Sprawdzam, gdzie można biatlonu spróbować, tak rekreacyjnie. Nigdzie w Polsce, wedle mojej wiedzy. Obiekt.w – lepszych lub gorszych – jest na południu kraju nawet sporo, ale wszystkie przeznaczone są dla wyczynowców, małych i dużych. Szukam dalej. Włochy, Południowy Tyrol, Arhntal. To okolica na narty i wspinanie, więc biatlon będzie fajnym dodatkiem do zimowego wyjazdu. Takie mniej oczywiste apres ski.

W samochodzie w drodze do Włoch przypominam sobie pewną rodzinną historię. Mój tata jakość anegdoty ceni ponad wszystko, więc trudno powiedzieć, ile w tym jest prawdy, ale chodziło mniej więcej o coś takiego. Na początku lat 90. robił raczkujące jeszcze biznesy na Śląsku. On i wielu jego znajomych potrzebowali być czegoś sponsorami. Podejrzewam, że chodziło o podatki, ale tego się już nie dowiemy. No więc kolega podsunął mu jeden śląski klub biatlonowy. Brzmiało egzotycznie. Znajomi coś tam się na klub zrzucili, kupili narty czy karabin, a przy okazji wszystkie nasze zimowe wyjazdy w góry były połączone ze zgrupowaniami klubu. Nie mierzyłbym tamtych wydarzeń standardami XXI w., to jednak były trochę inne czasy. Całość była jednak spójna i na przykład moja starsza siostra swoje nieobecności w szkole usprawiedliwiała oficjalnymi zwolnieniami z tego klubu.

Nauczyciele podobno nie dowierzali w jego istnienie. Jak się później okazało, te narty czy karabin trafiły w dobre ręce, bo niebawem klub stał się jednym z najmocniejszych w Polsce. Zarówno nauczyciele siostry, jak i sponsorzy musieli się mocno zdziwić. Wydaje mi się zresztą, że wycofali się wtedy ze wspierania klubu, a na ich miejsce przyszli poważniejsi ludzie. Lata 90. nie przestają być dla mnie zagadką.

Jak skandynawski bóg Ull

Pobudziwszy wyobraźnię czytam o samej dyscyplinie. Po polsku zawodnik biatlonu to biatlonista (z h lub bez), ale mnie bardziej podoba się wariant angielski [pani korektorka woli wariant bez h, co widać – przyp. red.]. Tłumacząc dosłownie, anglosascy biatloniści to biatleci i biatletki. Biatleta brzmi dumnie i nim niebawem się stanę. Historycznie biatlon pochodzi ze Skandynawii, a jego patronem jest bóg Ull. Szalenie przystojny facet z ładną żoną i charakternymi kochankami, mknąc z łukiem na nartach, robił wrażenie na wikingach i, co istotniejsze, ich żonach i córkach. Kolejny dobry powód, żeby zostać biatletą.

Sprzęt do biatlonu to w zasadzie
sprzęt do biegów narciarskich
plus opaska i karabin. Ma być
szybko i obciśle. Jednak puchówkę
zawsze warto mieć w pogotowiu.Sprzęt do biatlonu to w zasadzie sprzęt do biegów narciarskich plus opaska i karabin. Ma być szybko i obciśle. Jednak puchówkę zawsze warto mieć w pogotowiu. Olek Pobikrowski

Od boga do straży granicznej: norwescy pogranicznicy z piórkiem w kapeluszach i szablą przy boku ścigali się w pierwowzorze biatlonu. Do dziś w Skandynawii istnieją bardziej wojskowe warianty tej dyscypliny, w których na trasie strzela się więcej, z większej broni i do bardziej realistycznych celów. Co ciekawe, własną wariację na temat zrobili też Rosjanie. Żeby zmotywować swoich czołgistów do samorozwoju, zorganizowali biatlon czołgowy i nie wykluczam, że to jest doskonały pomysł na jakiś kolejny pierwszy raz. No ale nie wszystko naraz, dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia – centrum narciarstwa biegowego i biatlonu Riva di Tures.

Jeśli zaczynać, to od razu ambitnie, jeśli spadać, to z wysoka. Najwyżej położony przystanek biatlonowego Pucharu Świata znajduje się w Rasen Antholz [we włoskim regionie Trydent-Górna Adyga – przyp. red.]. Profesjonaliści ścigają się tam na 1600 m n.p.m. Mój ośrodek leży równie wysoko, tuż za wielką górą od tego pucharowego toru. W związku z tym przed sezonem trenują tutaj – obok lokalnych dzieci, emerytów i pasjonatów – najlepsi zawodnicy na świecie. No i ja.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: test płodności

Zaczynamy od wypożyczalni, gdzie dobierają mi stosownych rozmiarów narty i buty. To po prostu sprzęt biegowy, nie ma tu żadnych udziwnień. Pada tylko pytanie, czy będę szedł (jak burza rzecz jasna) klasykiem, czy łyżwą. Obie formy są w tej dyscyplinie dopuszczalne. Na klasyka ręce mam chyba trochę za słabe, spróbuję sprawdzoną łyżwą. Poza tym sprzętem mam stosowne obcisłe spodnie i zegarek. Tak doradziła mi Ola, koleżanka z Warszawy, która jak się okazało, trenowała kiedyś biatlon. Bez obcisłych ciuszków i solidnego sikora to się podobno nie liczy. Ola nie wiedziała tylko, że moje biatlonowe próby trafią na silny wiatr, marznący deszcz i słońce za chmurami. Zrobiła ze mnie sportowe fashion victim.

Moim trenerem będzie Barbara Ertl. Pochodzi z Niemiec, obecnie reprezentuje Włochy. W 2006 r. startowała w zimowych igrzyskach olimpijskich i generalnie wie, co robi na tej strzelnicy. W Riva di Tures na stałe szkoli najmłodszych zawodników, ale od czasu do czasu realizuje też takie programy jak mój, czyli pierwsze kroki w biatlonie dla osób kompletnie zielonych w temacie. Barbara od razu zaznacza, że pogoda rzeczywiście nie sprzyja i przy takim wietrze zawod zostałyby przełożone. Niemniej ja nie rywalizuję na poważnie z nikim o nic, więc spróbować jak najbardziej mogę.

Ekspertka idzie na strzelnicę wszystko przygotować, a ja mam sobie poćwiczyć bieganie na nartach. Zostawiła mnie, bo powiedziałem naiwnie, że na zjazdowych jeżdżę całkiem dobrze, więc na tych nie spodziewam się problemu. W programie, w którym biorę udział z założenia są jednak podstawy biegania na nartach. Na stojąco trudniej trafić Tego dnia, żeby dodać odrobinę smaczku rywalizacji całemu przedsięwzięciu, dołączył do mnie kolega Wilfried Steger. Wili to człowiek wielu talentów i umiejętności, o którym jeszcze kiedyś przeczytacie w „Logo” więcej. Jak się okazało, jest również rekreacyjnym biathlonistą i od czasu do czasu przychodzi na ten tor przy okazji różnych wydarzeń. Będzie z kim się ścigać.

Mój karabin dla niewprawionego oka wygląda jak
profesjonalny, ale to broń pneumatyczna, na śrut.
Bezpieczny do treningów dla dzieci i turystów, słaby
do strzeżenia granic. Poniżej tarcze strzelnicze.Mój karabin dla niewprawionego oka wygląda jak profesjonalny, ale to broń pneumatyczna, na śrut. Bezpieczny do treningów dla dzieci i turystów, słaby do strzeżenia granic. Poniżej tarcze strzelnicze. Olek Pobikrowski

Zaczynamy spokojnie i szybko okazuje się, że nawet na prostej to jednak nie jest takie proste. Może trzeba było jednak zacząć od „mojego pierwszego razu” na biegówkach? Wili natomiast ewidentnie wie, co robi. Jak jadę za nim, naśladując jego ruchy, to jakoś mi wychodzi. Jak tylko próbuję się z nim zrównać, od razu myli mi się kolejność, krzyżują się nogi i wyglądam jak z komedii z Flipem i Flapem.

Po kilku minutach moich ewolucji biegowych docieramy do strzelnicy. Konkurencji w biatlonie jest kilka, ale podstawowa zasada ta sama: trochę biegu, trochę strzelania – dwa lub cztery przystanki na strzelnicy podczas wyścigu, na zmianę pozycja leżąca i stojąca. Za pudła trzeba biegać karne kółka lub ma się doliczany czas na koniec. Barbara pokazuje nam cały sprzęt. Tarcze mają dwa rozmiary. Mniejsze (45 mm) do pozycji leżącej, większe (115 mm) do stojącej. Różnica jest duża, a to z prostej przyczyny, że na stojąco trafić jest po prostu znacznie trudniej. Zwłaszcza kiedy strzela się zaraz po ostrym biegu – trudno ustabilizować oddech i drżenie rąk. Po to jest tajemnicza opaska na ramię, o którą zahacza się karabin, ustawiając się w pozycji strzeleckiej. Dodaje odrobinę stabilizacji.

Po trafieniu tarcze się zakrywają, tak że zawodnik nie ma wątpliwości, czy mu się udało, czy nie. W razie pudła czasem można dobierać ograniczoną ilość nabojów i strzelać dalej, innym razem pudło jest ostateczne. Na zawodach tarcze oddalone są o 50 m. Dziś stoją nieco bliżej, z tym że nie z powodu moich umiejętności, ale prędkości wiatru. Podobno dalej to by już zupełnie nie miało sensu. Barbara kontroluje tarcze za pomocą sznurków, tak że nikt nie musi wychodzić na linię strzału, żeby odsłonić pola po trafieniu. A skoro już o tym mowa, to przejdźmy do karabinu.

Karabin

Wygląda bardzo poważnie. Ma wszystkie pokrętła celownicze, stalową lufę, piękną drewnianą kolbę i tak dalej. Niemniej norweski pogranicznik by tym sprzętem nie zatrzymał radzieckiej inwazji. Strzelam z broni treningowej, czyli takiej trochę wiatrówki dla dzieci, która jednak wygląda bez porównania lepiej niż to, co miałem w ręku w szkole na zajęciach z przysposobienia obronnego.

Naboje i 'maga- ILE TO KOSZTUJE
zynek', czyli śrut
do mojej klamki.
Magazynki są mocowane
z boku
karabinu, tak by
dobieranie było
możliwie szybkie.Naboje i 'maga- ILE TO KOSZTUJE zynek', czyli śrut do mojej klamki. Magazynki są mocowane z boku karabinu, tak by dobieranie było możliwie szybkie. Olek Pobikrowski

Karabin nie może być samoczynny lub samopowtarzalny, musi być ładowany ręcznie przez zawodnika. Innymi słowy, nie można do tych tarcz strzelić serią, choć mogłoby kusić. Jestem pewien, że w biatlonie czołgowym serie są dopuszczalne. Waga mojej broni jest taka sama jak w wersji profesjonalnej, czyli nieco ponad 3,5 kg. Barbara mówi natomiast, z taką stereotypową niemiecką stanowczością, że z karabinem nie będę biegał. Kiedy pytam dlaczego, odpowiada po prostu, że dzieci i ja nie będą biegać z karabinami. Może widziała, jak mi idzie na nartach, może ma jakieś złe doświadczenie. Nie wiem, ale była w tej kwestii nieubłagana.

Przymierzam się do pierwszego strzelania. Już samo położenie się z nartami na nogach rodzi pewne trudności. Barbara poprawia mój chwyt na karabinie, pokazuje co, gdzie, jak i w końcu robię wydech, wstrzymuję oddech i strzelam. Pierwszy strzał i od razu trafienie. Kolejne też idą całkiem nieźle, czyli tak powiedzmy średnio 7/10. W zasadzie jestem do tego stworzony. Z drugiej strony chyba te tarcze rzeczywiście są blisko, a wiatr akurat osłabł niemalże do zera...

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: cyrkowe sztuczki

Przechodzimy do pozycji stojącej. Staram się uspokoić oddech i całe ciało, ale jest wyraźnie trudniej. Na szczęście tarcze są też zdecydowanie większe. Tutaj średnia bardziej 6/10, ale Olek, który robi zdjęcia, i tak nie dowierza, że to ja naprawdę strzelam, a nie Barbara ciągnie za sznurki. Oddaje mi aparat, próbuje sam i oczywiście wychodzi mu lepiej niż mi. Szybko wracamy do swoich ról, w końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności. To znaczy, w zasadzie jesteśmy, ale są też zadania do wykonania. Po strzelaniu robię kilka próbnych karnych kółek. Te moje, ćwiczebne nie są duże, średnica kilku metrów, i szykuję się do rywalizacji z Wilim.

Wyścig

Rydwany śnieżnego ognia.
Polska - Włochy, pojedynek o wszystko.
Na wysokości 1600 m n.p.m. nawet
krótki wyścig zapiera dech w piersi.
W mojej niestety bardziej.Rydwany śnieżnego ognia. Polska - Włochy, pojedynek o wszystko. Na wysokości 1600 m n.p.m. nawet krótki wyścig zapiera dech w piersi. W mojej niestety bardziej. Olek Pobikrowski

Plan jest prosty. Zaczynamy od pętli biegu, później strzelamy na leżąco, znowu biegniemy, strzelamy na stojąco, biegniemy do mety. To będzie raczej kilometr, nie więcej biegu, ale można się już sprawdzić. Ruszamy jak rydwany ognia. Na pierwszym zakręcie mój rydwan wypada z toru, ale się nie zrażam, tylko wstaję i mknę dalej. Narty, kijek, kolejne potknięcia, ale jednak do przodu. Wili daje mi lekko fory – myślę – i zwalnia, a gdy biegnę za nim i patrzę na jego ruchy, to idzie mi lepiej. Dobiegamy, kładziemy się do strzelania. Wiatr jest moim sprzymierzeńcem, na leżąco trafiam 4, Wili 3. W związku z tym robię mniej karnych kółek i wybiegam na prowadzenie. Na krótko.

Ile to kosztuje? 2 godziny treningu
grupowego (6 osób)
pod okiem Barbary
to wydatek 8 euro
od osoby.
Zajęcia w sezonie zimowym
odbywają się
cyklicznie we wtorki
o godz. 14.30. Inne dni
również są możliwe,
w każdym przypadku
zdecydowanie warto
wcześniej zadzwonić.
+39 0474 678076,
www.kronplatz.com.Ile to kosztuje? 2 godziny treningu grupowego (6 osób) pod okiem Barbary to wydatek 8 euro od osoby. Zajęcia w sezonie zimowym odbywają się cyklicznie we wtorki o godz. 14.30. Inne dni również są możliwe, w każdym przypadku zdecydowanie warto wcześniej zadzwonić. +39 0474 678076, www.kronplatz.com. Olek Pobikrowski

Willi ewidentnie przestaje dawać mi fory i zyskuje przewagę z każdym metrem. Kiedy jestem znów blisko tarcz, zwalniam. Barbara podkreślała, że lepiej podjechać na stanowisko trochę później, ale z ciałem gotowym do strzelania. Moje gotowe i tak nie jest. Mam zadyszkę, czuję te 1600 m n.p.m. Trafiam tylko dwa z pięciu strzałów, ale Wili chyba podobnie. Spotykamy się na karnych kółkach i razem wybiegamy na ostatnią pętlę. W tym momencie budzi się we mnie duch rywalizacji i przyspieszam wszystkie ruchy. Za tym przyspieszeniem zdecydowanie nie nadąża moja koordynacja i błyskawicznie się wywracam. Wstaję, biegnę dalej, ale spokojne, miarowe ruchy Wilego dają mu zwycięstwo. 1:0 dla Włoch. Za rok upomnę się o rewanż, ale najpierw poćwiczę trochę biegi narciarskie. Jeszcze będzie ze mnie biatleta, czuję to.