Przewodnika Philippa poznaję pochmurnego poranka w schronisku Angerer w dolinie Riva. Zła pogoda warta zaznaczenia, bo jest rzadkością w Południowym Tyrolu. To w końcu region, w którym słońce świeci ponad 300 dni w roku. Dolina Riva jest jednym z najlepszych miejsc w Alpach, żeby spróbować wspinaczki lodowej. Lód jest tu długo, teren różnorodny i nie trzeba się do niego nachodzić.

Jesteśmy we Włoszech, więc przewodnik najpierw mówi, że powinniśmy się spieszyć, po czym w drugim zdaniu proponuje kawę. Pijemy cappuccino, zagryzamy rogalikiem i poznajemy się nawzajem. Philipp Unteregelsbacher jest przewodnikiem IVBV, wspinaczem starej daty. Nie ma Facebooka, TikToka ani Instagrama, nie umie ustawić się dobrze do zdjęcia na Stories. Nie ma też najnowszych, lśniących ubrań od sponsorów i tak dalej. Umie się natomiast wspinać. Razem ze znanym himalaistą Konradem Auerem popełnił przewodnik dla wspinaczy lodowych po Południowym Tyrolu, a część z opisanych tam dróg właśnie on pokonał jako pierwszy. Pod koniec tego dnia będę się zastanawiał, czy gdyby miał łatwiejsze do wymówienia nazwisko, to zostałby jednak gwiazdą wspinaczkowego świata.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: psim zaprzęgiem za koło polarne

Najedzeni i pobudzeni zbieramy sprzęt. Część mam swoją, resztę biorę od Philippa. Potrzebne mi są: uprząż, twarde górskie buty, kask, śruby lodowe, pętle, repy (takie dosyć cienkie sznurki) oraz oczywiście raki i czekany. Raki mam swoje. Co prawda nie są przeznaczone do wspinaczki lodowej, ale podobno na moje potrzeby i panujące warunki wystarczą. Jest dosyć ciepło, lód nie jest taki twardy. Czekany turystyczne natomiast odpadają. Żeby się nadawały, powinny być odpowiednio zakrzywione, porządnie naostrzone i z wyprofilowanymi rączkami. Moje zostają w bagażniku, dostaję od Philippa profesjonalne. Są już mocno używane, więc od razu wyglądam poważniej. Bierzemy cały szpej i ruszamy pod ścianę. To znaczy lód. Lodową ścianę? Ścianę lodu? Wiesz, o co chodzi. Spacer z parkingu trwa dosłownie kilka minut. Między innymi dlatego to miejsce jest tak wyjątkowe. Dla mnie i fotografa Olka to nie wyjazd wspinaczkowy, tylko narciarski, a to jest taka dodatkowa atrakcja. Fajnie, jeśli na dotarcie do ściany i z powrotem nie trzeba poświęcić całego dnia.

Droga z parkingu pod ścianę
to zaledwie kilka minut. Obładowani
linami, czekanami i resztą szpeju
wyglądamy poważniej niż nasze plany.Droga z parkingu pod ścianę to zaledwie kilka minut. Obładowani linami, czekanami i resztą szpeju wyglądamy poważniej niż nasze plany. Olek Pobikrowski

Na miejscu oprócz nas jest tylko jeden zespół, tak że mamy dużo linii do wyboru. Opowiadałem Philippowi o moich dotychczasowych doświadczeniach i na ich podstawie dobiera drogę. Pozwala mi siebie asekurować. Niby to spore zaufanie, ale dowiem się później, że w lodzie się po prostu nie odpada. Czyli daje mi trzymać swoją linę, ale w praktyce sprowadza się to do asekuracji zjazdu na koniec. W tym miejscu, jeśli jesteś wspinaczem (niekoniecznie lodowym), możesz spokojnie przeskoczyć akapit. Jeśli nie, opowiem ci o małym wspinaczkowym sekrecie, na który mogłeś nigdy nie zwrócić uwagi, oglądając zdjęcia znajomych z jakiejś ekstremalnie wyglądającej wspinaczki.

Wspinaczka „z górą” i „z dołem”, czyli jak oddzielić chłopców od wspinaczy

Kiedy próbujesz zdobyć jakiś szczyt, zasadniczo nie wlatujesz tam najpierw helikopterem i nie zwieszasz sobie liny z góry. Wspinasz się i tworzysz stanowiska asekuracyjne po drodze. Mówiąc językiem wspinaczy, robisz to „z dołem”, a nie „z górą”. Na ściance wspinaczkowej, skałach i w lodzie można wspinać się tak i tak. Albo przypinasz się do liny, która zwisa z g.ry (tj. „z górą”), albo wciągasz ją ze sobą, wpinając w kolejne punkty asekuracyjne po drodze („z dołem”). W tym pierwszym wariancie, gdybyś się poślizgnął i odpadł, nie polecisz daleko, tylko tyle, ile potrzeba, by naprężyła się lina, którą trzyma partner.

W tym drugim wariancie może być zupełnie inaczej. „Lot” czasem ma kilka, kilkanaście metrów i ryzyko, że się poobijasz i coś sobie zrobisz, jest zdecydowanie większe. Co za tym idzie, „z górą” wspinać może się zasadniczo każdy, bo umiejętności techniczne są niezbędne tylko do asekuracji. Właśnie w ten sposób wspinają się wszyscy początkujący, wszelkie atrakcje turystyczne oparte na wspinaczce również organizowane są z górną asekuracją. Jest to bardzo bezpieczne, musiałbyś mieć ekstremalnego pecha, żeby zrobić sobie jakąkolwiek krzywdę w ten sposób.

Wspinaczka „z dołem” to już coś innego. Potrzeba umiejętności zarówno wspinaczkowych, jak i z zakresu tworzenia punktów i stanowisk asekuracyjnych. W lodzie ta stawka jest jeszcze większa. Odpadając, ryzykujesz obicie o lód, a poza tym skręcenia czy złamania kostki, skaleczenia rakami i czekanami oraz obrażenia od uderzeń odpadającego z tobą lodu. Wspinaczka w lodzie „z górą” może być bardzo łatwa, przyjemna i bezpieczna. Wspinaczka „z dołem” automatycznie zwiększa niebezpieczeństwo. Na zdjęciach dla niewprawionego oka oba warianty wyglądają bardzo podobnie, tak że warto przemyśleć swoje priorytety, zanim rzucisz się na coś, czego tak naprawdę nie chcesz robić.

Pierwsze wejście

Jak nietrudno się teraz domyślić, zaczynam „z górą”. Ustalamy komendy, którymi będziemy się porozumiewać. To nie takie proste, bo w obiegu mamy cztery języki. Komunikacja uzgodniona, Philipp przywiązuje się do liny i wspina jako pierwszy. Robi to w okamgnieniu, wpina linę w przygotowane stanowisko, zjeżdża i voila – wszystko gotowe na moje próby. To nie jest pierwszy raz, kiedy wspinam się w lodzie „z górą”, niemniej przewodnik co chwila ma do mnie jakieś uwagi.

Stopy prostopadle do
ściany - krzyczy po raz enty
przewodnik, a tymczasem
ja walczę o życie.Stopy prostopadle do ściany - krzyczy po raz enty przewodnik, a tymczasem ja walczę o życie. Olek Pobikrowski

Przede mną ściana żywego, piekielnie śliskiego lodu. Dziaby (czekany) w ręce, lina przywiązana do uprzęży i napieram. Ogólnie idea jest taka, żeby wszystko robić w jak najmniej męczący sposób. Siły trzeba rozkładać, nie sztuką jest się „zbułować” (zmęczyć) podczas jednego krótkiego wejścia.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: biatlon

Nogi wbija się prostopadle do ściany i obciąża w takiej samej pozycji. Żadnego stawania na palcach bez potrzeby, ma to być możliwie najbardziej wygodna pozycja. Niby logiczne, ale trzeba przekonać swoją głowę, że nie stoję w próżni. W końcu tak naprawdę opieram się na rakach, a nie palcach, trzeba więc zaufać nienaturalnemu, stalowemu przedłużeniu stopy. Czekany wbijam jeden nad drugim, a nie obok siebie. To też, z mniej zrozumiałego dla mnie powodu, nie jest naturalne. Tym samym moje punkty podparcia cały czas powinny tworzyć coś na kształt trójkąta. Odrywam tylko jedną kończynę od ściany naraz i zmieniam ją dopiero, gdy znajdę solidne oparcie. Powoli, metodycznie, do góry. „Z górą” czy nie, jest trochę strasznie. Wspinam się po czymś, po czym bez sprzętu nie pokonałbym nawet metra. Moje czekany cały czas uderzają obok liny asekuracyjnej, gdzieś z tyłu głowy jest więc myśl: „A co, jeśli przez przypadek przetnę linę”. Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, więc staram się je odgonić i uważnie celować.

Po paru minutach dochodzę do górnego stanowiska. Taki pseudoszczyt. Niewielki, ale cieszy, bo uczciwie wywalczony. Zjeżdżam i wchodzę jeszcze raz, trochę inną drogą. Philipp, obserwując mnie, uwierzył, jak sądzę, w moje wcześniejsze doświadczenia i jest gotowy pozwolić mi spróbować poprowadzić drogę z własnymi punktami asekuracyjnymi. To właśnie będzie mój pierwszy raz.

Moje pierwsze prowadzenie w lodzie

Na dole rozmawiamy o wkręcaniu śrub lodowych. Będę miał ich ze sobą kilka, o dwóch różnych długościach. Po drodze powinienem wkręcać je mniej więcej co dwa, trzy metry, na wysokości klatki piersiowej, odpowiednio naciskając na śrubę własnym ciałem. Łatwe na ziemi, trudniejsze, gdy stoi się na czterech zębach raków i z czekanem wbitym w ścianę w jednej ręce. Widząc moją minę, Philipp stwierdza, że jednak wkręci dwie pierwsze śruby. Tak, żebym nie odpadł do samej ziemi, cokolwiek by się działo. O ile słabo jest po locie obijać się o pionową ścianę, o tyle zdecydowanie gorzej jest spaść aż na ziemię, nawet przykrytą śniegiem.

Wkręcanie śruby
lodowej. Niby banalne,
a też są tu różne
techniczne niuanse.Wkręcanie śruby lodowej. Niby banalne, a też są tu różne techniczne niuanse. Olek Pobikrowski

Zaczynamy. Ściana jest pionowa, wybieram fragment z dużym soplem tworzącym lodową półkolumnę. Minęła godzina, odkąd przyszliśmy, lód jest już zupełnie inny. Nagrzał się i zewnętrzna warstwa pęka oraz odpada przy każdym uderzeniu raków i czekana. Zaczynam żałować tego cappuccino. Twardy lód jest pod spodem, choć miejscami niekoniecznie. Gdzieniegdzie ma konsystencję zmrożonej plasteliny. Dla mnie to wszystko nowość, doświadczeni wspinacze lodowi potrafią doskonale „czytać” lód i dobierać optymalną trasę i sprzęt do warunków. To jedna z umiejętności, które wyróżniają najlepszych w tym sporcie, i niespecjalnie da się jej nauczyć w teorii. Tu nie ma drogi na skróty, trzeba po prostu zbierać doświadczenie, wspinając się latami (zimami) w różnych warunkach.

Ja moje doświadczenia właśnie zaczynam zdobywać. Po raz pierwszy wychodzę jakieś dwa metry ponad ostatni punkt asekuracyjny. Gdybym teraz odpadł, zatrzymałbym się jakieś pięć metrów niżej. Trochę strasznie. Nerwowo poprawiam ustawienie raków i upewniam się, że czekan dobrze leży w ścianie. Czuję, jak w rękawiczkach pocą mi się ręce. Drugi czekan zostawiam wbity w ścianę. Tak, żebym mógł się go szybko chwycić w razie problemów. Alternatywą byłoby zawieszenie go sobie na ramieniu. Pętli na ręce już w tym sporcie się nie używa, bo w razie odpadnięcia znacząco zwiększają ryzyko obrażeń ciała. Zamiast tego stosuje się czasem lonże, które łączą czekan z uprzężą.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: na torze w BMW

Wypinam śrubę z uprzęży i wkręcam ją czujnymi ruchami w ścianę. Philipp patrzy i co jakieś czas udziela drobnych rad. Wkręcone. Wpinam linę w karabinek i znowu, przynajmniej na kilka następnych chwil, jestem całkiem dobrze zabezpieczony przed lotem. Bardzo przyjemne uczucie, przysiągłbym, że chwilę wcześniej moje serce stanęło na parę sekund, a teraz wali jak oszalałe, żeby nadrobić stracony czas. To trudno opisać, ale patrząc w dół i mając ze sobą te wszystkie ostre przedmioty, można się naprawdę zestresować.

Ruszam dalej. – Powoli, metodycznie – w zasadzie to już jedyne uwagi mojego partnera. – Nie spiesz się, nie szukaj drogi na skróty. Po kilkunastu minutach dochodzę do górnego stanowiska. Sukces. Czuję, jak moje ciało się rozluźnia, przez co wiem, jak bardzo było spięte. Droga miała kilkanaście metrów, ale to było prawdziwe wyzwanie. Nie fizyczne, wspinaczka nie była specjalnie trudna. Psychicznie. Cały czas gdzieś z tyłu głowy kręciło się pytanie: „A co jeśli…”. Jeśli odpadnę, lód się ukruszy, spadnie na mnie coś z góry, czekan czy rak się złamie itp., itd.

Ile kosztuje sprzęt lodowy? Raki 300-600 zł
Czekan 600-1000 zł / sztuka
Lonża do czekanów 120 zł
Śruba lodowa 160-300 zł / sztuka
Kask 300 zł
Uprząż 300 zł
Lina 600 zł
Taśmy, repy ok. 250 zł.Ile kosztuje sprzęt lodowy? Raki 300-600 zł Czekan 600-1000 zł / sztuka Lonża do czekanów 120 zł Śruba lodowa 160-300 zł / sztuka Kask 300 zł Uprząż 300 zł Lina 600 zł Taśmy, repy ok. 250 zł. Olek Pobikrowski

Po tym doświadczeniu Philipp proponuje mi, żebym liznął jeszcze czegoś trochę innego. Wspinaczki mikstowej. Sytuacja, w której zimą wspina się po samym lodzie albo po samej skale, jest w sumie nie aż tak częsta. Zazwyczaj jest trochę tego, trochę tego. Zachęcony próbuję. Mam opierać czekan o krawędzi w skale i klinować go w szczelinach. Droga, którą mam do dyspozycji, jest lekko przewieszona i szybko opadam z sił. To jednak jeszcze inna para kaloszy i nowe umiejętności do zdobycia, a nasz czas się kończy. Mam apetyt na więcej, a jestem w okolicy, w której terenów do wspinaczki lodowej i mikstowej jest multum – w jednej dolinie więcej niż w całych Tatrach. Po tych kilku godzinach jestem jednak również piekielnie zmęczony. Na szczęście satysfakcja jest równie duża. No i fotki. Z czekanem w zasadzie nie da się źle wyjść na zdjęciu.