Zaczyna się na lotnisku. Spotykam się z Szymonem i Marcinem i na skrzydłach ruszamy w stronę Lulea. Tak, to Szwecja, nie Finlandia. Nie, nie pomyliłem. Podróż, nie destynacja. Kilka godzin (i przesiadek) później lądujemy na tamtejszym lotnisku. Kojarzysz te drogie, nowoczesne auta, które stoją na lotniskach w strefie bezcłowej w Paryżu, Monachium czy Londynie? W Lulei stał traktor. Zielony, niezbyt duży john deere z odsłoniętą kabiną. Daje wyobrażenie, co naprawdę robi wrażenie na Dalekiej Północy.

Za koło polarne podjechaliśmy mazdą CX5. Opony zimowe
obowiązkowo z kolcami. Widać też mój strój 'kierowcy' zaprzęgu.Za koło polarne podjechaliśmy mazdą CX5. Opony zimowe obowiązkowo z kolcami. Widać też mój strój 'kierowcy' zaprzęgu. David Smith

W mieście panuje półmrok. Taki jakby zaraz miało zrobić się ciemno, ale to „zaraz” trwa dobrych kilka godzin. Idziemy na spacer. Zaśnieżone ulice, odśnieżone jezioro. Parafrazując Obeliksa, ale głupi ci Szwedzi. A tak zupełnie poważnie, jezioro jest odśnieżone, żeby dało się po nim jeździć na sankach. Jeździł też po nim – dokładnie po miejscach, po których chodzimy teraz z chłopakami – Ken Block. Na YouTubie trzeba wpisać Gymkhana 10 i zobaczycie, co można zrobić, jak ma się odśnieżone jezioro i jest się Kenem Blockiem. Zdecydowanie polecam, przy okazji zobaczycie Luleę.

Za koło podbiegunowe

Po drodze uczę się trochę o zwykłym życiu na Dalekiej Północy. Mijamy sporo osób ubranych jak dla mnie piekielnie nieadekwatnie do pogody. Rodzice podwożą dzieci na jakiś trening i zupełnie nie przejmują się, że aby dojść do hali, ich pociechy będą musiały iść kilka minut w szortach na mrozie. Przecież mają czapki. Dziewczyny, które ubrały się ładnie i kobieco, chcą tak wyglądać nawet przy -10oC i mocnym wietrze. One nie mają czapek. Największym, najładniejszym i dość zatłoczonym budynkiem, który mijamy, jest miejska biblioteka. Z ciekawością patrzę też na niewielkie gniazdka przy miejscach parkingowych. Szymon tłumaczy, że zasilają podgrzewanie silników. Zostawiasz auto podłączone na noc, a 12 V sprawia, że rano odpalasz je z już rozgrzanym olejem. Lepsze niż patent z Czelabińska, gdzie po prostu nie wyłączają silników na noc.

Taką białą szutrówką przejechaliśmy kawał drogi ze Szwecji do Finlandii.Taką białą szutrówką przejechaliśmy kawał drogi ze Szwecji do Finlandii. David Smith

Śpimy w hotelu, który mógłby obsługiwać angielskiego króla. Oprócz nas bardzo dużo żołnierzy NATO, tak że trochę głupio nie zejść na śniadanie w jakimś mundurze. Najedzeni wsiadamy do auta. Mazdą CX5 jedziemy dziś 250 km do fińskiego Rovaniemi za kołem polarnym. To tam rezyduje Święty Mikołaj, a my akurat mamy mieszkać w drewnianych domkach przez płot od Mikołaja. Z widokiem na zorzę polarną, czyli okna zawsze na północ. Oczywiście. Oglądając auto, dowiaduję się, co to naprawdę znaczy opony zimowe. Wszystkie auta są tu w nie wyposażone. Nie chodzi tylko o bieżnik i gumę jak u nas. Dodatkowo w oponach są metalowe, nie tyle może kolce, ile bolce. Kiedy jedzie się tym po asfalcie, jest trochę głośno. Ale ten problem w zasadzie nie istnieje, bo tu w zimie po asfalcie się nie jeździ. W tej części świata dróg nie odśnieża się do czarnego, tylko zawsze zostawia na nich warstwę śniegu. Czyli odśnieżanie to trochę bardziej wyrównywanie i utwardzanie, z pewnymi ilościami śniegu po prostu nie ma sensu walczyć.

Już jesteśmy kumplami. Husky potrafią wyglądać groźnie i trzeba szanować
ich przestrzeń, gdy to komunikują, ale w głębi są niezwykle przyjazne.Już jesteśmy kumplami. Husky potrafią wyglądać groźnie i trzeba szanować ich przestrzeń, gdy to komunikują, ale w głębi są niezwykle przyjazne. David Smith

Białe drogi, zajazdy, lasy. Na stacji benzynowej sporo osób ma coś w długich torbach. Mnie kojarzy się to z pokrowcem na płetwy do freedivingu, ale to raczej strzelby albo ewentualnie wędki. Przekraczamy koło polarne i niebawem jesteśmy na miejscu. Obiad, rzut oka na kwaterę (dość spektakularną) i ruszamy jeszcze kilka kilometr.w dalej na północ do obozu, w którym mieszkają psy. Miejsce nazywa się Husky Point i jest prowadzone przez fińską rodzinę z przyległościami.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: biatlon

Nami tego dnia zajmuje się para młodych ludzi, Antonia i Jake. Jake oryginalnie nie jest nawet z tego kontynentu, ale kilka lat temu „wsiąkł” w psy i już raczej na dobre został w krainie Muminków. Startuje w zawodach Finnmarksl.pet, czyli najdłuższym wyścigu psich zaprzęgów w Europie, podczas którego psy i zawodnicy mają do pokonania około 1200 km w wymagającym terenie, siarczystym mrozie, a często również smagani brutalnymi wiatrami północy. To nie są słowa na wyrost, to wyścig, w którym człowiek zmaga się głównie z naturą, a samo jego ukończenie, które zajmuje 5-7 dni, jest gigantycznym sukcesem. Dla tych ludzi psy są pasją, hobby, sposobem na życie, wszystkim. Miałem już wcześniej styczność z podobnymi pasjonatami w Polsce. Hodowla i trening psów do zaprzęgów to zobowiązanie na trzy etaty oraz na wiele, wiele lat. Nie da się wziąć od tego urlopu, nie można mieć słabszego dnia, w którym akurat nie chce się nakarmić czy ruszyć zwierząt.

W zaprzęgu jedne psy lubią się bardziej, inne mniej, są też lokalne awantury.W zaprzęgu jedne psy lubią się bardziej, inne mniej, są też lokalne awantury. David Smith

Patrząc na obóz i załogę Husky Point, wiem, że jestem w dobrych rękach, choć ludzie są tu raczej szorstcy i ewidentnie woleliby spędzać ten czas z psami niż z turystami. Nie ma udawanej życzliwości, jest skandynawski chłód, który dla mnie jest przynajmniej szczery.

Przygotowania

Zaczynamy od szatni. Ubieramy się w grube, jednoczęściowe kombinezony, takie same, jakich używa się tutaj na skuterach śnieżnych. Do tego zimowe, wysokie buty, rękawiczki, okulary od słońca i w moim przypadku plecak z dronem i kamerką na plecy. Tego dnia nie jest wcale specjalnie zimno, ale te sanie mogą jechać całkiem szybko, a wtedy wiatr znacząco obniża odczuwalną temperaturę. Dla psów temperatura optymalna to -20oC, ja jednak wolę, jak jest trochę cieplej.

Ubrani idziemy na szybkie przeszkolenie. Nie będziemy dziś pasażerami, będziemy prowadzić sanie. Sanie do psich zaprzęgów to po fińsku reki. Nie, że sanki w ogóle, tylko konkretnie ten typ. Rekikoira to z kolei psy zaprzęgowe. Najczęściej husky, ale wcale niekoniecznie, jest jeszcze kilka ras, które lubią ciągnąć sanki.

No właśnie, dla laika przyczepianie psów do sani może wydawać się czymś nieetycznym. Nic bardziej mylnego. Te psy uwielbiają funkcjonować w stadzie (watasze?), biegać, czuć, że mają zadanie. Choć tego dnia pierwszy raz będę prowadził sanie, to już kilka razy byłem na wyścigach czy treningach psich zaprzęgów. Te psy to po prostu kochają, kto ma wątpliwości, powinien pojechać i zobaczyć na własne oczy.

Obie ręce na
'kierownicę' - mówili.
Wiem. Ale biegliśmy
akurat w kolumnie,
w głębokim śnieżnym
korytarzu. W takich
chwilach psom można
trochę bardziej zaufać.Obie ręce na 'kierownicę' - mówili. Wiem. Ale biegliśmy akurat w kolumnie, w głębokim śnieżnym korytarzu. W takich chwilach psom można trochę bardziej zaufać. David Smith

Wracając do sań. Są dwuosobowe – jedna osoba stoi z tyłu i prowadzi, druga siedzi jako pasażer. Miejsce pasażera jest normalnie bagażnikiem, tu trzyma się wszystko potrzebne do zrobienia obozowiska (jedzenie, siano na legowiska, liny, wszelkiego rodzaju sprzęty) i przespania z psami kilku nocy w terenie. Nie dzisiaj. Pasażer zdecydowanie musi mieć okulary, bo spod łap psów śnieg potrafi lecieć w hurtowych ilościach. Czasem to nie tylko śnieg. Jak się jest psem zaprzęgowym, to sprawy toaletowe załatwia się w biegu. Sterowanie to w moim przypadku głównie hamowanie. Hamulec jest w nodze, po prostu wciskam metalowy pręt w śnieg, a psy rozumieją, że chcę, aby zwolniły. Z tym rozumieniem bywa różnie, no, ale taka jest idea. W skręcie mam się wychylać w stosowną stronę, a kiedy jest ostro pod górkę, schodzić z sań i pchać je, żeby pomóc psom.

Psy, te dwa z przodu, znają też komendy lewo/prawo, ale tego dnia nie będzie to konieczne. Jedziemy po trasie, która jest korytarzem wydrążonym w głębszym śniegu, tak że nawigacyjnie nie ma tu wyzwań. Sań w grupie będzie sześć, a dla zabezpieczenia krążą wokół nas dwie osoby na skuterach. Problemem może być wywrotka, zaplątanie psów w zaprzęgu albo utrata kierowcy, czyli dajmy na to, mnie. Głupio znaleźć się samemu w fińskim lesie, w końcu gdzieś tu może pojawić się Buka.

Te dwa ananasy obok mnie to 'intelektualiści', którzy znają komendy
i potrafią skręcać. Tego dnia raczej musiały pamiętać, że biegną z amatorami.Te dwa ananasy obok mnie to 'intelektualiści', którzy znają komendy i potrafią skręcać. Tego dnia raczej musiały pamiętać, że biegną z amatorami. David Smith

Idziemy do zaprzęgów. Słychać głośne szczekanie i ujadanie. Sanie i zaprzęgi są ułożone i zakotwione w śniegu dużymi metalowymi śledziami. Gospodarze doczepiają do nich psy w uprzężach. Każdy pies ma tu swoją funkcję i w związku z tym – swoje miejsce. Te najbliżej sań mają najtrudniej, najwięcej ciągną więc powinny być najsilniejsze. Pośrodku są, nazwijmy ich, biegacze, po angielsku „speed dogs”. Na przód daje się psy, które reagują na komendy. Które konkretnie, to zależy od pogody. Jeśli jest trudna, a warunki wymagające, chcemy lekkich wariatów, którzy nie będą się bali i narzucą stosowne tempo. Jeśli jednak nie znasz trasy, wolisz mieć z przodu psy bardziej refleksyjne, takie, które nie wciągną cię w jakieś lodowe urwisko. Na drugim miejscu biegną tak zwane „swing dogs”, które też rozumieją koncepcję skręcania i pomagają tym pierwszym. Każdy prowadzący zna swoje psy, a ich przyporządkowanie jest sztuką opartą na wiedzy i doświadczeniu. W sumie psów w długodystansowym zaprzęgu jest, przynajmniej wyjściowo, 14, ale jeśli któryś ulegnie kontuzji, przekazuje się go asystentom i kontynuuje wyścig w okrojonym składzie.

Tylko z powietrza można zobaczyć,
w jak odludnym miejscu jesteśmy.Tylko z powietrza można zobaczyć, w jak odludnym miejscu jesteśmy. David Smith

Zorza na mecie

Od momentu, kiedy psy zostają zaprzęgnięte, stoję już na saniach. Jesteśmy „zaparkowani”, ale zawsze jest ryzyko, że psy coś pobudzi i zerwą wspomniane kotwy. Nie powiem, jestem podekscytowany. Przywitałem się ze swoją ekipą, zostałem wylizany po buzi przez jej połowę i czuję, że znajdziemy wspólny język. 3, 2, 1 – ruszamy. Od razu z kopyta (łapy?). Psy się cieszą i gonią wyimaginowanego zająca. Szybko korzystam z hamulca, mimo że mamy lekko pod górę. Jeszcze nie jestem gotowy na pełną prędkość. Mój pasażer pilnuje, żeby trzymać buzię zamkniętą, choć aż tak dużo tego śniegu nie leci.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: na torze w BMW

Jedziemy przez las w lekko rozciągniętej kolumnie. Zgodnie z wytycznymi jak jest bardziej pod górkę, to schodzę i pcham sanie. Szybko wpadam w zadyszkę, ten kombinezon jest jednak bardziej do stania niż do biegania. Zakręty wychodzą nam nieźle, ale są dość łagodne. Wiem, że z ostrym na pewno bym sobie jeszcze nie poradził. Kilka razy stajemy. Komuś przed nami raz uciekł zaprzęg, innym razem wywróciły się sanki. Psy wtedy stają, czują, że coś jest nie tak. Po mniej więcej 40 minutach (choć tak naprawdę nie mam pojęcia, nie patrzyłem na zegarek i zupełnie straciłem rachubę czasu) docieramy do tipi na polanie, na wzgórzu w zakołopolarnym lesie. Biała zima, szczekanie psów, poza tym cisza. Z drona widzę, w jak odludnym miejscu rzeczywiście jesteśmy. „Parkuję” zaprzęg i spędzam chwilę z psami. Sprawdzam, czy wszystkie uprzęże są przyczepione jak trzeba i czy nic się nie zerwało. Po raz kolejny kilka psów mi mordę liże. Nawet te wcześniej nieufne po tej wspólnej przebieżce pozwalają się do siebie zbliżyć. Podobnie z gospodarzami. Kiedy widzą, że jesteśmy życzliwi dla ich zwierząt, skandynawski chłód zamienia się w ciepło. Rozmawiamy o życiu w Finlandii, życiu z psami, wyścigach. Pijemy herbatę, odpoczywamy. Za kilkanaście minut ruszymy z powrotem, by wieczorem na zamarzniętym jeziorze podziwiać zorzę polarną. Podróż, nie destynacja.

Oglądanie zorzy polarnej z poziomu jeziora.Oglądanie zorzy polarnej z poziomu jeziora. David Smith