Nie umiesz liczyć - nie nadajesz się na przydrożnego sprzedawcę i szlus. Nasz daewoo matiz zepsuł się pośrodku niczego. Po obu stronach drogi tylko wyschnięte na pieprz pagórki. Nie ma zieleni, gdzieniegdzie kolczaste krzewy, wszystko w kolorze beżowym, względnie wyschniętych traw. Afganistan stąd o rzut kamieniem, a Taszkent daleko. Widząc nasze smutne miny, kierowca Damir stwierdził: - Mam tu niedaleko kuzyna, pomoże naprawić samochód. Szybko złapał stopa w przeciwną stronę, a nas zostawił na poboczu.

Karszy leży na południu UzbekistanuKarszy leży na południu Uzbekistanu Uzbekistan - mapa

Sprzedawcy arbuzów

Matiz zawsze wydawał mi się małym autem, ale nie w Uzbekistanie! Tu krewniak 'malucha' przewiezie spokojnie pięć, a nieraz i sześć osób. Każda z nich weźmie ze sobą jeszcze wielką siatę lub koszyk. Uzbecy przywykli do Daewoo, bo w kraju praktycznie nie ma samochodów innych marek. Odkąd w latach 90. prezydent Islam Karimow otworzył uroczyście koreańską fabrykę, na inne auta narzucono tak wysokie cła, że kompletnie się nie opłaca ich sprowadzać. Tu prezydent Karimow i jego rodzina decydują o wszystkim, nie tylko o marce samochodu, którym jeździć będzie cały naród.

Na drogach królują więc matiz, nubira i prawdziwy wojownik azjatyckich szos - damas, miniaturowy busik, niemal nieznany w Europie, tu niezwykle popularny. Choć jest znacznie mniejszy i węższy niż normalne busy, wcale nie znaczy, że mieści się w nim mniej pasażerów!

Upał jak diabli. Po kilku dniach pobytu w Uzbekistanie potrafię już docenić skrawek cienia w środku dnia. Niestety, na nieplanowanym postoju drzew próżno szukać. W oddali widzę stragan z arbuzami. Ruszam w jego stronę, bo i tak nie mam nic lepszego do roboty.

Uzbekistan  Uzbekistan  Zdjęcie: Agnieszka Skieterska Przy hałdzie owoców siedzi para znudzonych Uzbeków. Ruch na drodze niewielki, a i arbuzów ludzie tego dnia nie chcą kupować. Zagaduję po rosyjsku, ale nie bardzo rozumieją. Na prowincji to normalne - w urzędach czy w Taszkencie po rosyjsku można się dogadać wszędzie, wewnątrz kraju nie zawsze jest tak łatwo. Wymieniliśmy kilka słów, bezradnie uśmiechając się do siebie. Po chwili sprzedawczyni sonduje, czy umiem liczyć po uzbecku. Pudło. - A w farsi? - nie poddaje się. Niestety, języka Persów też nie pojmuję. - Nie umiesz ani w farsi, ani po uzbecku? - sprzedawczyni jest strasznie zdziwiona.

Nie rozumiem, do czego to liczenie jej tak potrzebne. - Obiad, obiad się zbliża - stwierdza, składając z trudem rosyjskie słowa. - Aha! To jest ten plan: zostawić mnie z arbuzami przy drodze i iść na obiad! - Da, da - kobieta się ucieszyła, że wreszcie coś do mnie dotarło.

Niestety, polskie fakultety na uzbeckim wyschniętym pustkowiu okazują się kompletnie nieprzydatne, a ja oblewam rozmowę kwalifikacyjną na przydrożną handlarkę arbuzów... Sprzedawczyni i jej mąż osobno idą na swoje baranie szaszłyki. Ktoś przecież musi czekać przy drodze na klientów. Mimo że bez umiejętności liczenia w tak popularnych językach jak farsi czy uzbecki nie przedstawiam tu sobą żadnej wartości, miła para poczęstowała mnie i moich przyjaciół arbuzami. Dwie godziny, których Damir potrzebował na naprawienie auta, szybciej nam mijają.

Białym matizem ruszamy dalej na południe Uzbekistanu, szlakiem, którym od wieków przewozi się opium z Afganistanu. Ze względu na przemyt narkotyków i niespokojnego sąsiada na 'szlaku opiumowym' co kilkadziesiąt kilometrów trzeba przystanąć przy posterunku milicji. Samochodów nikt nie przeszukuje. Tylko rutynowe działania - kontrola paszportów, łapówka dla milicjantów - i jedziemy dalej, w stronę granicznego Termezu - miasta nad Amu-darią, która oddziela Uzbekistan od Afganistanu.

Samarkanda - klejnot Wschodu

Z Termezu kierujemy się na północ, w kierunku Samarkandy. Pierwsze błękitne kopuły meczetów i Registan, centralny plac, wywołują natychmiastowe skojarzenie: nagle znaleźliśmy się w samym środku 'Baśni tysiąca i jednej nocy'. Uzbeckie zabytkowe miasta wyglądają zupełnie inaczej niż w innych byłych republikach ZSRR. Nie ma szerokich ulic, a w centrach - komunistycznych bloków. Widać, że do najważniejszych metropolii sowieckiego imperium było stąd daleko. Jedynie zniszczony przez trzęsienie ziemi Taszkent stracił swój dawny, wschodni charakter i dziś stary meczet sąsiaduje tam z hotelem z lat siedemdziesiątych.

Uzbekistan - Pomnik Timura w Samarkandzie Uzbekistan - Pomnik Timura w Samarkandzie  Zdjęcie: Wikipedia/Sigismund von Dobschütz/cc3.0 Samarkanda, która 30 lat temu świętowała 2500. rocznicę powstania, jest jednym z najstarszych istniejących miast na świecie. Niegdyś podbita przez Aleksandra Wielkiego, niemal dokładnie 1000 lat później stała się stolicą państwa innego genialnego dowódcy - Timura, zwanego też Tamerlanem, uważanego do dziś za praojca Uzbeków.

W 1369 r. ten wódz i twórca gigantycznego imperium, rozciągającego się w szczytowym okresie od Kaukazu i terytoriów współczesnej Gruzji, poprzez Bagdad, Kandahar, aż po Delhi, wybrał Samarkandę na swoją stolicę.

Miasto leżące od wieków na Jedwabnym Szlaku, wiodącym z Europy do Chin, szybko stało się perłą w koronie dynastii Timurydów. Za czasów Timura i jego potomków przeżywało swój złoty wiek. Powstał wtedy m.in. najwspanialszy meczet Bibi Chanum, nazwany od imienia żony Timura. Tak ogromny, że przy jego budowie pracowały ponoć słonie. Niestety, oryginalny budynek miał słabą konstrukcją i pod koniec XIX w. został zniszczony przez trzęsienie ziemi. Teraz jest odbudowywany.

Uzbekistan  - meczet piątkowy zwany meczetem Bibi Chanum z XIV-XVw w SamarkandzieUzbekistan - meczet piątkowy zwany meczetem Bibi Chanum z XIV-XVw w Samarkandzie Zdjęcie: Steve Evans/Wikipedia/cc-by-2.0

Sercem starej części Samarkandy jest Registan - reprezentacyjny plac, który od wieków stanowi centrum życia miasta i jest symbolem jego potęgi. Mozaiki we wszystkich kolorach błękitu pokrywające kopuły tutejszych meczetów i medres (szkół muzułmańskich) onieśmielają. Zdobione finezyjnymi wzorami kafle we wszystkich odcieniach niebieskości lśnią w słońcu na minaretach i frontonach budynków. Trudno w tym miejscu nie myśleć o potędze Timura i bogactwie jego imperium.

Większe wrażenie niż piękna architektura robi na mnie jednak obserwatorium astronomiczne Uług-Bega (1394-1449), wnuka Timura i kolejnego władcy Samarkandy. Choć o naukowcu z Azji Środkowej nie uczy się w naszych szkołach, dla Uzbeków jest on równie ważny, jak dla nas Kopernik.

Po śmierci astronoma obserwatorium popadło w ruinę, jego ślady i sporą część sekstantu odkopała grupa rosyjskich archeologów dopiero w 1908 r. Dziś wielką podstawę przyrządu można oglądać w muzeum w Samarkandzie, które powstało w miejscu, gdzie przed wiekami władca-naukowiec dokonywał swych pomiarów.

Niedaleko od obserwatorium znajduje się kompleks mauzoleów Szah-i Zinda, w którym od XI w. chowano różnych dostojników, a także członków rodów panujących. To prawdziwe miasto umarłych, bo sarkofagi umieszczono w bogato dekorowanych budynkach leżących przy kilku ulicach. Cały kompleks przypomina mi bardziej mały kwartał miasta niż cmentarz w naszym rozumieniu. Nieco dalej od starego centrum jest też mauzoleum samego Timura.

We współczesnej Samarkandzie na ulicach widać drogie auta, ale też bardzo ubogich ludzi. Obraz mężczyzny koszącego sierpem trawnik, by nakarmić swego osiołka, zapamiętam pewnie dłużej niż luksusowe marki samochodów. Przyjezdny zwróci też pewnie uwagę na 'nowe-stare' zabytki, bo w dawnej stolicy Timura wszystko, co się tylko dało, prezydent Karimow nakazał odbudować. Większość, niestety, buduje się niechlujnie, w typowym dla sowieckich czasów stylu - tu rzuci się kawał betonu, tam użyje prętów zbrojonych, byle się trzymało. Taki styl 'ratowania' lub 'przywracania' zabytków kompletnie nie pasuje to do finezyjnej starej architektury wywodzącej się ze sztuki Wschodu.

Duch emira

Nie można wyjechać z Uzbekistanu bez odwiedzenia Buchary. W tutejszej twierdzy Ark od XVIII do początków XX w. mieszkali zamożni emirowie. Jednym z nich był cieszący się okrutną sławą XIX-wieczny władca Nasrullah (1826-1860) - tyran, który twardą ręką rządził swymi podwładnymi i siał strach w promieniu kilkuset kilometrów. Aby zostać emirem Buchary, Nasrullah zabił swego ojca, starszego brata, a chcąc pozbyć się ewentualnych rywali, także trzech młodszych braci. Od początku jego rządów krew w Bucharze lała się strumieniami, a więzienie Zindan, które przetrwało do dziś, było zawsze przepełnione. Dziś zabytkowa twierdza Ark nadal przypomina o mniej pięknym, brutalnym obliczu azjatyckich władców, które często kompletnie nie pasowało do baśniowych pałaców, haremów i meczetów, przez nich zbudowanych.

Uzbekistan  - zabytkowa twierdza Ark w BucharzeUzbekistan - zabytkowa twierdza Ark w Bucharze Zdjęcie: Agnieszka Skieterska

Buchara od wieków była bardzo znaczącym ośrodkiem islamu, nie tylko w regionie. Z czasów świetności pozostały liczne meczety, w tym słynny, zdobiony pięknymi mozaikami kompleks Lab-i Hauz, wielki meczet piątkowy i minaret Kalon czy meczet z czterema minaretami - Chor-Minor.

Tutejsza medresa Mir-i-Arab, słynąca z wysokiego poziomu edukacji, była jedną z dwóch na terenie ZSRR, które kształciły uczniów nawet w czasach stalinowskich. Dziś też niełatwo zostać jej studentem. Wielu uczniów decyduje się na 'rok wstępny', w czasie którego pod okiem miejscowych nauczycieli przygotowują się do trudnych egzaminów. Mimo że ponad 80 proc. Uzbeków to muzułmanie, tutejszy islam jest liberalny. Choć komunistom nie udało się go wyprzeć z życia mieszkańców, wielu przestało przestrzegać zasad wiary.

Uzbekistan,meczet w BucharzeUzbekistan,meczet w Bucharze Uzbekistan,meczet w Bucharze, Zdjęcie: Agnieszka Skieterska

W południe robię sobie przerwę w czajhanie, czyli herbaciarni, przy twierdzy Ark. Patrzę na pękate baszty murów obronnych i poubierane bajeczne kolorowo Uzbeczki. W pobliskim meczecie Bala Hauz muezin wzywa na modlitwę, więc ze wszystkich stron schodzą się do niego mężczyźni. Na stole ląduje pękaty czajniczek z herbatą, obowiązkowo udekorowany malunkiem przedstawiającym kwiaty bawełny. Czaj leje się do czarek. Napój, choć ciepły, idealnie gasi pragnienie. Siedząc w cieniu drzew, uczę się rozpoznawać wzory na typowych czapeczkach Uzbeków. Po kształtach esów-floresów można określić, z jakiej części kraju pochodzi właściciel czapeczki, który właśnie spieszy do meczetu. Niestety, na razie poznaję tylko wzór z Kotliny Fergańskiej: długa łza wypełniona kółeczkami.

Orzechowe lasy Tien-szanu

Zbyt długie zwiedzanie zabytków nuży, jedziemy więc w góry. W Uzbekistanie celem był Zachodni Tien-szan. Przed tą częścią pobytu musimy zakupić benzynę do naszych maszynek, na których mamy gotować jedzenie w górach. Wydawało mi się, że w tak dużym mieście jak Taszkent zdobycie kilku litrów paliwa będzie banalne. Jak się szybko okazało, myliłam się. Zagadnięci taksówkarze powiedzieli nam, że w kraju często brakuje benzyny, więc prezydent nakazał, aby sprzedawano ją wyłącznie wprost do baków aut, a nie do żadnych pojemników. Kierowcy, których prosimy o pomoc, odmawiają, wykręcając się na różne sposoby. W końcu jeden z nich zdradza mi sposób na ominięcie zakazu. - Weź pustą butelkę i zacznij machać nią przy drodze, jakbyś łapała stopa. Ktoś się w końcu zatrzyma i ci pomoże - pouczył. Metoda okazała się skuteczna. Z pełnymi butelkami mogliśmy ruszyć.

Kilka godzin jazdy z Taszkentu wystarczyło, by znaleźć się w Dolinie Pskemskiej. To rejon przygraniczny, wciśnięty między Kazachstan a Kirgizję, jako obcokrajowcy legalnie nie możemy w nim przebywać. Mimo wszystko postanowiliśmy spróbować jakoś się tam przedostać. Jest tylko jeden kłopot - w pobliże doliny można dojechać wyłącznie przez strzeżony most. Na szczęście strażnicy, którzy go pilnują, po służbowym i ostrym wstępie okazują się miłymi chłopakami z pobliskiej wsi. Po godzinnej pogawędce po rosyjsku przymykają oczy i udają, że nie widzą, jak razem z taksówkarzem przejeżdżamy na drugą stronę.

Uzbekistan  Uzbekistan  Zdjęcie: Agnieszka Skieterska Już kwadrans później, z ciężkimi plecakami na grzbiecie, powoli zagłębiamy się w dolinę. Suche, opadające stromo stoki, porastają lasy orzechowe. Orzechy włoskie można spotkać tu prawie na 2 tys. m n.p.m. Po dwóch dniach drogi docieramy do końca naszego saju (doliny). U stóp prawie czterotysięcznej bezimiennej góry mieszka samotny pasterz Farhod, który hoduje krowy i osły. Opowiadamy mu o naszym pomyśle dotarcia na pobliską przełęcz. Farhod uważa, że nam się nie uda, bo teren jest zbyt sypki o tej porze roku. Zostajemy na noc w jego obozowisku. Niestety, następnego dnia okazuje się, że miał rację. Skały są tak kruche, że po kilkuset metrach podejścia musimy się wycofać. Farhod czeka już na nas z wielkim garem płowu, potrawy złożonej z warzyw i ryżu, oraz herbatą. Przy ciepłej kolacji ucinamy sobie pogawędkę o narodach mieszkających w Uzbekistanie. Już od dłuższego czasu staraliśmy się delikatnie podpytywać naszych rozmówców, czy uważają się za Uzbeków. Pytanie nie było wydumane, po prostu w pierwszych dniach w Uzbekistanie poszukiwanie 'prawdziwych' Uzbeków szło nam opornie. Farhod też twardo stwierdził, że jest Tadżykiem i mówi wyłącznie po persku. W Tien-szanie większość mieszkańców składa takie deklaracje, choć co innego wynika z oficjalnych spisów ludności. - Jak zadeklarujesz, że jesteś Uzbekiem, łatwiej o pracę. Zwłaszcza w administracji publicznej czy firmach państwowych. Dlatego w papierach ludzie zatajają pochodzenie - mówił nasz gospodarz.

Według statystyk w niespełna 28-milionowym kraju, który ma powierzchnię większą niż Polska, 80 proc. ludności do Uzbecy, 5,5 proc. to Rosjanie, kolejne 5 proc. to Tadżycy, a 3 proc. to Kazachowie. Reszta grup etnicznych stanowi mniej niż 3 proc. populacji.

Mimo niepowodzenia w zdobywaniu przełęczy zostajemy w górach i robimy krótsze wycieczki na lekko, bez ciężkich plecaków, bo to pozwala na łatwiejsze pokonywanie osypujących się skał. W górach, u Tadżyka, siedząc natradycyjnym dastarhanie (rodzaj podestu z niskim stolikiem pośrodku), kosztujemy miejscowych specjałów. Na drogę od Farhoda dostajemy kilka diablo słonych, ususzonych kulek kurut, zrobionych z jogurtu, i domowy nom, czyli płaski chleb, który wypieka się w przydomowych, glinianych piecach, przylepiając placki do ich rozgrzanych ścianek.

Z krainy piasku, pyłu i niemal niewidocznych jaszczurek na koniec ruszamy do Kotliny Fergańskiej, prawdziwego spichlerza Azji Środkowej, ale też rejonu kraju, w którym raz na jakiś czas wybuchają antyprezydenckie zamieszki. Aby od strony stolicy wjechać do Fergany, trzeba przejechać przez skalne tunele. Każdy z nich pilnują żołnierze z kałasznikowami. Zamykając tunele, władze mogą odciąć Ferganę od reszty kraju w kilka chwil.

Teraz kotlina jest jednak spokojna. Z jej żyznych pól pochodzi większość owoców w kraju, a przy drodze widać pola bawełny, ciągnące się kilometrami. Do Fergany jedziemy zobaczyć manufakturę jedwabiu w Margilanie i hodowle jedwabników w kotlinie między Tien-szanem a Ałtajem. Tu można podejrzeć, jak z białych kokonów zwija się cieniutkie nici, a następnie tka kolorowe delikatne tkaniny.

Żaden wyjazd do Azji nie byłby udany bez zakupów na bazarze. Na te końcowe wybieram się na targowiska fergańskie. Pełno na nich pistacji, orzechów i owoców, których w Europie nigdy się nie spotyka. Szkoda tylko, że po sprawunki trzeba się wybrać z siatką pieniędzy. Nie dlatego, że jest tak drogo, lecz dlatego, że miejscowa waluta - sum - jest strasznie słaba, a największy banknot, o nominale 1000 sumów, to równowartość... 1,8 zł. Wystarczy więc wymienić kilkanaście dolarów, by zostać właścicielem worka pieniędzy i poczuć się jak emir Buchary! Szkoda tylko, że tę papierową fortunę wyda się już podczas wizyty w najbliższym spożywczaku czy knajpie. Ale przecież każda baśń kiedyś musi się skończyć.      

Uzbekistan  - Miłośnicy ceramiki, przedmiotów z drewna czy dywanów wrócą z podróży do tego kraju z ciężkimi plecakamiUzbekistan - Miłośnicy ceramiki, przedmiotów z drewna czy dywanów wrócą z podróży do tego kraju z ciężkimi plecakami Zdjęcie: Agnieszka Skieterska

Tekst: Agnieszka Skieterska, Autorka jest dziennikarką Polskiego Radia

Zdjęcia: Agnieszka Skieterska, Wikipedia (montaż)

Czytaj o innych podróżach na Logo24 :