Z małego botanicznego mikroskopu wyjąłem soczewkę i wsadziłem w tuleję o głębokości około pół centymetra, krawędzie zabezpieczając woskiem. Do środka nalałem chłodnej wody, do 3/4 objętości, po czym założyłem to sobie na gałkę oczną. Oko natychmiast stało się starczowzroczne – tak w 1801 r. swój eksperyment opisał Thomas Young, dodając, że wywołaną w ten sposób krótkowzroczność można było z łatwością odwrócić – zastosowanie dodatkowej soczewki przywróciło ostrość widzenia.

Young nie był szalonym prekursorem „Jackassa”, który przeprowadzał na sobie eksperymenty, ale jednym z najwybitniejszych naukowców wszech czasów. Doskonale pasował do innych wielkich, jak da Vinci i Kartezjusz, których teoretyczne rozważania przyczyniły się do postępu prac nad soczewkami kontaktowymi. Young odkrył przyczynę astygmatyzmu, wyjaśnił mechanizm akomodacji wzroku i podał teorię widzenia barw. Zajmował się medycyną, matematyką i fizyką. Był uważany za „ostatniego człowieka, który wiedział wszystko”. Znał 14 języków i rozszyfrował staroegipskie pismo. Jest arcyciekawą postacią, jednak nas interesują soczewki kontaktowe, a na te było jeszcze za wcześnie.

Szklane oczy i soczewki

Za prawdziwych twórców soczewek kontaktowych może uchodzić kilku wynalazców. Chronologicznie pierwszym z nich był niemiecki mistrz szklarski Friedrich Anton Müller-Uri. Jego ojciec miał manufakturę… szklanych oczu. Syn rozwijał produkcję. W 1887 r. prof. Theodor Samisch poprosił go o wykonanie szklanej osłony gałki ocznej dla pacjenta, który nie widział już na lewe oko z powodu zaćmy, a w prawym miał usuniętą powiekę z powodu nowotworu. Müller wydmuchał cieniutką szklaną osłonkę chroniącą oko przed wysuszeniem. Rozwiązanie się sprawdziło – pacjent nosił je dzień i noc przez 20 lat, aż do śmierci.


W tym samym czasie w Zurychu niemiecki lekarz Adolf Gaston Eugen Fick stosował szklane soczewki dopasowane do oka, nawilżane roztworem cukru. Pierwsze formy modelował na gałkach ocznych królików, a potem na ludzkich, pobranych ze zwłok. Następnie prowadził testy na sobie, a w końcu na 17 ochotnikach. Swoje badania opisał
w 1888 r. w periodyku okulistycznym. Warto odnotować, że soczewki dostarczał mu Ernst Abbe – niemiecki fizyk, współzałożyciel dobrze dziś znanej firmy Carl Zeiss.
Eksperymenty na sobie prowadził też inny niemiecki lekarz August Müller. Poprosił jednego ze studentów, by wpuścił mu do oka roztwór kokainy i włożył zamówioną wcześniej u optyka szklaną soczewkę. Jak pisał: „Moja wada wzroku zmniejszyła się z -14 (sic!) do -0,5 dioptrii, przy czym przedmioty widziałem nieco większe niż w okularach”. Wyniki swych badań zaprezentował w 1889 r. w rozprawie doktorskiej „Okulary a soczewki kontaktowe”.
Szklane soczewki były wielkim osiągnięciem, ale miały istotne mankamenty: były duże i na tyle ciężkie, że nie trzymały się oka, ale stopniowo opadały. Pacjenci byli w stanie wytrzymać w nich najwyżej dwie godziny. By złagodzić poczucie dyskomfortu, oczy zakrapiano kokainą.

Szklane soczewki z lat 40. XX w. To były tzw. soczewki twardówkowe, czyli na całą przednią część oka. W środku aplikator z przyssawką.Szklane soczewki z lat 40. XX w. To były tzw. soczewki twardówkowe, czyli na całą przednią część oka. W środku aplikator z przyssawką. fot. nich.tech

Pleksi rewolucja

W 1938 r. 25-letni Heinrich Wöhlk miał już szczerze dość ciężkich okularów z grubymi szkłami, które musiał nosić ze względu na dużą wadę wzroku (+9 dioptrii). Próbował zakładać szkła kontaktowe, ale te były piekielnie niewygodne.
Wöhlk, który pracował w firmie produkującej żyroskopy, poznał tam nową substancję – wprowadzony na rynek zaledwie dwa lata wcześniej pleksiglas. Tworzywo sztuczne było idealnie przezroczyste, ale dużo lżejsze niż szkło. Ponieważ szef zezwolił Wöhlkowi zabierać resztki pleksi, ten próbował w domu robić z niego soczewki. Aby uzyskać dokładny model swoich gałek ocznych, nakładał na oko płatek wosku, podgrzewał go lampą, by przyjął kształt oka, i wrzucał do wody, by zastygł. Cienkie płatki łatwo się łamały, więc w kółko powtarzał tę makabryczną procedurę. Dopiero w 1940 r. udało mu się zrobić pierwszą soczewkę z pleksi, którą był w stanie założyć. Co prawda absolutnie nic przez nią nie widział, bo nie miała jeszcze odpowiednich właściwości optycznych, ale już to, że mógł ją nosić przez 5 godzin bez bólu, wprawiło go w euforię. Cały czas rozwijał wynalazek i po wojnie założył własną firmę. Nie miał jednak funduszy, by opatentować soczewki z pleksi. W 1950 r. patent otrzymał za to Amerykanin Kevin Tuohy. Jego wynalazek doskonale wpisuje się w historię odkryć przez przypadek. Duże soczewki z pleksi, tzw. twardówkowe, robiło wtedy już wiele firm. W laboratorium, w którym pracował Touhy, pękła jedna z nich w ten sposób, że środek został nienaruszony. Touhy włożył go sobie do oka, by sprawdzić, co się stanie. Mniejsza soczewka umieszczona na rogówce okazała się praktyczna. To samo stwierdzili klienci – sprzedaż skoczyła z 50 tys. par rocznie do 200 tys. Soczewki jednak nadal były sztywne i nie przepuszczały tlenu.

Prof. Otto Wichterle w laboratorium Czechosłowackiej Akademii Nauk.Prof. Otto Wichterle w laboratorium Czechosłowackiej Akademii Nauk. fot. aoafoundation.org

Czeski film

Tak popularne dziś miękkie soczewki kontaktowe stworzył Czech Otto Wichterle, wykorzystując opracowany z Drahoslavem Limą przezroczysty hydrożel. Początkowo badacze uważali, że przyda się do wytwarzania różnych implantów. Swoje odkrycie w czasopiśmie „Nature” w 1959 r. opisali jako „Hydrofilowe żele do użytku biologicznego”, ale przypadkowe spotkanie z okulistą w pociągu odmieniło historię. Przynajmniej dla okularników. 24 grudnia 1961 r., zamiast smażyć karpia na wigilię,
Wichterle w domowej kuchni zrobił z żelu pierwsze miękkie soczewki.

 „Przez cały wieczór i noc moczyłem je w wodzie z solą, a następnego dnia rano pojechałem do kliniki okulistycznej i asystowałem przy nakładaniu ich pacjentom” – wspominał.

W domowej produkcji żelowych soczewek profesor wykorzystał sprzęt z dziecięcego zestawu majsterkowicza napędzany przez dynamo z roweru syna. Wkrótce zastąpił je silniczkiem z własnego gramofonu. Przez cztery miesiące z żoną wyprodukowali
5,5 tys. soczewek. 

Na początku miały słabą ostrość i były raczej żółtawe, za to niewiarygodnie wygodne. Jeszcze w latach 60. rząd Czechosłowacji sprzedał za 330 tys. dol. prawa do soczewek amerykańskiemu przedsiębiorcy, który po roku odsprzedał je za milion dolarów firmie Bausch & Lomb. Ta udoskonaliła wynalazek i w 1971 r. wprowadziła hydrożelowe soczewki kontaktowe. Natychmiast cena jej akcji wystrzeliła w górę z 47 do 150 dol. – kapitał akcyjny wzrósł o 250 mln dol. w jeden dzień! A profesor Wichterle? Dostał 0,1% sumy, jaką otrzymał czechosłowacki rząd, ale – według wnuka – nigdy z tego powodu nie narzekał.

Aparatura prof. Wichterle. W domowej produkcji żelowych soczewek profesor  wykorzystał sprzęt z dziecięcego zestawu majsterkowicza napędzany przez dynamo z roweru syna. Wkrótce zastąpił je silniczkiem z własnego gramofonu.Aparatura prof. Wichterle. W domowej produkcji żelowych soczewek profesor wykorzystał sprzęt z dziecięcego zestawu majsterkowicza napędzany przez dynamo z roweru syna. Wkrótce zastąpił je silniczkiem z własnego gramofonu. fot. nich.tech