Mój kolega rozstał się z dziewczyną. Zdarza się. Ale kiedy poszliśmy na piwo, zdziwiłem się, gdy mi powiedział, że do samego końca uprawiali seks. Myślałem, że zanik współżycia to jedna z pierwszych oznak kryzysu w związku.

Będąc w wyczerpującej się albo toksycznej relacji, możesz uprawiać seks, czujesz jednak, że nic ci on nie daje. Kończysz go w gorszym stanie, niż zaczynasz. Chwilę później o nim nie pamiętasz albo czujesz się po nim rozdrażniony. W seksuologii nazywamy to „smutkiem po akcie”. Jednemu z moich klientów po seksie z partnerką włączał się tryb agresora. Był bardzo nieprzyjemny dla otoczenia. Wtedy tego nie rozumiał, zrozumiał dopiero, kiedy „nie wiadomo skąd” zaczęły go nachodzić myśli o rozstaniu.

Skąd brał się w nim ten agresor?

Z samotności.

Samotność w związku?

I w łóżku. Jego partnerka dochodziła do orgazmu sama, w ogóle na niego nie patrzyła. Miała zamknięte oczy, zupełnie bez kontaktu z nim.

Ciekawe, czy o kimś myślała w tym czasie.

No właśnie. A gdy nie miała zamkniętych oczu, patrzyła na ścianę, na sufit. Byle nie na niego. Tak samo po seksie, tyle że wtedy dodatkowo przewracała się na bok.

Jak stereotypowy facet. Mogłaby jeszcze odpalić sobie papierosa.

Na szczęście przynajmniej nie paliła, ale on miał poczucie, jakby chodził do łóżka z jakimś cyborgiem.

Skoro dochodziła sama, jaka była jego rola w tym seksie z cyborgiem?

Trudno dociec, jaka była jego rola w tej komedii pomyłek. Owszem, dochodziło do penetracji, ale on cały czas wstrzymywał się z orgazmem, kierując się, słusznie, zasadą „jej orgazm pierwszy”. Ona nie mogła jednak dojść w ten sposób do orgazmu.

PRZECZYTAJ TEŻ: Waginosceptyczni, czyli o seksie millenialsów. Rozmowa z seksuologiem

Dlaczego?

Być może wyczuwała, że ich relacja jest toksyczna, a jej ciało reagowało na to w ten sposób. Nie wiem – tylko on był u mnie w terapii. W każdym razie ona dochodziła, stymulując sobie łechtaczkę, a on mógł robić po tym, co chciał, w ogóle się nim nie interesowała.

Biedny, przecież się starał.

Widzisz więc, był seks w tym związku, ale trudno nazwać to zdrową relacją. Oczywiście, w końcu się rozstali, lecz zanim zrozumieli, że nie ma innej opcji, tkwili w tym układzie z coraz bardziej kumulującą się w nich frustracją. Kiedy druga osoba nie zwraca na ciebie uwagi w łóżku, unika kontaktu wzrokowego albo zamyka oczy, nie wiesz, o czym myśli, nie wiesz, co czuje, nie wiesz wreszcie, czy jej się to podobało. Myślisz raczej, że nie. Tym bardziej że mojemu klientowi zdarzała się niekiedy na sam koniec bura z jej strony.

Za co?

Że po co on się wstrzymywał z orgazmem, kiedy ona i tak musiała sama dojść.

Chciał dobrze, a wychodziło jak zwykle.

Długo musiałem go po tym składać z powrotem w moim gabinecie.

Ale będę się upierał, że brak seksu również może być wyznacznikiem tkwienia w niezdrowej relacji.

Oczywiście. Wymówki, odwlekanie w nieskończoność współżycia. To jasny komunikat, że nie jesteś obiektem pożądania. Dla jasności zaznaczę, że dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Seks, do którego druga strona ewidentnie się zmusza, również świadczy o niezdrowej relacji. Mam klientkę, która jest – niestety – na zabój zakochana w pewnym dość egoistycznym osobniku. Jemu ewidentnie na niej nie zależy, ale widocznie reguluje sobie jakieś potrzeby tą relacją, ponieważ jej nie kończy. A moja klientka, póki co, także nie jest w stanie wykonać tego kroku. Muszę przy tym dodać, że jest bardzo atrakcyjną kobietą. Raz na dwa, trzy miesiące udaje jej się namówić go na współżycie. On wtedy obraca ją tyłem do siebie, penetruje szybko, dochodzi, a potem – ten scenariusz już dziś przerabialiśmy, tyle że w żeńskiej wersji…

Odwraca się na bok i patrzy w sufit?

Dokładnie tak. Ta kobieta czuje się po takim seksie jak prostytutka. Kiedyś powiedziała mu, że szkoda, że jej jeszcze nie zostawił stówy na stoliku, wychodząc.

Co ją przy nim trzyma?

Raz na dwa miesiące dostanie przebłysk czegoś miłego, a przez resztę czasu czeka, żeby to się powtórzyło. Poczucie upokorzenia, frustracja, rozdrażnienie, nienasycenie, wreszcie samotność – bardzo często czujemy to w toksycznym związku. Nie zawsze zdając sobie z tego sprawę w tym naszym codziennym zagonieniu. Dlatego warto od czasu do czasu zatrzymać się i zapytać siebie, co się czuje. A potem – niekiedy może to się okazać trudniejsze – spróbować zastanowić się, dlaczego tak jest.

Powiedziałeś, że toksyczny partner tej twojej klientki coś sobie pewnie regulował tą relacją. A co z regulowaniem uczuć, o których mówiliśmy przed momentem? Kumpel, o którym wspomniałem na początku, niemal uzależnił się od gier internetowych. Dopiero po przepracowaniu rozstania zrozumiał, że była to ucieczka od niezdrowej relacji.

Można uzależnić się od różnych rzeczy, wpaść w pracoholizm, masturbację, uzależnienie od porno i tak dalej. Możliwości jest naprawdę wiele. Mój klient w końcowej fazie związku jedyną przyjemność czerpał z chodzenia wspólnie z partnerką do restauracji. Oboje przytyli. On ponad 20 kg. Klasyczne zajadanie problemów po to, by nie zacząć rozmowy na ich temat. Kiedy prawie 20 lat temu byłem na stażu w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach, pacjenci chorzy na schizofrenię zjadali gąbkę z materacy. Robili to, żeby czymś wypełnić pustkę w sobie i swoim życiu.

Skoro uczestnikom toksycznej relacji nie tak łatwo rozpoznać, że tkwią w niej po uszy, to mam nadzieję, że przynajmniej terapeucie nie przychodzi to z trudem.

Różnie z tym bywa, bo zazwyczaj takie nieświadome niczego pary przychodzą z innym, zastępczym problemem, który trzeba najpierw „rozbroić”, żeby dobrać się do sedna rzeczy.

Bardzo często jednak widać gołym okiem, że coś jest nie tak.

Pozory mogą mylić. Nie ma reguły, naprawdę. Widzę, że są na przykład pary, które żrą się niesamowicie, są uszczypliwe w stosunku do siebie, ale swój związek uważają za udany i czują się w nim szczęśliwe. Klient, o którym wspominałem wcześniej w kontekście samozaspokajania się partnerki, do pewnego momentu był z nią dopasowany w 90%.

Poza łóżkiem.

Na początku w łóżku też. Oboje uwielbiali również na przykład podróże. Dlatego tak złudne bywa kierowanie się w podejmowaniu decyzji o byciu z kimś „dopasowaniem”. Bo co to tak naprawdę znaczy?

No właśnie?

No ja nie wiem. Nie ma takiego terminu w seksuologii. Widziałem mnóstwo par, które niby wyglądały na niedopasowane, a funkcjonowały znakomicie. I na odwrót.

O tak, ja kiedyś znałem takie papużki nierozłączki, które nie potrafiły żyć bez siebie. Odkąd wzięli ślub, wypowiadali się wyłącznie jako „my”, zupełnie zatracili indywidualność. Też niezdrowe.

Takie zlanie się z drugą osobą jest jednym z sygnałów, że w związku nie dzieje się dobrze. W każdego rodzaju relacji trzeba mieć przestrzeń dla siebie. Partnerka jednego z moich klientów nieustannie go kontrolowała, podejrzewając o zdradę. On jej nie zdradzał, nawet jakby chciał, byłoby to niemożliwe, ponieważ ona miała dostęp do jego telefonu, czyli SMS-sów, wykazów połączeń, Messengera, Facebooka i tak dalej. Potrafiła zrobić awanturę nie tylko o to, że zalajkował jakiejś kobiecie post, ale też o to, że jakaś kobieta coś mu skomentowała na Fejsie. Dramat. Tak nie da się funkcjonować na dłuższą metę. Skończyło się oczywiście rozwodem.

Wina najczęściej leży pośrodku, choć gdyby wierzyć temu, co wszyscy mówią, powinna leżeć zawsze po tej drugiej stronie. Warto jednak wykonać także trudny manewr krytycznego przyjrzenia się sobie.

Tak, zdecydowanie. Nie zawsze musi to oznaczać odkrycie, że coś jest z nami „nie tak”. Może się na przykład okazać, że z jakichś powodów weszliśmy w związek z niewłaściwą osobą, fajnym człowiekiem, ale zupełnie nie dla nas.

Tak po prostu.

Opowiem ci historię mojego klienta, który przez dziesięć lat był w związku z innym mężczyzną, przy czym przez ostatnich osiem lat nie uprawiali seksu. No i co się okazało? Kiedy w trakcie terapii wgłębiliśmy się w temat, wyszło na jaw, że on tego swojego partnera wcale nie pożądał, bo on w ogóle nie był w jego typie.

To dlaczego się z nim związał?

Ponieważ takiego właśnie „zięcia” życzyliby sobie jego rodzice. Ułożonego, przewidywalnego, grzecznego, z manierami.

Teoretycznie nie ma do czego się przyczepić.

Teoretycznie tak, ale mój klient potrzebuje w związku szaleństwa. Dotarło to do niego dopiero po czterdziestce.

PRZECZYTAJ TEŻ: Zaburzenia erekcji - czy mężczyzna powinien się nimi martwić?

Lepiej późno niż wcale.

To prawda. Toksyczność to duży wór. Zrozumienie sytuacji wymaga wielu długich godzin przegadania tematu w szczerości i kontakcie ze swoimi uczuciami. Często nie wiadomo, dlaczego między dwiema osobami w związku wyrasta pancerna szyba; nie wiadomo, dlaczego ktoś nagle nie chce z kimś być, mimo że teoretycznie jest to najwłaściwsza osoba na Ziemi.

I na odwrót, nie wiadomo, dlaczego ze sobą są, bo na pierwszy rzut oka już dawno powinni się rozstać.

Był u mnie w terapii mężczyzna, którego w związku trzymały kompleksy, w jakie wpędziła go partnerka. Wmówiła mu, że jest nieatrakcyjny; bardzo często podkreślała jego nadwagę, choć według mnie nie był otyły. On przez to nabrał przekonania, że jeśli się z nią rozstanie, to nikogo innego sobie nie znajdzie.

A ona? Dlaczego z nim była, skoro jej się nie podobał?

Tylko tak mówiła, żeby sprawować nad nim kontrolę. Ludzie będący w związkach okłamują nie tylko tę drugą osobę, ale też siebie. Najczęściej nieświadomie. Bardzo często taki mechanizm wyparcia obserwuję u osób, które w późnym wieku odkrywają swoją orientację seksualną. Mężczyzna po czterdziestce, dwójka dzieci, atrakcyjna żona. Najpierw zaburzenia erekcji, potem zaburzenia pożądania, brak seksu. Przychodzi do mnie, no i okazuje się, że on już od dawna uprawiał od czasu do czasu seks z innymi mężczyznami, ale w ogóle nie uważał się za osobę homoseksualną.

Więc jak to sobie tłumaczył?

No, że po prostu od czasu do czasu uprawia seks z mężczyznami.

To przedziwne, że dopiero po czterdziestce wyciągnął z tego wnioski.

Bardzo często dopiero po zakończeniu niedobrego dla nas związku jesteśmy w stanie dostrzec sygnały, na które byliśmy zupełnie ślepi, funkcjonując w tej relacji. To mi przypomina anegdotę o księdzu, który czekał na to, aż go Bóg uratuje. Miała nadejść powódź do małego miasteczka. Ludzie przychodzili do proboszcza i mówili: niech ksiądz ucieka z nami! A on, że nie, że spokojnie, że Bóg go uratuje. Nadeszła wielka woda, ludzie spakowali swój dobytek i odpłynęli na łódkach, a ksiądz wszedł na dach kościoła. Podpływają do niego parafianie i zachęcają, żeby wsiadł do łódki i odpłynął z nimi. On znowu: nie, Bóg mnie uratuje. Ludzie odpływają, woda się podnosi. Ksiądz wchodzi na sam czubek wieży kościoła. Sytuacja się powtarza: podpływa łódka, ale proboszcz odmawia ewakuacji. W końcu ginie pod wodą. W niebie staje przed Bogiem i ma do niego pretensję, że ten go nie uratował, mimo że on tak gorliwie się do niego modlił. I wiesz, co Bóg mu na to odpowiedział? „Głupcze, trzy razy łódkę po ciebie wysyłałem”.

Andrzej Gryżewski - psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Założyciel CBTseksuolog.pl.

Przemysław Pilarski - scenarzysta, dramaturg i dramatopisarz. Z Andrzejem Gryżewskim opublikował dwie książki o męskiej seksualności.