Legenda Dzikiego Zachodu opromieniła pierwszą z firm, ale później pojawiło się magnum 44.

Za scenę, w której Brudny Harry opisuje swoją spluwę, firma Smith & Wesson powinna zapłacić producentom filmu miliony dolarów. Bo czy jest ktoś, kto nie pamięta tyrady Callahana, celującego z modelu 29? - Masz dziś szczęście, śmieciu? - zapytał Brudny Harry w 1971 r., a fani pobiegli do sklepów. Z dnia na dzień produkowane wtedy od 16 lat magnum stało się hitem. Ale, choć trudno w to uwierzyć, wcale nie największym w historii firmy.

Colt drażni pana Wessona

Pierwszy rewolwer skonstruował - jak wiadomo - Samuel Colt, który opatentował tę broń w 1836 r. Na podobny pomysł wpadł Daniel Leavitt, młody, zaledwie 23-letni, wynalazca. On również opatentował rewolwer, ale zrobił to rok po Colcie. W latach 40. Leavitt założył spółkę, której wspólnikiem został Edwin Wesson. Firma była niewielka, ale rozwijała się na tyle dynamicznie, że po kilku latach zauważył ją Colt. I wytoczył proces o złamanie praw patentowych. Duży - jak wiadomo - może więcej. A że w 1852 Colt's Patent Firearms Manufacturing Company była już znaną, sporej wielkości firmą, Wesson and Leavitt przegrała sprawę z kretesem i wkrótce została zlikwidowana. Leavitt po tym ciosie się nie podniósł, pałeczkę przejął pałający żądzą rewanżu brat Edwina - Daniel B. Wesson.

Ale wróćmy do Smitha i Wessona. Obaj chcieli mieć własną firmę. I nie zapomnieli o zemście na Samuelu Colcie. Jego patent na rewolwer miał wygasnąć w 1857 r. i rynek broni ręcznej wręcz zapraszał, by go spróbować podbić. Nasi bohaterowie założyli Smith and Wesson Company. Byli przygotowani do podboju...

Po załadowaniu i naciśnięciu spustu kurek uderzał w kapiszon, wywołując jego zapłon. Ogień podpalał proch, następował wybuch i kula z impetem wylatywała z lufy. Po każdym strzale trzeba było ręcznie (!) naciągnąć kurek. Po sześciu strzałach komory, po oczyszczeniu, były ponownie ładowane. Cała operacja zajmowała około trzech minut. Rewolwerowiec miał mnóstwo czasu, żeby zginąć, choć oczywiście i tak był w lepszej sytuacji niż posiadacz jednostrzałowego pistoletu.

Daniel B. Wesson i Horace Smith mieli lepszy pomysł. Obaj byli rusznikarzami, ale najlepiej szło im wymyślanie nowych rodzajów pocisków. I to właśnie oni wymyślili, że rewolwery mogą przecież strzelać pociskami scalonymi - czyli takimi, w których kapiszon, proch i nabój są zamknięte w jednej łusce.

Oto Model 1

Orkiestra, tusz! Ladies and gentlemen, nadchodzi rewolucja! Oto Smith and Wesson Model 1!

Był rok 1857 i Ameryka faktycznie złożyła ręce do oklasków. Nowa broń była elegancka i bardzo praktyczna. Ze względu na niewielkie rozmiary nazywano ją rewolwerem kieszonkowym i powodzeniem cieszyła się głównie w miastach Wschodniego Wybrzeża. Colt musiał sobie ten rynek odpuścić. Ale jego tańsze rewolwery kapiszonowe podbijały w tym czasie Dziki Zachód. Tam nowinki techniczne przyjmowały się wolniej.

Ale już w 1861 r. wybuchła wojna secesyjna - Północ walczyła z Południem, a producenci broni walczyli o intratne rządowe kontrakty. Daniel B. Wesson i Horace Smith przygotowali wtedy mocniejszą, większą wersję rewolweru - Model 2. Jego przeładowanie trwało około 25 sekund - sześć razy krócej niż konkurencyjnego colta! Nowy model cieszył się dużym powodzeniem wśród oficerów, którzy kupowali go jako prywatne wyposażenie. Zainteresowanie było tak duże, że fabryka S&W nie nadążała z realizacją zamówień. Armia nie mogła sobie pozwolić na przestoje i wybrała tańszego i sprawdzonego dostawcę - Samuela Colta. On dysponował gorszą bronią, ale potrafił ją produkować masowo.

Ruki wwierch!

Tymczasem zbliżał się 1870 r., w którym wygasał patent Rollina White'a. Próby jego przedłużenia spełzły na niczym - podobno za tą decyzją stał ówczesny prezydent Ulysses S. Grant. Jako były głównodowodzący wojsk Północy pamiętał problemy S&W z realizacją zamówień.

Ale Horace Smith i Daniel Wesson potrafili walczyć. W 1869 r. kupili patent Charlesa Kinga na rewolwer z łamaną lufą i gwiazdowym wyrzutnikiem pustych łusek. Zamiast wyciągać łuski i upychać pociski po kolei w każdej komorze, obracając za każdym razem bęben, ten rewolwer można było złożyć w pół. Wtedy wyrzutnik opróżniał komory ze starych łusek za jednym zamachem. Strzelec wrzucał nowych sześć pocisków, zamykał rewolwer i mógł strzelać dalej. 'Piękne i proste. I załatwi Colta' - pomyśleli zadowoleni z siebie panowie Smith i Wesson. Nowy patent dawał im w końcu kolejnych 15 lat przewagi technologicznej nad głównym konkurentem.

Ale Model 3 nie odniósł w Stanach Zjednoczonych sukcesu. Bo Colt wykonał dwa genialne ruchy. Szybko skonstruował własny rewolwer strzelający pociskami scalonymi (patent White'a już przestał obowiązywać) i przekonał armię, że łamany szkielet rewolweru osłabia konstrukcję. Wojsko zamówiło więc jego nowy rewolwer, a nie przełomową broń proponowaną przez S&W. Co więcej, Colt opatentował sposób na przerobienie starego rewolweru kapiszonowego na nowy, strzelający pociskami scalonymi. I oferował tę usługę jedynie za pięć dolarów. Tymczasem Model 3 kosztował dolarów 13. Kowboje z Dzikiego Zachodu masowo wysyłali swoje stare colty do przeróbki.

Po serii niepowodzeń do Smitha i Wessona uśmiechnęło się szczęście - spotkali generała Aleksandra Gorłowa, który szukał w Stanach Zjednoczonych uzbrojenia dla armii carskiej. Jako broń dla oficerów wybrał właśnie S&W Model 3. To dało firmie pieniądze i czas na rozwój. Model 3 był takim sukcesem, że do dziś nazywany jest 'rosyjskim'. W sumie firma sprzedała Rosjanom około 200 tysięcy tych rewolwerów, a dzięki Gorłowowi marka Smith & Wesson stała się znana w całej Europie.

Co zadecydowało o jego sukcesie? Po pierwsze, Model 10 nie był już rewolwerem o łamanym szkielecie, co w USA uchodziło za wadę. Smith i Wesson zainstalowali w nim wychylany bębenek, który nie osłabiał konstrukcji broni. Po zdjęciu blokady i odchyleniu rewolweru bębenek wychylał się w lewo, tak że można go było szybko rozładować i załadować. Po drugie, był pierwszym rewolwerem S&W z samonapinaniem (ang. - double action).

Model 10 do dziś używany bywa przez amerykańskich ochroniarzy. Rewolwer jest bowiem bezpieczniejszy niż pistolety - tu żaden pocisk nie zostaje w zamku, widać od razu, czy bębenek jest pełny, więc nie ma ryzyka przypadkowego postrzału. Obsługa broni też jest dziecinnie prosta. Idealna broń 'na wszelki wypadek' - a ochroniarze rzadko wdają się w poważne strzelaniny, nawet w Stanach Zjednoczonych.

Make my day, punk!

Daniel Wesson zmarł w 1906 r., widział więc sukces Modelu 10. Potem firma radziła sobie całkiem nieźle, ale powodzenia Military & Police przez wiele lat nie udało się jej powtórzyć. 

Żeby wszystko było jasne, taka amunicja nie jest przeznaczona dla mięczaków. Tymi pociskami można zabić niedźwiedzia polarnego (odnotowano takie przypadki), używano ich również w polowaniach na słonie. Odrzut magnum 44 jest podobno zbliżony do kałasznikowa, więc początkujący strzelec łatwiej się zabije, niż komuś zrobi krzywdę. I pewnie dlatego przez 16 lat Model 29 był bronią dla hobbystów i myśliwych, którzy używali tej samej amunicji w karabinkach i strzelbach.

Aż do 1971 r., kiedy Clint Eastwood wyciągnął magnum na ekranie. Ameryka oszalała na punkcie inspektora Callahana i jego rewolweru. Ceny w sklepach skoczyły trzykrotnie. O Smith and Wesson znów zrobiło się bardzo głośno. Policjanci zachowali jednak umiar i pozostali przy bardziej tradycyjnych modelach. Oprócz policji stanowej w Tennessee, tamtejsi gliniarze paradują z magnum przy boku.

Model 29 nie tylko odniósł komercyjny sukces, ale stał się również ikoną popkultury. W 2008 r. wytwórnia 20th Century Foz przeprowadziła ankietę na broń wszech czasów. Magnum zajęło drugie miejsce. Pierwszy był... miecz świetlny rycerzy Jedi.

To się nazywa sukces. Daniel Wesson i Horace Smith wreszcie mogli w niebie z góry spojrzeć na Samuela Colta.

Powrót do korzeni

Dziś Smith and Wesson dalej sprzedaje legendarne rewolwery, ale przede wszystkim produkuje nowoczesne pistolety dla DEA (Drug Enforcement Administration, czyli Agencja Zwalczania Narkotyków), kilkuset komend policji w USA oraz Kanadzie, Australii i jeszcze kilku krajów. Na rynek cywilny dostarcza również pistolety z serii Sigma, podobne do glocków, oraz SW99, czyli amerykańskie wersje waltherów. Ale oczywiście w firmie z takimi tradycjami nie może zabraknąć czegoś nostalgicznego. Od 2003 r. Smith and Wesson sprzedaje własną wersję M1911, kultowego pistoletu Colta, który był podstawowym wyposażeniem armii USA przez prawie cały XX w. Taka mała złośliwość...         

Tekst: Piotr Hykawy-Zabłocki

Zdjęcia: US Army, Shutterstock,  materiały prasowe (montaż)

Zobacz też na Logo24 :