Mistrz Alexandre Paiva, dla przyjaciół Gigi, zajechał do Polski na kilka dni. W szkolnej sali gimnastycznej pod Poznaniem miał sesję zdjęciową do przygotowywanej przez Mariana Bornakowskiego książki o brazylijskim jiu-jitsu. Znalazł wolną godzinę na walkę, a szefostwo "Logo" kilkoma rozmowami wmanewrowało mnie w ekscytujące spotkanie na macie. Odmowa nie wchodziła w grę, z takim fajterem chciałby się przecież zmierzyć niejeden osiłek na świecie, nie tylko w Polsce. Umawiając walkę, organizator zapytał na koniec rozmowy: - Czy będzie z panem kierowca? Raczej nie da pan rady samodzielnie wrócić samochodem z tego spotkania...

Jiu-jitsu de Copacabana

Zanim wszedłem na tatami, poczytałem trochę o stylu, w którym miałem dostać łupnia. Nabrałem przez to niczym nie uzasadnionego optymizmu, że brazylijskie jiu-jitsu jest stylem łagodnym, bez uderzeń i dynamicznych ataków. To walka w defensywie, a ja i tak od początku zamierzam się tylko bronić. Dwie podstawowe reguły - "ustąp, aby zwyciężyć" oraz "minimum wysiłku, maksimum skuteczności" - wpisują się jak ulał w mój charakter, stan ducha i wrodzoną niechęć do bijatyk. Podbudowany teorią, dziarsko wszedłem na salę, na której kilku gapiów oglądało pojedynek dwóch mistrzów.

Gigiego rozpoznałem, bo wcześniej w internecie obejrzałem jego zdjęcia. Na macie walczy w belkowanym na czerwono czarnym pasie, którego barwy nie mieszczą się w zwykłych kategoriach. W BJJ przyjmowany jest bowiem podział na cztery stopnie uczniowskie: pas biały, niebieski, purpurowy i brązowy i 10 stopni mistrzowskich (dan) z czarnym pasem. Właściciel pasa z czerwonymi belkami innych mistrzów zjada na śniadanie.

Gigi walczy właśnie z Sebastianem Słowkiem - właścicielem czarnego pasa w brazylijskim jiu-jitsu. Pan Sebastian dzielnie sobie radzi (poza jiu-jitsu ma jeszcze II dan oyama karate, III dan tekwondo i brązowy pas luta livre, jest też instruktorem jednostek antyterrorystycznych i BOR-u). Widać, że jego zasób wymyków, chwytów, dźwigni i uników jest spory. Chwilami miałem wrażenie, że mistrz świata przegrywa - raz nawet leżał na macie w stalowym uścisku - ale ten moment zwątpienia trwał zaledwie kilka sekund potrzebnych Gigiemu do rozwałkowania czarnego pasa na macie. Obaj co chwilę zatrzymywali akcję, a fotograf robił serię zdjęć. Zatrzymani w kadrze zawodnicy przypominali Grupę Laokoona. Prawdziwa sztuka, chciałoby się powiedzieć, tyle że "układów choreograficznych" ćwiczonych na moich oczach nie przeżyłby nawet grecki heros.

Wreszcie Gigi podchodzi przywitać się ze mną. Sebastian Słowek pożycza mi biały uniform, a Gigi jedną ręką poklepując po plecach, drugą wskazuje na matę.

W krainie łagodności

- Nie obawiaj się, postaramy się uniknąć siniaków. Jiu-jitsu jest łagodną sztuką walki, bardzo defensywną - zapewnia uśmiechnięty Brazylijczyk tuż przed wejściem na tatami. - Dla mnie to przede wszystkim jeden ze sposobów na utrzymanie sprawności fizycznej. Tak jak jazda rowerem czy pływanie kajakiem.

Te słowa i uśmiech działają kojąco. Mistrz płynnymi ruchami przewiązuje mnie pasem. Aż się wierzyć nie chce, że stoi przede mną jeden z najlepszych fajterów, który w ułamku sekundy może ze mnie zrobić 75 kg bezwładnej ludzkiej masy.

Wchodzimy na matę. Stajemy naprzeciw siebie. Tradycyjny ukłon i podajemy sobie dłonie. Jestem spięty, czuję respekt. Na tych kilku metrach kwadratowych to on jest panem życia i śmierci.

- Jiu-jitsu to sztuka walki z przeciwnikiem, który góruje nad tobą. Jej celem jest przejęcie kontroli poprzez zadawanie dźwignią bólu aż do utraty przytomności - mówi Brazylijczyk z rozkosznym uśmiechem.

Odruchowo przyjmuję pozycję obronną i lekko skulony, czekam na atak. Przecież ta miła konwersacja i wymiana uprzejmości musi się kiedyś skończyć, a wtedy mistrz przejdzie do czynów. - Nogi! - słyszę. - Musisz stanąć na nogach mocno, tak żeby nie dać się pozbawić równowagi - zwraca uwagę Gigi, gdy mimowolnie cofam się przed nim na skraj maty. I cały czas się uśmiecha.

- Atakuj! Chwyć mnie za poły! - rozkazuje. Spełniam polecenie. Ledwo dotykam tkaniny, mistrz przekręca mnie w rękach jak mały plecak. Za głową zakłada dźwignię na szyję. W ułamku sekundy jestem sparaliżowany. Nic nie mogę zrobić. - Gdybym teraz odrobinę docisnął uchwyt, straciłbyś przytomność - słyszę szept.

Gigi kładzie się na macie. - Rzuć się teraz na mnie i spróbuj pobić! - zachęca. Ruszam ze świadomością, że przecież nie będzie bolało, że to tylko pokaz - z determinacją, wzmocniony gromkim okrzykiem, próbuję dopaść faceta na macie. Opadam, rozpędzony i nagle czuję, jak jego stopa opiera się o moje udo, a ja wylatuję w powietrze. Kontakt z przeciwnikiem zachowuje już tylko moja nogawka, trzymana mocno przez Gigiego. Podkurczam ręce i nogi, by ochronić się przed upadkiem. Ale rywal przez chwile kręci mną młynka nad sobą. Nagle karuzela się zatrzymuje. Wiszę na jego wyprostowanej nodze jak wbita na patyk kiełbaska przed smażeniem w ognisku. Nie sięgam rękami ani nogami do ziemi. Nic nie mogę zrobić. - Teraz obracam cię, jak chcę, wybieram miejsce na dźwignię i kończę walkę - mówi leżący pode mną Gigi, po czym łagodnie opuszcza mnie na ziemię.

Ćwiczymy jeszcze parę chwytów, zanim przejdziemy do głównej walki. Skrócony kurs samoobrony ma mi dać przynajmniej cień szansy na uniknięcie podstawowych błędów. Klasyczny atak od tyłu, próba obezwładnienia czy duszenia - mistrz tylko na to czeka. Prosi, żebym atakował z całej siły, bo im mocniej nacieram, tym efektowniej lecę na matę. To właśnie sztuka wykorzystania energii przeciwnika. Im ktoś szybszy, silniejszy i cięższy, tym łatwiej jest obezwładniany i mocniej wali plecami w tatami.

Garda w parterze

Po grze wstępnej i eksternistycznym kursie "ABC jiu-jitsu" stajemy naprzeciw siebie. Zmierzymy się ze sobą raz, a dobrze. Mogę robić, co chcę, stosować dowolne techniki. Umawiamy się jedynie, że nie gryzę, nie wkładam paluchów w oczy, nie ciągnę za uszy, nie drapię itd. Za to Gigi zrezygnuje z chwytów i rzutów, które mogłyby pozostawić trwałe ślady. Uczciwy deal. Mistrz staje spokojnie pośrodku tatami, a ja, pracując nogami w bokserskim stylu, krążę wokół niego. Nie mogę się zdecydować, gdzie i w którym momencie uderzyć. Podbiegam od tyłu i lekko z boku. Chwytam za ramiona i podstawiam nogę. Chcę go przechylić w tył i wywrócić... Gigi stoi twardo. Nagle ugina lekko nogi, co naiwnie uznaję za utratę równowagi. Niestety to podstęp, który pozwala mu lekko poluźnić mój uścisk. Mocno chwyta mnie za przedramiona i przerzuca przez plecy. Jeszcze w powietrzu myślę sobie, że miękko wykończę ten lot (jak uczył mnie sam mistrz) i szybko stanę na nogach. Nie zaskoczyłem jednak Gigiego. W tej samej sekundzie, w której dotknąłem plecami maty, czuję jego kolano dociskające moje żebra. Co prawda mam wolną jedną rękę, którą odruchowo usiłuję zamortyzować upadek, ale druga tkwi w stalowym uścisku Brazylijczyka. Jeszcze próbuję się poderwać, gdy lewa noga przeciwnika ląduje na mojej szyi. Gigi naciąga moją rękę i robi dźwignię. Zaraz mi wyłamie ramię ze stawu. Wyję z bólu, wolną ręką waląc w matę jak epileptyk. Rywal zwalnia chwyt i przez chwilę sobie leżymy. Ja w połowie sparaliżowany, on całkowicie zrelaksowany. - Mógłbym ci złamać rękę w łokciu. Właściwie sam byś sobie ją złamał, próbując uwolnić się z chwytu - mówi niezmiennie uśmiechnięty Gigi.

Wstajemy. On jest cały czas spokojny, ale mnie adrenalina zalała przysadkę mózgową. Znowu krążę wokół mistrza, szukając okazji do skutecznego ataku. Mam świadomość, że kolejna próba to moja ostatnia szansa. - Spróbuj face to face, jak prawdziwy mężczyzna - rzuca Gigi. Wiem, że mnie podpuszcza. Zanim skończył zdanie, wybiłem się, chwytając przeciwnika w pasie. Zaskoczyłem go. Zadziwiająco miękko wywracamy się na matę. Przygniotłem go sobą. Facet leży na łopatkach. Kolanami przytrzymuję jego ręce. Triumf!... trwa ułamek sekundy. Ręką odchyla moje kolano, swoją nogę wyciąga pod moja lewą ręką i owija mi wokół szyi. Próbuję ją zdjąć, ale on krzyżuje nogi na moich plecach i mocno mnie przydusza. Nie czuję bólu, ale brak mi tchu. Mam wolne ręce, ale nie mogę nic zrobić. Słabnę. Robi się ciemno...

Ktoś klepie mnie po policzku. Wraca świadomość. - To była garda, jeden z najbardziej charakterystycznych elementów jiu-jitsu - wyjaśnia Gigi. Wstaję. Kręci mi się w głowie. Chwiejnym krokiem schodzę z maty. Łomot od Alexandre'a "Gigiego" Paivy to zaszczyt i choć nie mam żadnych siniaków, stłuczeń ani zadrapań, czuję się jak schabowy bez kości.

Brazylijskie jiu-jitsu

Jiu-jitsu (jiu - łagodny, jitsu - sztuka) to jeden z najstarszych japońskich systemów walki. Nazwa pojawiła się w XVI w., ale sama sztuka istniała już dwa tysiące lat wcześniej, lecz uprawiana była w tajemnicy, jedynie wśród samurajów. Za zdradę sekretów karano śmiercią.

Brazylijskie jiu-jitsu (BJJ) wywodzi się z tradycyjnego. Odmiana brazylijska została zapoczątkowana kilkadziesiąt lat temu przez jednego z najlepszych japońskich judoków Mitsuya Maedę, który na początku XX w. pomagał w Brazylii japońskim emigrantom. Styl skupia się przede wszystkim na doskonaleniu walki, bez koncentrowania się na duchowości. Należy do grupy tzw. modern jiu-jitsu, dostosowujących tradycyjną sztukę walki do współczesnych wymogów. BJJ wciąż ewoluuje. Podbiło USA i jest, podobnie jak kiedyś kung-fu, jedną z najchętniej trenowanych tam sztuk walki (ponad 5 mln osób). Na bazie BJJ powstały nowe style, przystosowane do walk, w których wszystkie chwyty są dozwolone - pankrace, combat wrestling, submission wrestling i real american wrestling.

Tekst: Artur Brykner

Zdjęcia: Marian Winiecki (montaż)

Czytaj w Znam.to: Huśtaj i chudnij!

Zobacz też na Logo24 :