Cztery? Sporo!
Sporo? Sporo to zjadał na śniadanie Michael Phelps: cztery omlety, trzy tosty, dwie jajecznice i dwie owsianki…

Ale pan po radiu, nie treningu.

Przed treningiem. Uważam, że mężczyzna po czterdziestce powinien codziennie się zmęczyć fizycznie. To dobrze robi na głowę.

Biega pan zimą?

Do -10°C to nie jest problem. „Nie ma za niskich temperatur do biegania. Są tylko ludzie źle ubrani”. To było pierwsze zdanie pierwszej książki o bieganiu, jaką przeczytałem.

Też mam teorię. Biegają ci, którzy nie potrafią pływać. Proszę spojrzeć na sylwetkę mistrza maratonu i przeciętnego pływaka.
Całkowicie się zgadzam, stąd triatlon. Samo bieganie przestało mi
w pewnym momencie wystarczać. Połączenie biegania, pływania i roweru jest rzeczywiście genialne. Trudno znaleźć coś lepszego.

Pięciobój nowoczesny? Pan jeździ konno.
W weekendy, jeżeli jesteśmy na Mazurach. Za to synowie trenują z mamą codziennie – ich konie latem są w Gałkowie, a teraz w stajni pod Warszawą. I naprawdę podziwiam, jak doskonale sobie radzą. Uważam, że właściwie już teraz o wiele lepiej niż ja, mimo że jestem instruktorem jazdy konnej.

Piotr KraśkoPiotr Kraśko Mateusz Skwarczek / AG

Czy Piotr Kraśko to „jeszcze dziennikarz” czy „już celebryta”?
Nie zastanawiałem się nad tym. Codziennie od 27 lat wykonuję pracę dziennikarza.

Po rozstaniu z „Wiadomościami” i angażu w „Dzień dobry TVN” na początku 2016 r. został pan stałym bohaterem Pudelka.

Co wieczór prowadzę „Fakty o świecie” w TVN24BiS i tam zajmuję się polityką międzynarodową, w środę jestem w TOK FM, a w weekendowy poranek w „Dzień dobry TVN”, gdzie pojawiają się kompletnie inne sprawy. Wszystko to razem wspaniale się uzupełnia. „DDTVN” to wyjątkowy program o tym, o czym rozmawiamy
w domu po powrocie z pracy. Czasem o Trybunale Konstytucyjnym i konstytucji, a czasem o tym, dokąd pojechać na wakacje, do którego lekarza pójść z dziećmi i co zrobić na obiad.

Kto dobiera rozmówców?
W radiu słyszymy prowadzącego, w telewizji go widzimy, ale za każdym razem to praca ogromnego zespołu. Mam szczęście do fantastycznych producentów i reporterów. Każdy program jest wypadkową pomysłów, talentu i pracy bardzo wielu osób.

[na stół wjeżdża kawa] To pierwsza dzisiaj?
Trzecia.

Uwaga na ciśnienie. Poranek w TOK FM był stresujący, słuchałem.
O kierowcach rajdowych mówi się, że mają benzynę we krwi. Ja mam pewnie kawę. A co do radia, to ciekawe, bo częściej się zdarza, że ktoś najpierw pracuje w radiu, a potem w telewizji. U mnie kolejność była odwrotna i to jest dla mnie wciąż trochę nieodkryty ląd, który dopiero poznaję.

Na ile przemyślane są tyrady humanistyczne Piotra Kraśki na rozpoczęcie bloku porannego?
Powiedzmy, że to jednak bardziej poranny przegląd prasy. Czasem jest coś, o czym chcę powiedzieć od dawna, a czasem tematem są wydarzenia, które rozegrały się w nocy albo nad ranem. Ale to jest akurat codzienność w niusach – najlepiej zaplanowany dzień może się wywrócić kilka minut przed programem, jeśli coś się wydarzy.

Last minute – temat tego numeru „Logo”. Taka natura niusów, niezależnie od medium. Jak wygląda pana poranna prasówka?
Praca w niusach właściwie nigdy się nie kończy. To nie jest tak, że można czymś się w ogóle nie interesować, a potem zająć tym tuż przed programem. Nikt nie przygotuje się do rozmowy na temat relacji polsko-amerykańskich między 6 a 7 rano. Za każdym razem musisz sprawdzić najnowsze informacje i przejrzeć wiele tekstów, ale jeśli chcesz się tym zajmować – to musisz to robić codziennie, najlepiej latami. „Last minute” możesz wymyślić zgrabne zdanie, ale „last minute” nie wymyślisz wiedzy na dany temat.

Nie każdy z wiekiem mądrzeje. Nie każdy z wiekiem przystojnieje. Pana zalicza się do tej kategorii co Seana Connery’ego czy Anthony’ego Hopkinsa. Facet jak dobre wino.
Nie wymyśliłbym lepszego komplementu, ale to jednak w moim wypadku bardzo mocno na wyrost. Zgadza się tylko to, że moja żona zawsze mówi, że jak mnie poznała, to wyglądałem strasznie, a teraz trochę lepiej. Co nie znaczy, że dobrze. Znaczy, że lepiej niż wtedy.

Piotr KraśkoPiotr Kraśko Mateusz Skwarczek / AG

Wasza idealna relacja jest pożywką dla magazynów plotkarskich. Nie przeszkadzają panu te „Gale”, „Logo”…?
Nic mnie nie bawi bardziej niż aktor, który zagra w dwóch serialach i narzeka, że nie może wyjść na ulicę, bo jest osobą publiczną. Istnieje wiele innych wspaniałych zawodów – może zmienić profesję i żyć inaczej. Ciężką pracę to ma górnik. Spędziłem kiedyś dwa dni w KWK Bobrek razem z ratownikami górniczymi i są to najciężej pracujący ludzie, jakich w życiu spotkałem. Na nic nie narzekali.

Prowadzi pan dość „celebryckiego” Instagrama dla fanów. Jaki jest na niego pomysł?
Do Instagrama przekonałem się, kiedy zobaczyłem, że ma na nim konto Anderson Cooper, fantastyczny reporter CNN, który relacjonował dziesiątki wojen, huraganów i kampanii wyborczych. Jeśli Anderson Cooper zaakceptował Instagrama, to znaczy, że da się go jakoś oswoić. Ale nie jestem wielkim wielbicielem mediów społecznościowych. Konto na Facebooku założyłem chyba siedem lat temu, ale mój ostatni wpis pochodzi sprzed ponad pięciu lat.

I zrezygnował pan z Twittera.
To prawda. Nawet jeśli teraz limit to już więcej niż 140 znaków – to jednak dalej niewiele. Jako źródło krótkiej informacji wolę pasek na dole ekranu w TVN24. A niemal wszędzie, gdzie jestem, jest włączony telewizor. I w zdecydowanej większości wypadków będzie to właśnie TVN24. Więc jeśli naprawdę wydarzy się coś ważnego, nie mam wątpliwości, że moje wspaniałe koleżanki i koledzy ze stacji na pewno o tym powiedzą. Dzięki nim nie muszę cały czas sprawdzać w telefonie, czy pojawił się jakiś przełomowy tweet.

Jak to się stało, że stał się pan ikoną stylu? Przynajmniej zdaniem naszych czytelników.
Bardzo dziękuję, ale będę się upierał, że nie zasługuję. Gdybym miał wskazać kogoś, kto w sprawie stylu jest nieomylny, to z pewnością kobieta, za sprawą której po raz pierwszy usłyszałem, że istnieje taki zawód jak stylista. Dorota Williams. Gdy na początku lat 90. szła przez korytarze TVP przy Woronicza, była jak chodząca okładka „Vogue’a”. Dorota miała sprawić, by ludzie w telewizji nie wyglądali, jakby u władzy był wciąż towarzysz Gomułka.

Piotr KraśkoPiotr Kraśko Mateusz Skwarczek / AG

Moje wspomnienie telewizji początku lat 90. to: „pstrokata żenada”.
Panowało dość szczególne upodobanie do bardzo jaskrawych kolorów garniturów. Serial „Dynastia” w wydaniu środkowoeuropejskim. Dorota jakimś cudem znalazła jedyny chyba wtedy sklep w Warszawie, który miał ofertę inną niż na plenum KC.

Pamięta pan, co to był za sklep?
Na ulicy Orlej w Warszawie, na tyłach dawnego kina Femina. Sklep trochę jak z innego świata. Nikogo z nas nie byłoby wtedy stać, żeby kupić tam cokolwiek. Nie wiem, jak Dorota sprawiła, że te rzeczy nam wypożyczano. Od wielu już lat pracuje w TVN i przy wielkich produkcjach filmowych i serialowych. Napisała też doskonałą książkę o historii mody i bardzo jestem dumny, że znam ją od tak dawna.

Kto ubiera pana dzisiaj?
Genialną stylistką „Dzień dobry TVN” jest Agnieszka Kornacka. A na co dzień, jak każdy pewnie mężczyzna, słucham żony. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Malinę, wyglądała zjawiskowo, a ja pewnie jak Colin Firth w „Dzienniku Bridget Jones” w swetrze z reniferem. Różnica między nami była taka, że Firth zdawał sobie sprawę z tego, co ma na sobie, a ja byłem zachwycony swoimi za krótkimi spodniami i czerwoną bluzą. Malinie uroku dodawało jeszcze to, że chwilę wcześ-niej wygrała zawody i wciąż była w bryczesach i oficerkach.

Nie mogło być z panem tak źle, skoro doprowadziło do dzisiaj. Pytam eksperta: jak ma się ubierać facet?
Przede wszystkim nie powinien sprawiać wrażenia, że strasznie dużo czasu mu zajęło zastanawianie się nad tym, jak się ubrać.

To definicja „smart casual”.
Skoro tak pan mówi. Tak naprawdę uważam, że lepiej więcej uwagi poświęcać bieganiu niż analizie zawartości swojej szafy. Najlepszy garnitur nie będzie dobrze wyglądał, jeśli się zapuścimy, a Robert Lewandowski będzie dobrze wyglądał w każdym T-shircie.

Spotkał pan inspirującego trenera na swojej drodze?
Tak, to Jerzy Górski. Bohater filmu „Najlepszy”. Poznałem go, przygotowując się do triatlonu w Gdyni. Wiedziałem, że był mistrzem świata w podwójnym Ironmanie, ale nie znałem całej jego dramatycznej biografii. Jest najlepszym dowodem na to, że człowiek może wszystko, jeśli tylko narzuci sobie żelazną dyscyplinę. Jeśli Jerzy był w stanie dojść z Monaru na podium mistrzostw świata – to wszystko jest możliwe.

Najlepiej ubrany Polak. Wciąż próbuję wyciągnąć z pana porady modowe…
Opowiem o telewizji. Jest w tym wielka niesprawiedliwość, że mężczyźnie wystarczą w pracy trzy garnitury na parę lat. Zmieni koszulę czy krawat i to pewnie wystarczy. Podziwiam swoje koleżanki z pracy, które za każdym razem muszą wyglądać inaczej.

Piotr KraśkoPiotr Kraśko Mateusz Skwarczek / AG

To jak ma wyglądać dobrze ubrany facet, tak generalnie?
Powtórzę: nie jest dobrze, jeśli jest przebrany. Ubranie mężczyzny nie powinno zwracać na siebie za bardzo uwagi. Gdyby zapytał mnie pan, jak najbardziej lubię się ubierać – to powiem, że w piankę do nurkowania i butlę z tlenem. Zupełnie serio – zawsze ważniejsze jest to, co robimy, a nie w czym. Idealny dla mnie styl to „farmer w Teksasie”, moim ukochanym amerykańskim stanie. Jeździsz wielkim pikapem, chodzisz w dżinsach, koszuli w kratę i czapce bejsbolowej. Chyba że urodziłeś się tam – to możesz nałożyć kowbojski kapelusz. Turysta będzie wyglądał w nim śmiesznie, Teksańczyk doskonale.

Jak z reklamy Marlboro.
Trochę tak. Choć pewnie najlepiej ubrany facet w historii to Harrison Ford jako Indiana Jones. Jest słynna historia o tym, jak Spielberg z Fordem kupowali w Londynie na Regent Street kapelusz, który stał się potem niemal ikoniczny. Poszli do najdroższego sklepu istniejącego w tym samym miejscu pewnie od 300 lat, zapłacili 1000 funtów, po czym na oczach wszystkich Spielberg rzucił go na ziemię i przez parę minut deptał. Właściciel miejsca niemal płakał z rozpaczy, że ktoś tak traktuje jego wyroby, a Ford spokojnie założył go na głowę i wyglądał w nim najlepiej na świecie. To też zabawne, że w przedwojennej Polsce, kiedy nasi arystokraci zamawiali w Londynie ubrania, najpierw dawali je komuś na rok do noszenia, a dopiero potem sami zakładali. Noszenie za nowych było w złym stylu. Wartość miały tylko rzeczy, które znajdowały się w rodzinie od pokoleń albo przynajmniej widoczna była na nich już jakaś historia.

Czyli generalnie idealny styl to kowbojski?
Idealny styl musi pasować do sytuacji. Kiedyś Filip Bajon powiedział, że jeśli mógłby wybrać, kim chciałby być, to brytyjskim oficerem w Indiach pod koniec XIX w. Oni właściwie nie mieli tam nic do roboty poza grą w polo. Uważam, że jeśli można by się z tego utrzymać, to genialny pomysł na życie. Gdybym poza Fordem miał jeszcze kogoś wskazać, to Roberta Redforda jako Denysa Fincha Hattona w „Pożegnaniu z Afryką”. Jedyny myśliwy, do którego – przyznaję – mam słabość. Ale to były jeszcze bardzo romantyczne czasy w Afryce Wschodniej.

W momencie publikacji tej rozmowy online jesteśmy już dawno po „Wracajcie, skąd przyszliście”.W momencie rozmowy jesteśmy przed premierą. Porozmawiajmy na koniec o tym show. W czasie przeszłoprzyszłym. Podążył pan uchodźczym szlakiem – tylko w drugą stronę.
Zmontowanie czterech godzin ze stu było niebywale trudnym zadaniem. Format powstał w Australii, a potem pojawił się w Niemczech, Holandii i paru innych krajach. Uważam, że to możliwie najbardziej obiektywne spojrzenie na zapewne największy dramat w tym stuleciu. W podróż wyruszyliśmy z szóstką uczestników – trzy osoby były zdecydowanie za przyjmowaniem uchodźców w Polsce, trzy zdecydowanie przeciw. Na początku podróży poglądy mieli bardzo dokładnie przemyślane i świetnie wiedzieli, jak bronić swoich racji. A potem wiele się zmieniło. Dla większości z nich to była najbardziej niezwykła podróż w życiu – czasem tirem, czasem busem, samolotem, pikapem czy łodzią – przez Niemcy, Austrię, Węgry, Serbię, Grecję, aż do Iraku.

Główna refleksja po takiej wyprawie?
Uchodźcom można pomagać na różne sposoby. Przede wszystkim w sposób zinstytucjonalizowany, tak jak robią to UE, ONZ czy Czerwony Krzyż. Ale często kończy się to ciężką depresją niemal wszystkich – i tych, którzy pomoc niosą, i tych, którym się pomaga. Obóz Mori na Lesbos jest nie przez przypadek nazywany piekłem na ziemi. W fatalnych warunkach tysiące ludzi stłoczono na niewielkiej przestrzeni, nie dając im żadnej nadziei na to, że będzie lepiej.

Piotr KraśkoPiotr Kraśko Mateusz Skwarczek / AG

Ale można też pomagać inaczej.
W Austrii spotkaliśmy emerytowaną nauczycielkę niemieckiego, która wpadła na pomysł, by zaprosić do siebie rodzinę z Afganistanu, która akurat trafiła do jej miasteczka. Wszystkich nauczyła języka, dzieci poszły do szkoły, a potem na studia i zaczęły zarabiać. Czują się szczęśliwymi Austriakami i szanują nową ojczyznę. To jakby realizacja pomysłu papieża Franciszka, by każda parafia zaprosiła do siebie jedną rodzinę. Gdyby działać w ten sposób – mogłoby się udać, ale to pewnie plan zbyt idealistyczny…
Proszę wyobrazić sobie 80-tysięczną wyspę Lesbos, na której w pewnym momencie było 300 tys. uchodźców. Większość mieszkańców chciała pomóc, ale nie dziwię się, że część po paru miesiącach miała dosyć. Ani Unia, ani Ateny nie pomagały małej wyspie. Utrzymanie, wyżywienie i dosłownie ratowanie ludzi spadło na barki małej społeczności, dla której było to często zadanie ponad siły.

I co właściwie załatwia „Wracajcie, skąd przyszliście”?
Mamy w Polsce zdecydowane opinie w sprawie uchodźców. Bardzo niewielka grupa rodaków odpowiada w sondażach: „Nie mam zdania”. Ale ilu uchodźców spotkaliśmy? W ilu obozach byliśmy? Czy byliśmy tam, skąd uciekają? Uważam, że za sprawą bardzo ciekawych uczestników tej podróży każdy widz odnajdzie w tym programie swój sposób myślenia, swoje nadzieje i swoje wątpliwości. Czy ci ludzie przyjeżdżają do Europy na stałe, czy chcą tylko przeczekać tu najgorsze lata? Czy chcą zbudować tu kalifat, czy tylko domek z ogródkiem? Czy podoba im się, jak ubierają się tu kobiety, czy chcą nałożyć im burki? Chcą szybko znaleźć pracę czy żyć z hojnego niemieckiego socjalu?
Wszystkie te pytania padają w czasie naszej podróży. Rozmawialiśmy z tymi, którzy pomagają uchodźcom, i tymi, którzy chcieliby się ich pozbyć. Z ludźmi, którzy się ich boją, i tymi, którzy cieszą się, że stali się ich sąsiadami. Takiej opowieści o największej wędrówce ludów od zakończenia II wojny światowej w żadnej polskiej stacji telewizyjnej z pewnością jeszcze nie było.