Zamieszczane w ilustrowanych magazynach teksty o historii prezerwatyw zwykle zawierają jakieś wzmianki o tym, że znali je już starożytni Egipcjanie lub przynajmniej Rzymianie. "Logo" powinno jednak trzymać pewien poziom, zaznaczę więc od razu, że historyczne podstawy takich hipotez są kruche. Owszem, Howard Carter w grobowcu Tutanchamona odkrył coś, co może wyglądać jak skórzana nakładka na penis. Owszem, znane są starożytne malowidła przedstawiające mężczyzn coś sobie tam zakładających - ale tak naprawdę niewiele z tego wynika. Mężczyźna ma do swojego penisów stosunek raczej emocjonalny, mówiąc łagodnie.

Antropologia zna wiele przykładów artefaktów zakładanych na penis nie w celu odbycia stosunku, tylko dla nadania bojowego wyglądu: że przytoczę oficjalny tytuł niedawnego przywódcy Zairu - "kogut opiekujący się licznymi kurami" ("Mobutu Sese Seko Nkuku Ngbendu wa Za Banga"). Artefakt z grobowca Tutanchamona równie dobrze można więc uznać za starożytny odpowiednik sportowego samochodu - miał po prostu komuś wydłużyć.

też szczególnie seksy, ale można je było wygotować lub radykalnie odkazić. A mówimy przecież o epoce - proszę nie próbować zbyt intensywnie tego sobie wyobrażać - prezerwatyw wielorazowego użytku.

Prawie dokładnie 40 lat po pierwszych eksperymentach Fallopiusza stanowisko w sprawie prezerwatyw zajęła katolicka teologia. W traktacie zatytułowanym "De iustitia et iure" (wszyscy pomyślą, że robię sobie jaja, ale to naprawdę oznacza "O prawie i sprawiedliwości"!) flamandzki teolog Leonardus Lessius potępił używanie prezerwatyw jako środka antykoncepcyjnego. Tak się zaczęła sytuacja trwająca właściwie do dzisiaj - prezerwatywy są zalecane przez lekarzy jako środek chroniący przed różnymi przykrymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, a Kościół katolicki jest stanowczo na nie, bo przy okazji prezerwatywy służą też kontroli poczęć.

W 1666 r. komisja powołana do zbadania spadku przyrostu naturalnego w Wielkiej Brytanii wśród przyczyn wymieniła rosnącą popularność "kondonów" - przez "en". W końcu przyjęła się raczej pisownia przez "em", ale nie ma to specjalnego uzasadnienia - tak naprawdę nie wiadomo, skąd się wzięło to słowo, są teorie łączące je już to z popularnym angielskim nazwiskiem, już to z łacińskim słowem condus ("końcówka"). W ten sposób prezerwatywami zaczęli się interesować nie tylko teologowie, ale także politycy, którym nader często zależy na podnoszeniu przyrostu naturalnego. Najczęściej po prostu po to, żeby mieć więcej mięsa armatniego - stąd ograniczenia w dostępie do prezerwatyw np. w Trzeciej Rzeszy, ale także i w liberalnej Francji tuż po I wojnie światowej. Ostatnim zachodnioeuropejskim krajem, który zniósł taki zakaz, była Irlandia - kondomy stały się tam legalne w 1979 r.

Guma i zwierzęce jelita

Trojan contra Durex

Guma i zwierzęce jelita rywalizowały ze sobą na tym rynku aż do wielkiego kryzysu w 1929 r. Takie zjawiska ekonomiczne przyśpieszają przemiany techniczne. Sprawiają, że pewne wynalazki, które dotąd nie mogły się przebić, nagle wypierają z rynku dotychczasowych potentatów.

Lateks ma bowiem jedną zasadniczą wadę - uczula. Nie jest to może aż tak groźne, a już na pewno nie aż tak rozpowszechnione, jak sugerowała swego czasu posłanka Anna Sobecka. Fakt pozostaje jednak faktem, lateksowe prezerwatywy nie są dla każdego. Inne są jednak mało popularne. W specjalistycznych sklepach, zwłaszcza w pewnych dzielnicach Tokio i Amsterdamu, wciąż jeszcze można kupić kondomy ze zwierzęcych jelit. Stosunkowo od niedawna na rynku dostępne są prezerwatywy z poliuretanu - Trojan Supra i Durex Avanti. Na poliizopren postawiła z kolei firma Lifestyle ze swoją marką SKYN. I wreszcie Pasante oferuje jedyne na świecie prezerwatywy z żywicy syntetycznej, słusznie nazwane Unique.

Te nowe marki są na rynku obecne stosunkowo od niedawna, więc chociaż poddano je wymaganym przez prawo testom laboratoryjnym - tak naprawdę nie wiemy, na ile można im ufać. Ich wspólną zaletą jest to, że są cieńsze nawet od lateksu. Żywica AT-10 nie jest jednak elastyczna, za to po ogrzaniu ciasno przylega do penisa, przez co niektórzy czują się, jakby w ogóle nie było żadnej prezerwatywy - a inni wprost przeciwnie.

Erosy z Krakowa

Wojenne przygody kondomu

Dzięki wpływom względnie liberalnej w tych sprawach c.k. monarchii Polakom nie obce było doświadczenie mężczyzn z XX w. - którzy skoro już mają przy sobie względnie niedrogie, za to bardzo szczelne opakowanie, to wynajdują dla niego inne zastosowania. Pomyślmy tu choćby o biednych Rumunach, którzy musieli rozstrzelać Ceausescu, żeby w ogóle prezerwatywa stała się dla nich dobrem powszechnym!

Podczas drugiej wojny światowej kondomy rozdawano powszechnie żołnierzom po obu stronach frontu - politycy, nawet jeśli chcieli mieć więcej mięsa armatniego i wzbraniali dostępu do antykoncepcji cywilom, nie chcieli, by to mięso im chorowało.

Wodoodporność okazywała się bezcenna na polu walki - żołnierze lądujący na plaży Omaha zapobiegliwie owijali przydziałowymi kondomami elementy uzbrojenia, ale także zapalniczki i papierosy. Fotoreporteży tygodnika "Life" zawijali zaś w prezerwatywy swoje aparaty Leica. Winston Churchill powołał specjalną komórkę do wynajdowania nietypowych metod walki, pozwalających sabotażyście zrzuconemu za linie wroga sporządzić improwizowaną bombę z niewinnie wyglądających składników. Kierujący tą komórką - o nieformalnym kryptonimie "sklep z zabawkami" - generał Millis Jefferis był prawdziwym pierwowzorem bondowskiego Q. Ludzie Jefferisa szybko odkryli, że do produkcji bomb najlepiej nadają się właśnie prezerwatywy (które można wypełnić np. łatwopalną cieczą) i  tabletki Alka-Seltzer, z których można stworzyć prosty zapalnik czasowy. Siedzibą tej komórki było małe miasteczko Aylesbury w Buckinghamshire i pracujący w niej incognito inżynierowie szybko zaczęli się cieszyć szacunkiem mieszkańców, którzy uważali, że jeśli ktoś kupuje w aptece hurtowe ilości kondomów i tabletek na kaca, to musi być prawdziwym balangowym wyczynowcem.

Prawdopodobnie fałszywa, ale za to przeurocza, jest anegdota o tym, jak firma Durex zaproponowała Churchillowi, że sama dostarczy swój produkt w specjalnych, dużych rozmiarach, przeznaczony już tylko do owijania karabinów maszynowych. W ramach wojny psychologicznej przeciwko Niemcom premier zaproponował, żeby na opakowaniu prezerwatywy na osiemnastocalową lufę karabinu umieścić dwa napisy. "Made in Britain" i "SIZE: MEDIUM".

W kwestii rozmiaru

Tak wracamy do tematu poruszonego na początku artykułu: rozmiar. W XIX w. prezerwatywę sporządzano na indywidualne zamówienie - lekarz mierzył organ i do wyniku pomiarów dostosowywano kondom wielorazowy. Źródła historyczne milczą na temat tego, w jaki sposób pacjent był doprowadzany do erekcji w warunkach pomiarowych. Dziś prezerwatywy produkowane są przemysłowo w standardowych rozmiarach. Z rozmiarami jest tak jak z popcornem w kinie, który można zamówić tylko duży, bardzo duży i gigantyczny. Jeśli jakaś prezerwatywa jest oferowana jako mała, to musi chodzić o złośliwy żart, tak jak w przypadku fikcyjnych kondomów w "Small Pecker", które można kupić w sklepach z "dziwnymi rzeczami" jako złośliwy prezent dla kogoś, za kim nie przepadamy. Poza tym kwestia rozmiaru wygląda mniej więcej tak, jak w ofercie Dureksa - który sprzedaje prezerwatywy "zwykłe" oraz dwa rodzaje większych: XL i XXL.

O tym, jak drażliwy to temat, najlepiej świadczy fakt, że primaaprilisowy dowcip holenderskiego radia o opracowaniu unijnej normy na rozmiar prezerwatywy obiegł europejskie portale oraz agencje informacyjne i został potraktowany całkowicie serio. Bo rozmiar penisa to nie jest sprawa, z której można sobie żartować.

Jak zwykle na naszym kontynencie przy takiej okazji najwięcej wszyscy sobie używają na Niemcach, rzekomo obdarzonych najmniejszymi. Może właśnie dlatego to niemiecki inżynier Jan Vinzenz Krause od kilku lat próbuje wprowadzić na rynek re- wolucyjny wynalazek przecinający wszystkie takie dyskusje raz na zawsze: prezerwatywę w spreju o nazwie Jolly Joe.

Może to będzie ten wynalazek, który wyłoni się jako dominujący na rynku po obecnym kryzysie - tak jak 80 lat temu okazał się nim lateks? Niedługo się przekonamy...       

Zobacz też na Logo24 :

Tekst: Wojciech Orliński

Zdjęcia: Marcin Klaban, Shutterstock, materiały promocyjne