Moda na ten wymyślony pod koniec XIX w. w Anglii sport przyszła do nas w ostatnich latach. Korty pojawiają się w całej Polsce. A jeszcze cztery lata temu squash wydawał mi się rozrywką tak egzotyczną jak owoc liczi. Dziś widzę, że to popularna gra. Choć jest to popularność inna od tej, jaką cieszą się skoki narciarskie. Każdy Polak wie, kto to jest Adam Małysz, choć sport ten uprawia jedynie kilkudziesięciu sportowców w kraju. A squash? Grających są tysiące, ale konia z rzędem i rakietą temu, kto wie, jak nazywa się mistrz świata w tej dyscyplinie.

Łamacz rakiet

Rakieta bardziej niż do tenisa przypomina tę do badmintona zwanego w kraju nad Wisłą kometką. Lekka, delikatna. Za delikatna. Przekonałem się o tym w połowie lekcji, gdy po raz kolejny usiłowałem dobiec do lecącej tuż przy ścianie piłki. Zmęczone płuca nie wciągały już powietrza, nogi gięły się w kolanach bez mojej zgody. Wykończony, wściekły na swoją nieudolność i na trenera, który udowadniał mi właśnie wyższość squasha nad tenisem, źle obliczyłem odległość. Wziąłem potężny zamach, zachwiałem się i poleciałem do przodu. Rakieta trafiła w boczną ścianę. Najpewniej nadwerężona przez wcześniejszych uczniów rama nie wytrzymała obciążenia i pękła.

Ucieczka przed gumowym pociskiem

Korzyść z tej katastrofy była taka, że gdy instruktor poszedł wymienić sprzęt, ja mogłem złapać oddech, dać odpoczynek drżącym nogom i zastanowić się, jak przetrwać na korcie do końca lekcji. Leżąc z nogami opartymi o ścianę, uświadomiłem sobie, że wbrew pozorom mam nie jednego, a kilku przeciwników.

Oprócz grającego ze mną trenera były nimi na pewno własne płuca oraz ściany. O te ostatnie waliłem niczym hokeista o bandy. Dopiero uwagi trenera dotyczące poruszania się po korcie ("wracaj natychmiast na środek boiska!") oraz pracy nóg pozwoliły mi uratować nerki przed odbiciem, a nawet kilka razy trafić rakietą w piłkę.

A nie jest to wcale proste. Przed meczem piłka do squasha jest kauczukowym flakiem. Kiedy opuściłem ją na ziemię, z trudem odbiła się od podłogi zaledwie na kilka centymetrów. Dopiero po wielu potężnych uderzeniach o ziemię i ściany, gdy rozgrzane powietrze rozszerzyło się w środku i nadało piłeczce sprężystość, flak zmienił się w gumowy pocisk. Śmigał mi koło ucha z niemal naddźwiękową szybkością.

Czasami za sprawą precyzyjnych i delikatnych zagrań trenera, który amortyzował piłkę na rakiecie, pocisk zmieniał się w szmaciankę, która z trudem odbijała się od ściany. Przez pierwszych kilkanaście minut albo biegałem po korcie, goniąc opadającą piłkę, albo uchylałem się przed śmigającą gumą, która w ułamku sekundy lądowała za moimi plecami, nie pozostawiając szans na skuteczne uderzenie.

Dziś, po kilku godzinach treningu, nie mogę jeszcze nazwać się graczem, mogę jednak powiedzieć, że wiem, jak squash smakuje. Wiem, jak sprytnie odbijać piłkę od ścian (tzw. boast i tickle boast), by zmusić przeciwnika do opuszczenia środka kortu. Forhend, bekhend, smecz brzmią swojsko jak w tenisie i przypominają tenisowe uderzenia. Różnica polega na tym, że tu gra się głównie nadgarstkiem i ręką, w tenisie uderzenie wyprowadza się z nóg i tułowia. Jeszcze raz potwierdziłem też starą prawdę, że najlepiej zaczynać od lekcji z instruktorem, w przeciwnym razie człowiek traci za dużo czasu na zgłębienie tajników taktyki, nauczenie się prostych uderzeń i popełnia masę błędów w ustawieniu, trzymaniu rakiety. Trudno je potem wyeliminować.

Wiem też, że dla graczy w squasha będę żywił wielki szacunek. Zostanę jednak przy tenisie. Dlaczego? Zapewne squash przyszedł do mnie za późno. I trochę mi szkoda - po tylu latach - zrywać z tenisem.

Zresetuj się!

Niestety obu tych gier przeciętnie sprawny człowiek, który marzy o amatorskich triumfach takich jak ogranie szefa (pamiętajcie, nie zawsze to się opłaca), pogodzić nie może. Squash wymaga innej pracy nóg na korcie, innej taktyki, a przede wszystkim miękkiego nadgarstka. To wszystko rozregulowuje tenisowe uderzenie.

Za pomoc w realizacji materiału dziękujemy: Klubowi Tenisowemu "Smecz", ul. Siedliska 44a, Piaseczno, tel. 022 797 00 51 oraz sklepowi Ski-Team Pro Shop, ul. 17 Stycznia 36/38, Warszawa, tel. 022 846 86 99, www.skiteam.pl

Tekst: Wojciech Fusek

Zdjęcia: Albert Zawada, Agata Jakubowska, materiały promocyjne firm, (montaż)

Makijaż: Aneta Paciorek

Infografiki: Wawrzyniec Święcicki

Czytaj też na Logo24 :