bo się ta uroczystość nazywa tańcem trzcin, a król nie dość, że może sobie popatrzeć, to jeszcze co roku wybiera sobie najfajniejszą z nich na kolejną żonę. Kraj i mamuśka są przeszczęśliwi, a miejscowi politolodzy nazywają ten zwyczaj "wzmacnianiem więzi poszczególnych plemion z jednoczącą kraj osobą monarchy".

No, żyć nie umierać i jak najwięcej jednoczyć!

Wsiadłem w samolot i poleciałem zobaczyć ten kraj. Oto garść obserwacji i porad dla tych, którzy też chcieliby tam trafić.

Nie wypytuj przemytników, co przewożą

Podobno w stolicy Suazi - Mbabane - jest lotnisko i podobno nawet lądują na nim samoloty pasażerskie. Piszę: podobno, bo ja wybrałem wariant dużo tańszy: lot do Johannesburga, a tam wynajęcie auta, rzut oka na mapę, zorientowanie jej - jak mnie kiedyś uczyli na harcerskich obozach - i wreszcie obranie kierunku - Suazi.

Suazi Suazi  

Ruszamy z Albertem, moim kolegą i zawodowym fotografem, grzecznie trzymając się lewej strony - RPA była kiedyś w rękach Anglików i od tej pory cała okolica tak jeździ. Droga prowadzi w stronę Mozambiku, dlatego co kilka minut mijamy wyładowane do granic możliwości trucki, którymi tamtejsi przemytnicy wiozą do swojego kraju stare rowery, jeszcze starsze dętki, wiadra, plastikowe worki, gumowce, kapcie i wszystkie towary, jakie sobie tylko można wyobrazić.

Ciut ponad 300 km od Johannesburga, koło Parku Narodowego Krugera (lwy, słonie, zebry, hipopotamy i dużo innych zwierząt) droga skręca w lewo. Pół godziny później celnik wbija nam pieczątkę z napisem "Welcome to Suazi". Ruch na granicy prawie żaden, więc on sobie podśpiewuje, a jego szefowa układa w komputerze pasjansa. Zza ich pleców, z fotografii, uśmiecha się król Mswati III. - Jedźcie zgodnie z przepisami, bo nasza drogówka dostała właśnie nowoczesne radiowozy od Amerykanów - ostrzega celnik i puszcza oko.

Suazi Suazi  

Pierwsze zaskoczenie? Drogi w Suazi są zdumiewająco dobre jak na jeden z najbiedniejszych krajów Afryki i świata. Przypominają te w Kieleckiem; tyle że w Kieleckiem nie ma autostrad, a w Suazi są.

Pierwsza rada? Nigdy nie pytaj przemytnika, co się teraz dobrze sprzedaje w Suazi. To nie PRL, więc na pewno nie wiezie kryształów ani telewizorów Rubin. Popełniliśmy ten błąd zaraz za granicą, bo udzieliła nam się panująca tam miła atmosfera. Suazyjski przemytnik spojrzał na nas w taki sposób, że szybko postanowiliśmy się z nim pożegnać i do samego Mbabane nie odzywać się ani słowem, jeżeli nikt nas o nic nie będzie pytał.

Uważaj na opony. A jeszcze bardziej uważaj na wulkanizatorów

Druga rada dla podróżujących po Suazi brzmi: nie wjeżdżaj do parku narodowego, jeśli poprosiłeś w wypożyczalni o najtańszy samochód. Zjechaliśmy z głównej drogi do parku Malolotsha, zaraz za miasteczkiem Pig's Peak, zwanym miastem seksu i biznesu, bo właśnie tu ulokowało się największe suazyjskie kasyno (tak wyglądać mogło kasyno w Radomiu za wczesnego Gierka). Tuż za bramą parku stało sobie jakieś czterysta antylop i się pasło. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem czterysta antylop naraz i z tej radości najechałem na największy kamień w okolicy. Mój warszawski golf nawet by tego nie zauważył, ale johannesburska kia picanto od razu straciła lewą tylną oponę.

Cóż było robić. Zmieniliśmy koło na zastępcze i grzecznie podjechaliśmy do pierwszego z brzegu wioskowego wulkanizatora, łudząc się, że wszystko to, co słyszeliśmy o wioskowych specjalistach w Afryce, okaże się nieprawdą.

Łudzenie się trwało, aż zobaczyliśmy mistrza na własne oczy. Wioskowy wulkanizator sprawiał wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu widział koło od samochodu. Zanim wziął się za robotę, długo się drapał po głowie i innych częściach ciała. Wreszcie włożył oponę do wanny wypełnionej wodą. - Sprawdza, czy nie przepuszcza powietrza - tłumaczył nam młody chłopak; jedyny w okolicy, który trochę znał angielski. Za jego plecami chichotało kilkunastu małolatów, którzy zbiegli się popatrzeć, jak dwóch białasów reperuje auto.

Po co to sprawdzanie? Przecież dziura po kamieniu jest taka, że można w nią włożyć dłoń razem z przedramieniem. Nie odzywaliśmy się jednak, bo pochodzimy z kraju, gdzie drażnienie fachowca nigdy nie kończy się dobrze. Kto wie, może tu jest podobnie.

Fachowiec pokulał naszą oponę, aż wreszcie zauważył dziurę, włożył do niej rękę i stwierdził, że jest za duża i nic nie może z nią zrobić. Wściekli - bo straciliśmy tu trzy albo cztery kwadranse - ruszyliśmy do Mbabane na zapasie. Niech bogowie chronią nas przed drugą gumą, bo będziemy spać w rowie.

- Wiejscy mechanicy często nie potrafią kompletnie nic zrobić - kiwa głową profesjonalny wulkanizator, którego znajdujemy na bazarze w Mbabane. - Ale chętnie pomędrkują. W Afryce czas leci inaczej niż w Europie - uśmiecha się. - Wy ciągle gdzieś gonicie. Dla nas trzy kwadranse to tyle, co trzy razy splunąć.

Suazi Suazi  

Szerokim łukiem omijaj hipopotamy

Opona już nas nie zawiodła, a śniadanie w centralnie położonym, sympatycznym Holidayu nastroiło przyjaźnie do świata. Choć po Afryce spodziewaliśmy się czegoś więcej niż jaj na bekonie i gotowanej fasoli, wszystkim, którymi rządzili Brytyjczycy, z góry wybaczamy podobne zboczenia. Najważniejsze, że kawa była z ekspresu.

W Mbabane temperatura spadła poniżej 20 stopni, czyli zima w pełni. Na bazarze można kupić czapki, a połowa ludzi chodzi w kurtkach. Spacerujemy po mieście i po chwili miasto się kończy. Jest to zdecydowanie najmniejsza stolica, jaką w życiu widziałem. Bazar, kilka knajp, supermarket, szpital, stadion - i już jesteśmy na rogatkach. W centrum, tuż koło naszego hotelu, stoi czteropiętrowy blok, na który dzieciaki mówią "drapacz chmur". Ot, taka afrykańska Ostrołęka.

Suazi Suazi  

Bawimy się w liczenie białych. Kto pierwszy zobaczy, krzyczy: jest! Po trzech godzinach wygrywam. Naliczyłem dwóch. Tego drugiego Albert nie zauważył, bo akurat kupował hotdoga. Suazi to jedno z tych miejsc w Afryce, gdzie biały człowiek może się jeszcze poczuć jak egzotyczne zwierzę. - W Mbabane się to nie zdarza, ale jak jedziemy na granicę z Mozambikiem, bez przerwy ktoś chce sobie z nami zrobić zdjęcie. Jak z jakimiś misiami - opowiada Johannes, Niemiec, który rozwozi tu pomoc humanitarną. - To jedyna część kraju, gdzie grozi malaria. Turyści się tam prawie nie zapuszczają. W ogóle w Suazi mało jest turystów. Odwiedzają głównie parki narodowe. Poznałem jednego Niemca, który przyjechał tu z żoną własnym Kamperem, przez Egipt, Sudan, Etiopię i dalej w dół. Zajęło mu to prawie rok. I on przez ten czas nie poznał ani jednego czarnego człowieka, oprócz sprzedawców biletów w parkach narodowych! Miał takie małe Niemcy na czterech kołach. Objechał cały świat, nie wychodząc z domu.

Rezerwat MlilwaneRezerwat Mlilwane 

Podobnych obieżyświatów spotykamy i my. W rezerwacie Mlilwane mieszkają w chatach, wzorowanych na murzyńskich, albo w domach na kółkach. Mają małe notesiki, gdzie zaznaczają, który z gatunków już widzieli i gdzie.

Gdybyśmy i my mieli taki notesik, w Mlilwane zaznaczylibyśmy hipopotama, krokodyla i bawołu. Nie jest to może jakiś specjalny wyczyn, bo hipopotama ciężko nie zauważyć, a krokodyl akurat leżał na środku drogi. Sukces polegał jednak na tym, że w pół godziny zaliczyliśmy prawie pół Wielkiej Piątki - największych i najgroźniejszych zwierząt Afryki (są to lew, gepard, słoń, bawół i nosorożec).

Rezerwat MlilwaneRezerwat Mlilwane 

- Nie wiem, dlaczego nie jest to Wielka Szóstka - mówi nam Bob, przewodnik po Mlilwane, który zabiera nas na wycieczkę konną. - Powinny być na tej liście i hipopotamy. To one zabijają najwięcej ludzi w Afryce - mówi. A widząc nasze zdziwione miny, dodaje: - Na lądzie hipopotam jest nieporadny. Ale w wodzie rusza się prawie jak pantera. Raz kłapnie pyskiem i po człowieku.

Zaraz potem okazuje się jednak, że Bob - za mały bakszysz - weźmie nas w miejsce, gdzie te krwiożercze hipcie widać jak na dłoni. - Nasze są wykarmione, więc nic wam nie grozi - zachęca. - Tylko zimą możemy jeździć tak blisko wody, bo wtedy krokodyle są w stanie hibernacji i przez większość czasu śpią.

Bob nas zdecydowanie polubił, bo zaraz po hipciach wjeżdżamy prosto w środek stadka antylop. - Na nogach byś tak blisko nie podszedł - zwraca moją uwagę nasz przewodnik. - Antylopy przed ludźmi uciekają gdzie pieprz rośnie. A konie traktują jak swoich ziomków. Prawie je możemy pogłaskać.

Jedz jak prawdziwy muzułmanin

Po paru godzinach na świeżym powietrzu jesteśmy głodni jak pół częstochowskiej pielgrzymki. Wracamy do Mbabane, gdzie właściciel jednej z knajp biegnie za nami 300 m, myśląc, że znalazł frajerów, którym wepchnie stek z krokodyla. Hola, hola, krokodyl jest tłusty i smakuje okropnie. My szukamy czegoś halal. Bo kolejna rada dla podróżujących po Suazi brzmi właśnie: jedzcie halal. - Czy to jakaś afrykańska potrawa? - zastanawialiśmy się od pierwszego dnia, bo do głowy nam nie przyszło, że w tym małym państewku, słynącym z dziewic tańczących bez górnych części garderoby, mogą mieszkać jacyś muzułmanie.

Dopiero wizyta w - według przewodnika - najlepszej restauracji w Mbabane uświadomiła nam, że halal to właśnie jedzenie przygotowane zgodnie z zasadami islamu. Taki muzułmański koszer.

Restaurację, która mieści się przy głównej ulicy miasta, prowadzi dwóch Hindusów: duży i chudy z małym i pękatym. Wygląda jak bar na dworcu kolejowym we Wrocławiu, tyle że zamiast napisów PKP czy Wars z każdego kąta łypie świątynia Tadż Mahal. W menu kurczak tandoori, a przy stolikach - czarnoskórzy panowie z brodami i czapeczkami, które w islamie oznaczają osobę wierzącą i praktykującą.

- W Mbabane co dziesiąty obywatel jest muzułmaninem - tłumaczy mi Hindus; ten mały i pękaty. - Przyjechali z RPA i z Mozambiku. I przez nich każda szanująca się restauracja musi być halal. Bo halal to nie tylko znak religijności, ale i certyfikat jakości: że nie sprzedajemy starego ani zepsutego mięsa. Że wszystko jest zdrowe i świeże.

Certyfikat halal ma w Mbabane nawet KFC. Nie mają go chyba tylko najtańsze knajpy dla biedoty. Tam jada się głównie pieczone kurczaki. - Po co ja mam płacić imamowi za certyfikat, skoro wiadomo, że kurczak jest halal! - tłumaczy właściciel jednej z nich. - Poza tym kurczaki to ulubiona potrawa naszego króla. A kto jak kto, ale on naprawdę wie, co jest dobre.

Królowi dajcie spokój

Miłościwie panujący w Suazi Mswati III został królem jako18-latek. Jego tatuś - Sobhuza II - miał 70 żon i kilkaset dzieci. Kiedy odchodził z tego, jakże szczęśliwego dla królów, świata, po Suazi biegało ponad tysiąc jego wnuków. Mswati miał więc sporo szczęścia, że to właśnie jego Liqoqo - czyli takie suazyjskie konklawe - wybrało na króla.

Wybór jest dużo bardziej skomplikowany, niż sytuacja pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, ale w skrócie sprowadza się do tego, że trzeba mieć matkę z odpowiedniego ludu. Matka musi być szanowana i lubiana, a do tego nie może mieć więcej dzieci. Suazyjczycy mówią na nią indlovukazi, co znaczy Wielka Słonica. W Polsce każda kobieta obraziłaby się za taką sugestię, ale w kraju, gdzie preferowane są panie z szerokimi biodrami i możliwie szeroką pupą, to największy komplement. 

Nie rób zdjęć, kiedy suazyjski borowiec coś do ciebie mówi

Pałac króla jest dobrze schowany za płotem. Rozpytujemy panów z karabinami - taki miejscowy BOR - czy za drobną opłatą nie można wejść, choćby tylko do kuchni.

Nie można. - Nie wolno też robić zdjęć - mówi czarny jak smoła borowiec dokładnie w momencie, kiedy Albert pstryka mu bardzo udany portrecik. - No to macie, chłopcy, problem - wścieka się nasz nowy znajomy i dzwoni gdzieś przez krótkofalówkę. Próbujemy się niepostrzeżenie oddalić, ale zjawia się kilku kolejnych dżentelmenów z bronią i wygląda na to, że właśnie nas aresztowali.

Po chwili zjawia się szef wszystkich szefów, co łatwo poznać, bo ma największą krótkofalówkę. Przedstawia się jako dowódca zmiany i straszy, że za robienie zdjęć królewskim pałacom grozi karą pozbawienia wolności. Postanawiamy negocjować. Staje na tym, że Albert skasuje wszystkie fotki okolic pałacu, które zrobił, kiedy ja rozmawiałem z borowcem (a taki mieliśmy chytry plan ), a do tego dorzucimy chłopakom kubek z napisem "Polska".

 - Widzę, że was zasmuciłem - reflektuje się Niemiec. - Coś wam w takim razie powiem.

Co roku jeżdżę oglądać taniec. Dla Suazyjczyków to najważniejsze święto. A dla mnie? Cóż, pięćdziesiąt tysięcy rozebranych, młodych dziewczyn na każdym zrobi wielkie wrażenie. 

Za ile

Choć Suazi ma własną walutę - lilangeni z królem na banknotach i jego matką-słonicą na monetach - spokojnie można tu płacić południowoafrykańskimi randami (kurs wynosi 1:1). Ceny są nieco mniejsze niż w RPA i Polsce. Litr paliwa kosztuje około 3 zł, butelka wody mineralnej - 2 zł, obiad w hinduskiej restauracji w centrum Mbabane - 18 zł, pół kurczaka w taniej jadłodajni - 7 zł. Nie ma tu specjalnie tanich opcji noclegowych. W Holidayu dwójka kosztuje ok. 200 zł. Najtańszy nocleg w hostelu, w pokoju wieloosobowym, to wydatek 60 zł. Wynajęcie auta na lotnisku w Johannesburgu to około 120 zł za dzień. Trzeba uważać na opłaty dodatkowe: za wywiezienie auta do Suazi (mogą o taką zgodę zapytać na granicy, choć nas nie pytali) wypożyczalnie chcą ok. 250 zł. Większość wypożyczalni daje tylko 150 km dziennego limitu. Za każdy dodatkowy płacimy po 80 gr. Z Johannesburga do Mbabane kursuje też autobus lub popularny wśród backpackersów bazbus. Warto też się wybrać do Mozambiku - to zaledwie dwie godziny jazdy. Polacy nie potrzebują wizy ani do RPA, ani do Suazi.

Tekst: Witold Szabłowski

Zdjęcia: Albert Zawada, Flickr/Whl Travel, Ap/Agencja Gazeta, Shutterstock (montaż)

Zobacz też na Logo24 :